Monthly Archives: Marzec 2008

Rembrandt dla niemowlaka

Zwykły wpis

Brakuje kilku szczegółów ale maże mi się farba olejna szkolnego zastosowania i musi podeschnąć. W każdym razie, obrazy w sumie skończone i czekają aż Suseł zawiesi je na ścianie małego pokoiku przyszłości.

  

Ja maluję Fasoli obrazy, moja Rodzicielka struga kaftaniki i kocyki z wełenki, pełna linia produkcyjna. A teraz chodzi mi po głowie seria z żyrafką, słonikiem i lwem grzywobujnym.
Reklamy

Brytyjscy klienci, różnej maści i autoramentu, przy kasie.

Zwykły wpis

Jak obiecałam, spróbuję przybliżyć trochę przekrój społeczności mojego miasteczka. Siedząc teraz na kasie, mam wgląd i wsłuch we wszystko co dotąd umykało mi uwadze, kiedy klienci jedynie mijali mnie w drodze po bekon i jajka.

Jako że rodzina jest jednostką złożoną i jakoś wyjątkowo w Anglii skoplikowaną, zostawię ja na koniec. Zacznę od nastolatków. Pomijając to, co napisałam już kiedyś o emokach i pośrednich stanach zidiocenia, o nastolatkach będzie krótko. Zakupów dla domu nie robią, tym zajmują się rodzice. Jeśli wpadają do sklepu to jak po ogień, w grupach zorganizowanych lub chaotycznych bandach, biegają od półek do półek jakby w poszukiwaniu Świętego Gralla robiąc przy tym tyle hałasu, że nie wiadomo ile ich w końcu do sklepu wpadło- pięciu czy pięćdziesięciu? W wyniku tych przepychanek, nawoływań i ryków, na taśmie lądują w końcu: kanapka, paczka chipsów, pączek i butelka Coca Coli. Czyli cukier, cukier i sól. Podają pieniądze wydelikaconymi rączkami o wymalowanych na czarno, ogryzionych paznokciach wystających z rękawiczek z obciętymi palcami. Nie mówią proszę, dziękuję, rzucają tylko lakoniczne „cheers” i lecą dalej, robić hałas gdzieś indziej.

Kolejną dużą grupą są single oby płci. Zjawiają się masowo po 18:00, po wyjściu z biur i urzędów, zawsze nieskazitelnie ubrani, wyluzowani, powoli płynący przez sklep na błękitnej chmurce. 30-40 letni, wypachnieni, kupują zwykle koszyk gotowego żarcia, w tym sushi, posiłki gotowe do włożenia do mikrofali lub półprodukty na chińszczyznę. Nie jedzą chipsów, ciastek, pączków, nie piją rozpuszczalników ani nie zagryzają smażonym boczkiem. Odżywiają się zdrowo i szybko a na koniec dorzucają do koszyków te takie malutkie buteleczki alkoholi- alkoholiczki. Zwykle po jednej, dwie sztuki. Poznać, że spodziewają się gości można po tym, że podwajają ilość buteleczek i pudełek z sushi i dokupują świeczki. Ja nie wiem po co, przecież taki singielek panicznie boi się romantycznych nastrojów i ryzykuje tym dłuższe zasiedzenie się gościa! A jeśli jeszcze w grę wchodzą alkoholiczki, gotowi obudzić się nazajutrz z bolącą głową i zbędnym balastem na drugiej poduszce. Sami sobie przeczą. Powinni kupować elektryczne ogrodzenia i paralizatory.

Potem pojawiają się roztrzęsione czterdziestolatki, które osobiście nazywam szalonymi druidkami. Siwe włosy, splątane w kokopodobny twór, kompletny brak makijażu spod którego wyzierają pomarszczone, szarawe twarze o zaciśniętych ustach. Druidki nigdy się nie uśmiechają, odpowiadają półgębkiem najwyraźniej planując nocne potańcówki wśród świętych dębów w towarzystwie podobnych im. Jedzą absurdalnie zdrowo i wydają majątki na jedzenie i produkty Organic, które nie tylko że są droższe od zwykłego żarcia o 100% to jeszcze są mniejsze i skarłowaciałe jak z warzywniaka w Czernobylu. Pomijając organiczne żarcie, idą na całego- ręczniki z organicznej bawełny, produkty czyszczące dom bez zapachów i barwników, książki z recyklingu i łopaty. Do spulchniania ziemi pod dębami. Mają suche, stare ręce z poogryzanymi paznokciami a w portfelach pliczki kuponów, zniżek i bonusów wydzierane skrupulatnie ze wszystkich możliwych opakowań i gazet. Mają swoje własne torby, z organicznej juty, do której precyzyjnie wkładają swoje zakupy. Obsługiwanie druidek trwa wieki, bo nie to, że obsesyjnie sprawdza jeszcze raz daty przydatności produktów do spożycia (jakby nie robiła tego przy półce), wszystkie ruchy ma opracowane i dopracowane do trwającej wieczność perfekcji to jeszcze na końcu, bez okularów (nieorganiczne) całymi minutami wpatrują się w rachunki i sprawdzają ile punktów im nabiłam za ponowne użycie recyklingowanych, zdrowych dla dębów toreb. Darz bór.

O eleganckich paniach pod 50 szkoda gadać. Od razu podchodzą z pretensją wymalowaną na wymalowanych twarzach, owiewają wszystko wokół zapachem Chanel no.5 i chcą. Chcą wymienić jajka, które już im się nie podobają, chcą kuponów na loterię, chcą zniżki i chcą tego pana, co stoi jako kolejny przy taśmie. Żartują więc, chichoczą desperacko i odrzucają farbowane włosy na plecy, żeby obnażać piegowate dekolty. Ohyda. Nie patrzę.

Są też robole. Pracownik fizyczny jak wygląda, każdy wie. Ma na sobie dres lub kombinezon, umazany i upaprany farbą, zaprawą, olejem i dokładnie też tak śmierdzi. I potem w różnych dawkach. Ponieważ angielscy pracownicy nie przebierają się w drodze do domu, robią zakupy wyglądając jak strachy na wróble, z tynkiem we włosach i młotkami za paskami. Kupują zwykle gazetę, mleko i bułki. Białe i gniotowate. Łapy im się kleją, mają długie, czarne paznokcie i za cholerę wyczucia męskiego stylu i czaru.

Koło 19:00 zjawiają się buraczkowie- Polaczkowie. Co do sztuki poznaję te ich/nasze zacięte i pochmurne pyski. Nie witają się, nie ronią ani słowa, nie łapią kontaktu wzrokowego, nie dziękują i nie żegnają się. Po prostu, jak do maszyny, podchodzą, załatwiają czynność prawie fizjologiczną i odchodzą. Całe dnia szlifują w fabryce zderzaki i to napawa ich tak wielką dozą pogardy dla innych, że pracownik sklepu czy kasjera wydaje się im być niczym euglena zielona. Ci, którzy odkryli Anglię jako źródło łatwo dostępnych stymulantów i odżywek ze sklepów dla Prawdziwych Macho rzucają towarem o taśmę z pół metra, w czasie oczekiwania kręcą się, rozglądają udając teatralnie pośpiech, warczą, wzdychają, kręcą głową i patrzą na zegarki. Swoje zakupy wrzucają do toreb ze złością i odchodzą, nawet bez „mam cię w dupie”. Jeśli nie daj Boże wpadają w chmarach, są gorsi niż emoki. Ryczą jak jelenie na rykowisku, rżą jak konie, biegają i ogólnie pokazują, że istnieją. Rzucają z hukiem na taśmy 24 paki browara. Wypacykowane Poleczki z mini torebesiami chichrają sopranem i opierają się o swoich samców tak aby każda Angielka widziała, jakie szczęście ją omija. Samiec ma zwykle na sobie wypasiony dres, z czego bluza jest ADIDASA a spodnie PUMY, lub szaro bury sweter na zamek i dżinsy. Zawsze mają plecaki a ci co nie mają, podzwaniają kluczykami od samochodu, żeby było widać kogo stać. Kupują najtańsze frytki, polski keczup, pasztety Profi i Żywca lub Lecha w ilościach hurtowych. Tradycyjna kurwa ich mać nie schodzi z ust. Aha, no i jeszcze wódesia. To na weekendy zastępuje pasztety.

Rankiem, sklep przeżywa masowe najazdy par staruszków. Uczesani, pachnący starością i kulkami na mole, w pastelowych paltocikach, prawie jak niemieccy turyści na Ostrowie Tumskim. Kupują normalne jedzenie, prawdziwe, naturalne, czasem dorzucają mąkę, rodzynki, proszek do pieczenia dając mi nadzieję, że ktoś jeszcze wie do czego służy piekarnik. Nie czytają The Sun i Daily Mirror, nie piją odrdzewiaczy, nie żrą czipsów i ich zakupy to prawdziwa przyjemność. Mają rodziny, które nie udają, że Dziadkowie wyemigrowali na Hula Gula, więc kupują zabawki dla wnuków, kartki z życzeniami. Zawsze się uśmiechają, żartują, mają własne torby na zakupy, mnóstwo kuponów, które i tak skanuję, nawet jeśli już wyszły z daty. Ktoś z ich znajomych lub rodziny latał w RAFie nad Wrocław bombardować Złych Niemiaszków i na odchodne życzą miłego dnia o „dżękują”. Tych lubię najbardziej, Kilku znajomych staruszków z Działu wita się ze mną po imieniu, łącznie z moim Ulubionym Klientem Mike’m i staruszkiem Polakiem, który poszedł do Andersa jako gówniarz z mlekiem pod nosem i nigdy nie wrócił do kraju.
Drażnią mnie tylko podstarzali pedanci, których akcje łapię kątem oka, kiedy czekają w kolejce. Wykładają zakupy i przez cały ten czas obsesyjnie poprawiają układ produktów na taśmie. Przekładają według swojej własnej, wyimaginowanej kolejności, dopracowują kąty i
dbają, żeby pudełka się nie stykały, lub jak najbardziej- stykały jak pod prasą hydrauliczną. I widzę ich rozpacz, kiedy dochodzi do skanowania a ja bezczelnie (i dość umyślnie) burzę ich porządek, nie dbam o kąty i odległości, łamię zasady złotego podziału i nie zauważam zaburzonego porządku wszechświata. Taka rozrywka.

Pozostają Rodziny. Ale to osobny temat a mi się rozmraża rybka w mikrofalce. 🙂

Niedzielna relacja przy kanapce z makrelą w sosie pomidorowym

Zwykły wpis

Znowu nie było carbudów. Wstałam, uprałam się, ściągnęłam Susła, żeby mnie zawiózł 500 metrów od domu- w puste pole. Tym razem powodem jest chyba piękna pogoda, bo po wczorajszej siekance jaką zgotował nam deszcz, weekendowicze postanowili zachłysnąć się słońcem (którego i tak już nie ma) i olali wyprzedaż. A ja mam potencjał nabywczy i szał zakupowy! No!

Dziś niedziela, więc kolejna odsłona w temacie „Mój Uczeń i kolejne stadium dorastania ośmiolatka”. Tym razem było walenie w stół pięściami. Już mama Ucznia się skarżyła, że pyskuje i nawija w kółko po swojemu
ale to było niezłe.

-To jest alfabet. Polski.
-Ale ja nie znam polskiego alfabetu!
-Znasz. Różnice są niewielkie, kilka dodatkowych liter i to wszystko.
BAM! piąchą w stół.
-Nie znam!
-A alfabet angielski znasz?
-Znam.
-No to jak to leci?
-Nie powiem, nie znam, nienawidzę alfabetu!
BAM!! piąchą w stół.
-… – ja mam cierpliwość i dużo czasu.- Już?
-Tak.
-To o czym mówiliśmy?
-O alfabecie.
-No to patrz na literki i zakreśl wszystkie polskie literki, te, których nie ma w angielskim alfabecie. Kółeczkiem.
-NIE!
BAM!! BAM!!

Zrobiłam sobie relaksującą herbatkę z truskawek. Żeby go nie majtnąć przez
ten uparty kaczan.

-Ciebie pięści nie bolą od takiego walenia?
-Bolą.
-To po co walisz?
-Nie wiem. Bez sensu, nie?
-No..

Najwyraźniej przechodzi przez okres ponownego odkrywania siły słowa NIE. Może to i jakaś forma pracy nad asertywnością, którą ja przespałam ale nie do końca to do mnie trafia. Szczególnie jak kubki na stole podskakują  herbata układa się w słupek otoczony kółkami.

***

Trufflowi coś siedzi na wątrobie. Znaleźli już sobie mieszkanie, super. Ale kiedy doszło do dogadywania szczegółów postanowiła, że zdzwoni do naszego Landlorda i obwieści mu, że się wyprowadzamy. Mnie jakiś instynkt wicia gniazda się odezwał i zabroniłam jej informować go o wyprowadzce i skladać wypowiedzenia, skoro MY nic jeszcze nie mamy. W ten sposób, za miesiąc ona wyprowadzi się do mieszkanka, a my na podwórko przed bramę. Jakoś chyba nie zrozumiała moich obaw. Czemu się nie dziwię, bo empatia nie jest jej mocną stroną ale bez przesady.
W tygodniu mamy tylko jeden dzień na szukanie domu- poniedziałek. W miesiącu poniedziałków jest cztery. Jeśli nie uda nam się znaleźć domu dla rodziny z dzieckiem i psem to co wtedy? Naburmuszyła się, wyszła z pokoju i trzasnęła sobie drzwiami. I nie odzywa się od trzech dni. Przy czym jest śmieszna, bo wczoraj Suseł ucieszony kołyską opowiadał jak to z nią było a Truffel milczała i nie odezwała się słowem, pomijając „mmm”. Fajna taka rozmowa: Suseł na początku pełen otymizmu, ściszał głos z każdą sekundą, potem coś jeszcze dodał na koniec cichutko a ona zrobiła sobie kanapkę i wyszła. 

***

Idę kończyć obrazy dla Ludzika, może dziś jeszcze uda mi się wkleić je i pochwalić się Rembrandtem dla niemowlaków.

Tajemnica szarego pudła

Zwykły wpis

Dziś zacznę od tej części, której Czytelnik Radek nie lubi najbardziej, czyli od chwalenia się zakupami dla Fasolki.

Do naszego sklepu lubią trafiać towary przeznaczone w inne miejsca, do innych sieci lub do innych hurtowych odbiorców. Po prostu zapodziewają się w dostawie i już nikt ich nie oddaje kierowcom ciężarówek. W ten sposób na początku roku finansowego organizuje się swego rodzaju wystawkę na której sklep sprzedaje co znalazł a co nazywa „skarbami”. Wszystko schodzi tanio jak za wszy.
I właśnie dwa dni temu kupiłam leżaczek bujak dla Fasolki, do 6 miesiąca życia, z dyndałkami, grzechotkami, regulowanym oparciem, szelkami i czym tam jeszcze. Za 12 funtów. W Polsce 300 zł.
Drugie pudło leżało trzy dni. Przecenione Coś w szarym kartonie opisanym tylko jako Cosatto. Z 55 na 25 funtów. Myślałam, że to jakiś chodzik z siatki, która nie wiadomo- ma służyć jako klatka dla dziecka czy moskitiera? I pewnie dlatego nikt jej nie chciał. Nie ma kolorowych obrazków i nie krzyczy napisami: „Tak jak widziana w reklamie” więc pudło wielkości 1x1m uszło ich uwadze. W międzyczasie przeceniono je znowu na 14 funtów. Dziś Suseł użył swoich wpływów i nożyka do taśmy klejącej i zajrzał do środka. I wyszło szydło z pudła. Okazało się, że jest to kołyska z drewna orzechowego! Taka jaką zawsze chciałam mieć i już zdecydowałam, że nie kupię bo ceny drewnianych kołysek zaczynają się na Amazonie od 80 funtów. I co? I kupiliśmy za 10% ceny rynkowej, 100 funtów. Bo 55 funtów to cena „na oko”. Nie było faktury więc i nie można było stwierdzić ile jest warta. Normalnie, boski ten kraj.

Moja Fasolka będzie się gibać jak na prawdziwego niemowlaka przystało. Jak ja się gibałam i moja Rodzicielka a przed nią reszta matek i córek tej mojej dziwnej rodziny.

Jutro leżeć będę pępkiem do nieba i pisać trochę więcej o Anglikach. Znalazłam swój stary wpis o naturze Anglików i stwierdziłam, że się mocno zdezaktualizował. Czas na bezlitosne obnażenie uroków obcowania z tą przedziwną nacją.

A tym czasem, ściągam sobie Włatców Móch i czekam aż uzbiera się cała płyta, żeby zakrztusić się poezją podwórkową na wysokim poziomie.

Mnie nie wolno denerwować o czym powienien wiedzieć każdy!

Zwykły wpis

Normalnie zadzwoniłabym spokojnie i bez nerwów jeszcze raz, spytała co też się stało z taksówką, którą zamówiłam 45 minut temu, usłyszałabym jakiś wyspiarski kit i czekała potulnie dalej.

Ale jakoś się nie złożyło. Zadzwoniłam jeszcze raz, to tak. Ale dalej już było gorzej i to nie dla mnie tylko dla tej paniuśki po drugiej stronie. Usłyszała co robiłam przez ostatnie 45 minut, jaką mamy w mieście pogodę, co sądzę o jej pracy i odpowiedzialności i kazałam sobie wysłać taksówkę JUŻ!
Nawet nie protestowała. Pobączyła coś o korku na autostradzie, o którym miałam najświeższe wiadomości, bo 45 minut stałam na przystanku z widokiem na wjazd na A4. I dowiedziała się ode mnie, że korka nie ma już od dwóch godzin. Potem zmyśliła, że wysłałą taksówkę ale kierowca zabrał kogoś innego, przy czym dowiedziała się ode mnie, że w ciągu całego tego czasu taksówka była, jedna, nie z ich firmy i zabrała jakiegoś Paula z telewizorem. I całkiem niegrzecznie kazałam się jej zdecydować na wersję wydarzeń bo ja nadal stoję na deszczu. I użyłam „bullshita” skoro podpieranie się tradycyjną kurwą jej macią nie skutkuje w tym pogańskim kraju. Rzuciłam słuchawką i aż mnie skręciło, żeby potrzaskać nią o ścianę dla efektu. Na szczęście powstrzymałam chemię.

Poczekałam jeszcze 12 minut i zamiast osobówki przyjechał Ford Transit wielki jak Jezusie i święta Maryjko. Nie mówiłam, że mam torby ani że jestem z Fasolką a może szkoda. Pomyśleliby, że „Bean” to jakiś kolo, 2 metry wzrostu, obwieszony trofeami z uszu i sztucznych szczęk tych co mu podpadli nie musiałabym tak se sterczeć?
Tak czy inaczej, z popołudnia dłuższego o godzinę zrobiło się zimne, paskudne, wpienione popołudnie krótsze o dwie godziny. Dodatkowa godzina to czas na oddtajanie.

***

A z tym korkiem na autostradzie to całkiem inna bajka. Od 11:00 do 16:00 pół Anglii zainteresowanej przejazdem A4 stało w niekończącym się korku po tym jak kolizji uległy dwie ciężarówki i 2, 4, 6 samochodów (w zależności od wersji). W ten sposób, przewidziany na kosmiczny, ruch w sklepie zamarł i po półkach włóczyli się tylko piesi emeryci i przypadkowi kanapkowicze. Cudnie było. Siedziałam, rysowałam maszkarony, śpiewałam sobie i bujałam się na krześle w kółko. A kiedy korek puścił, akurat przyszedł czas na koniec pracy.
Przy okazji miałam czas na obserwowanie klientów i kilka charakterystycznych sylwetek postanowiłam wam przybliżyć.

Ale to zaraz, dochodzi mi czucie w nogach, zjadłam, czas na dogadzanie. Dziś lody. 😀

Już nie będę, obiecuję się poprawić :)

Zwykły wpis

Czyli że zmamiałam 😦

Dobra, nie napiszę co tam w ciągu dnia i takie tam, bo przefiltruję to przez moje to, ten tego… inkubatrostwo stosowane. Nie pochwalę się też tym co kupiłam ani jakie imiona zapełniają powoli naszą listę imion dla Fasoli. 
Ani jakie przemyślenia na temat rozpuszczania małych, usmarkanych gnojków
przyniosły mi ostatnie trzy dni w otoczeniu szczęśliwych, zakupujących rodzin.

Mam focha to go sobie strzelam. 😛

Ciekawe jest natomiast jak moje odejście na kasy przeżywają moi managerowie. 🙂
Garnek, mój zastępca w trybie natychmiastowym chodzi i pyta kiedy wracam. Kiedy mu odpowiadam, że za jakieś 11 miesięcy od teraz, krzywi się i składa to na kark niedomówienia trudności językowej. Wraca po paru godzinach i znowu 
pyta o to samo. 
Beret natomiast przyznał, że decyzja jest słuszna ale wydaje mu się, że będę robić na dwa fronty i w miarę pracy relaksującej i wypoczynkowej będę skakać po dwóch działąch i wspierać Garnka.
Frodo tymczasem, miłość mojego życia, ignoruje mnie i po drugim dniu nie rozpoznaje na korytarzu. To akurat sobie chwalę.

W pierwszy dzień, wstałam sobie do pracy na 13:00. Od drzwi dowiedziałam się od Kiciuszka Śmierdziuszka Kulaszka, że dzwonili do mnie od rana, bo coś tam. Jak usłyszałam o tym czymś to tylko moja wrodzona nieśmiałość i skromność nie pozwoliła mi wyśmiać Bereta i Garnka, kiedy do mnie przyszli.
Otóż, po czterech dniach od przekazania Garnkowi mojich ludzi, grafików, zmian, urlopów itp, okazało się, że nikt nie wie kto, co i kiedy. Więc dzwonili, żeby mnie spytać kto tego dnia będzie pracował na mięsie? Spytałam tylko
-Masz grafik?
-Mam.
-Co tam jest napisane?
-Że nikt!
-No właśnie a grafik dostałeś cztery dni temu.

Garnek stał, gapił się w kartki i mrugał, Beret patrzył ponad tłumem i kiwał łbem zamyślony a ja uśmiechałam się jakby wszystko było jasne.

Po 4 miesiącach nagle okazało się, że na Dziale nie ma wystarczająco ludzi do pracy! Szok! Przez cały powtarzałam w kółko, że mój zespół jest jak drużyna BARu, co tydzień odpada kolejny i za chwilę zostanę sama i jako główna nagrodę, będę spędzać w sklepie całą dobę. Jakoś kompletnie nie docierało. Kiwali łbami i czekali na boski palec sięgający z nieba. Bo ja mogłam robić za stu, ale Garnek nie.

I już wiedziałam, że podjęłam najlepszą decyzję ze słusznych. Po raz pierwszy powiedziałam parówkowym skrytożercom stanowcze NIE i nie obchodzi mnie jak się przez to czują. Mam gigantyczny problem z asertywnością ale tym razem, nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do oglądania się za ramię. W Restauracji miałam wyrzuty sumienia, kiedy odmawiałam dłuższej zmiany albo nadgodzin, chorowałam bardziej od tego, że musiałam zanieść L4, niż z samej choroby, tutaj nie raz w ciągu ostatnich miesięcy nie miałam rano siły wstawać z betów, ale nie! Posłuszny osioł i tak szedł swoją ścieżką w stronę kieratu, bo przecież urodził się osłem.

Koniec z tym. Cudne uczucie, polecam gorąco.

***

Szukamy domu. W jednym nie wolno mieć dzieci, w innym nie wolno montować satelity, inny po wsze czasy, nawet kiedy ludzie będą nosić neurowszczepy komunikacyjne w mózgach, zostanie poza zasięgiem sieci telekomunikacyjnych, a kolejny ma ogród ale do podziwiania. Sadzić nic nie można. Zrozumiałabym gdybym chciała zbeszcześcić ponadczasowy urok chińskiego ogrodu kamiennego, przyprawiając jakiegoś biednego taoistę o zawał serca, ale to? Ogród? Wyliniały trawnik i zagony ziemi z które to tu to tam wyrastają podobno „drzewka owocowe”. Jakie, właściciel nie wie. Owocowe.

Szukamy. Domu w kórym Dzidzia nie będzie deptać Bostonowi po łapkach, Boston będzie miał miejsce na michę, moja Rodzicielka będzie mogła rozprostować swoje stare wysłużone kości przy „Na dobre i na złe” a my nie będziemy musieli w tym czasie chować się w skrytce pod schodami, bo pilot od tlewizora będzie zajmował trzy trzecie salonu.

Nie jest to łatwa sprawa. Szukając w sieci znalazłam świetną ofertę. Spisałam parametry zaskoczona że to w tej samej wsi satelitarnej w której mieszkamy. Porównałam numery telefonu i okazało się, że nasz Landlord oferuje mieszkanie po sąsiadce Theresie za „przystępną cenę, odnowione, wykończone, z wszelkimi wygodami”. Jezu, mieszkanie nad nami, to zimna, mokra nora, w pokoju dziecięcym tynk odpada od ściany pod naporem grzyba wyrywającego się na wolność, od dwóch lat nie ma oficjalnego podłączenia prądu, tylko na skrętkę, pralka puszcza soki na sufit w naszej kuchni. Ten to ma tupet.

***

Idę rozpakować moje dzisiejsze mamusińskie zakupy. O.

Czyli co noc robi z mojego doskonałego umysłu

Zwykły wpis

Mówią, że koszmary i dziwne sny są charakterystyczne dla nioski. Ale psia ich mać!

Najpierw zerwałam się w środku nocy w wyniku takiej oto historyjki:
Śni mi się, że śpię. Obok Suseł. Nagle zorientowałam się, że spycha mnie z łóżka i kradnie kołderkę, pomacałam i okazało się, że półdupkiem wiszę w powietrzu. Żeby mieć argument do nocnego rozpychania się sięgnęłam więc na stronę Susła, żeby obadać ileż to łóżka mi kradnie. I okazało się, że on też ,eży półdupkiem na niczym! Tylko, że to coś okazało się taką zaokienną półką na donicę, wiszącą na wysokości 2 piętra i kiedy tylko uświadomiłam sobie, że leżymy razem na wąskiej, zbutwiałej desce, od razu fiknęłam i spadłam na chodnik.

Długo zasypiałam na nowo. Druga seria była nie lepsza:
Jakiś znajomy poćwiartował obcego faceta i układając kawałek na kawałku, żeby przypominał gościa na salonach, usadził go na sofie i jak gdyby nic zabawiał nas rozmową. Ja cały czas zerkałam na zewłoka, głowa na szczycie ale zamiast dłoni, obute, odkrojone nogi itp. Namówiłam Susła, żeby zadzwonił na Policję ale automat odpowiedział, że „Wszystkie zgłoszenia będą realizowane w kolejności w jakiej nadeszły, od poniedziałku, godziny 8:00 rano”. Tymczasem znajomy znudził się półtuszką na sofie i postanowił „wyjść do miasta po więcej”. Suseł zadzwonił więc do sąsiedniego miasta i policjant obiecał przyjechać…za 3 godziny. Do tego czasu, polecił abyśmy znaleźli mu jakieś zajęcie.

/Czesio lubi śpiewać Alleluja!/

Po tym nie zasnęłam aż do świtu. Trzeci sen jakoś poprawił mi nastrój poranny i przy śniadaniu stwierdziliśmy, że trzymam trofeum za najlepszą senną jazdę i Suseł oddał medal z kartofla za sen o motorze z kołdry. A było tak:

Przyszła do mnie PikPoczka (tak od PikPoków) i oczywiście, jak w realu kiedy usłyszała, że wybieram się na basen, on też chce! Szukając powodu, żeby się wykręcić od radosnych plusków w jej towarzystwie, oświadczyłam, że bez kostiumu nigdzie jej nie wezmę. Zrzedła jej mina, ale jak to PikPoczka, zkręciła się błyskawicznie i przyniosła mi brokuła. BROKUŁA! Wyjechanego, monstrualnej wielkości brokuła, metra sześciennego zieleniny i nóż. Żebym jej wyrzeźbiła gaciorki do pływania. Siedziałam z nożem w ręku i zastanawiałam się jak wyrzeźbić cokolwiek co można zasadzić na tyłek skoro środkiem biegnie główna łodyga, która trzyma wszystko w kupie? Błagalny wzrok Poczki i to spojrzenie z reala, pt. „Ty na pewno umiesz!” 
gnębiło mnie do południa.

***

Przesiadłam swoją personę na kasy. A rzuciłam w cholerę awanse i niuanse, są ważniejsze rzeczy. Dupa tylko boli.

***

Fasolka nie gmera mnie już sporadycznie ale nabiera wprawy fika koziłki kiedy tylko pozwala mu na to mój rozporek na gumce. I nabiera ochoty na kisiel z jabłkiem, co narasta jak napięcie tektoniczne i boję się, że w końcu tygodnia naważę pięciolitrowy gar kiślu w czterech smakach naraz i będę go męczyć kolejny tydzień. Boję się.

Coś z domu, coś z sieci, coś z gazety

Zwykły wpis

W nocy spadł śnieg, do 9:00 rozpuścił się a o 10:00 okazało się, że wyprzedaż, która miała powrócić dziś w wielkim stylu, po pół roku przerwy, nie
odbędzie się z powodów niekorzystnych warunków pogodowych. Bałwan w
bombki strzelił, łóżeczka ani kołyski w tym tygodniu nie będzie. :/

Susełek wstał, zjadł naprędce przygotowane jajka w majonezie, powąchał gotowaną na sałatkę marchewkę i pojechał do pracy. W niedzielę. Bo w całym sklepie, na 400 pracowników, znaleźli jelenia właśnie w nim i wykorzystując fakt, że odkładamy na przeprowadzkę, wrobili go w kolejne nadgodziny. O 11:00 pojechał, postał pod sklepem, popukał w okienko i szczęśliwy wrócił do domu. Akurat, żeby zastać mnie w połowie robienia sałatki, oglądania filmu, mycia naczyń, sprzątania kuchni i rozmrażania lodówki. Akurat zdążyliśmy się nacieszyć niedzielą w rodzinnym gronie, kiedy pół godziny później zadzwonił manager Susła i obwieścił, że zmienili zdanie i właśnie zbierają się na wspólną nasiadówkę w zamkniętym sklepie.
Przy przerzucaniu towaru z miejsca na miejsce. Miał jakiś wybór? Nie. A co na to Kokainka? Skropiła słonymi łzami ziemniaki w mundurkach i obraziła się na cały świat.

Święto świętem ale znowu zrobiło mi się niedobrze na widok kuchni naszej, cudnej, wspólnej.
Jakoś tak głupio myślałam, że mój stan błogosławiony spowoduje, że współlokatorzy postanowią zapoznać się z instrukcją obsługi szmaty ogólnego zastosowania. W połowie mojej sześciogodzinnej zmiany na sprzątaczkę, Brat wszedł do kuchni, przestąpił miski, gazety i szczotki, włączył sobie czajnik (który właśnie wyszorowałam) i wrócił do oglądania filmu w swoim pokoju. Truffel natomiast, weszła dwa razy, ustaliła źródło hałasów i stuków, zrobiła sobie kawę i oznajmiła, że
-No, to ja lecę.

/Nastrój wkurwienia właśnie mi minął na widok dwóch króliczków goniących się na polu, za oknem. Jak to łatwo rozczulić nioskę. 🙂 /

Czyli tak upłynęły nam Święta. Jutro kolejny Bank Holiday, o celebrowaniu dnia wolnego od pracy nawet nie ma co myśleć, bo nikt Kokainki o zdanie nie zapytał. Z góry ustalono, że skoro Leaderka, to znaczy, że pracować musi.
Tymczasem w ciągu ostatnich trzech dni sięgnęłam dna rozpaczy i bezsilności, obficie karmionej hormonami i skończyłam na toalecie pracowniczej, rycząc jak raniony łoś, bo mi odjęło siły nawet na szuranie girami po sklepie. Nic mi nie wolno podnosić, niczego szarpać ale jak przychodzi co do czego, każdy manager udaje, że widzi mnie po raz pierwszy i cierpi na amnezję wybiórczą. Kończy się na tym, że łażę w kółko albo zbieram pudełka ale nawet Święta Cecylia Bez Ręki miała by dosyć łazić 9 godzin w kółko, jak w kieracie i schylać się tysiące razy po leżące na podłodze pudełka. Plecy mi pękają na tyle kawałków, ile mam kręgów, Fasolka się buntuje i gilgocze jak tylko mam okazję posiedzieć na przerwie i posłuchać co to mały ludzik sądzi o pracy swojej Mamy. 😦
W stanie kompletnego rozp****nia, zapłakana i rozmazana jak stary szop pracz powiedziałam, że gówno mnie obchodzi kto mnie zastąpi i kiedy, ja chcę na kasy! I nagle się dało. Nie dało się tego załatwić trzy tygodnie, za każdym razem odsyłana z obietnicą w guście „soon”, „shortly” lub „in a few weeks” coraz częściej widziałam się pchającą przed sobą taczkę z Fasolką, bujającą się na boki jak boja przybrzeżna, denerwującą się każdym słowem Głupiego Szefa i wykonującą wygibasy, szpagaty i gwiazdy przy podnoszeniu kolejnych pudełek z podłogi. A tu nagle, jaka siurpryza- widok Kokainki siedzącej jak kupka nieszczęścia na pokrywie kibelka sprawiła, że od wtorku żegnam się z Beretem, Frodem i całym tym cyrkiem wściekłych małp. 😀

Alleluja i do przodu!

***

Wczoraj natknęłam się na blogowego trolla. Tak sobie wędrowałam od bloga do bloga, odwiedziłam CinkęEjkę, która już nie robi w pieluszkę ale jest straszą siostrzyczką swojego małego braciszka i nagle, w szale klikania po maminych blogach chwalących się brzuszkiem-dupcią-kupcią swojej pociechy trafiłam na naprawdę niezły kwiatek.

Blog chaotyczny jak często się spotyka, krótkie, wyśrodkowane notki w stylu „Ja i Mój Munż oraz moje Dziecko”, tu są nasze zdjęcia ślubne, patrzcie jak szczęściaŻ ten Mój Munż a to są focisze mojego Synka ale zabezpieczone przez kradzieżą poprzez wsmarowanie w środek napisu nie pozostawiającego cienia wątpliwości co do właściciela Synka. Ale nie to jest najlepsze. Tekst wstępny, zawarty w nagłówku bloga głosi, że jeśli ktokolwiek będzie próbował obrażać ją, Mamunię lub jej rodzinę powinien zapoznać się z „tekstem po lewej”. „Tekst po lewej” natomiast to sążnisty wyciąg z prawa karnego w którym, Mamunia ostrzega, że jakiekolwiek obraźliwe lub cokolwiek sugerujące, zamiary i myśli odwiedzających bloga zostaną zgłoszone do prokuratury a winny zasiądzie na ławie oskarżonych i odpowie na swoje niecne występki.

No ludzie, podchodzę sobie do przedszkola, patrzę przez płot a tam gromadka szczęśliwych dzieci bawi się w towarzystwie motylków. Tylko że teren jest ogrodzony drutem kolczastym, na wieżach siedzą snajperzy, ogrodzenia strzegą krwiożercze rottweilery a napis na bramie zaprasza serdecznie i ostrzega, że w razie fałszywego ruchu, panowie z wieżyczki odstrzelą mi pokrywkę czajnika.

Ktoś się zdziwi, jeśli napiszę, że od razu odeszła mi ochota na brnięcie przez posty grożące więzieniem? Dostrzegłam tylko oznaki oburzenia Mamuni w temacie bezpieczeństwa jej zdjęć, wchodzenia na bloga i wpuszczania na niego byle kogo i komentarzy, które dostaje od ludzi, którym z jakiegoś powodu nie podoba się jej niewinny i szczery wstęp. Skomentowałam. 🙂 W odpowiedzi dostałam maila w którym Mamunia wyraziła współczucie na moją osobą i zdziwiła się, jakim prawem osądzam ją po jej blogu? Odpisałam. Sążniście. Odpowiedzi nie dostałam.

Biedni są tacy ludzie, biedni. Z czasem zaczynają skarżyć sąsiada do Zarządu Mieszkańców za podeszły wiek i sapanie przy oczekiwaniu na windę, psa z dołu za noszenie ogona w górę, co naraża ich na widok , że tak powiem brzydko „psiego odbytu” a na starość wychodzą na miasto, awanturują się na przystankach, wpisują się do wszystkich możliwych książek skarg i zażaleń w okolicy i wystają godzinami pod urzędami wykrzykując, że „to skandal!” i „decyzję trzeba podjąć na najwyższym szczeblu!”.

I jeszcze mają dostęp do internetu. Podejrzewam, że Mamunia napisała raz czy dwa razy coś z czym nie zgodził się jakiś internauta, ten odpowiedział jej podle swojego odczucia, ona oskarżyła go o szykanowanie, on napisał jej, że ma ją tam gdzie pies nosi ogon wysoko, ona nie popuściła i skończyło się na kartkowaniu Kodeksu Karnego, jakby to kogoś obchodziło.

Wyrażę tylko współczucie dla Munża i przejdę do kolejnego tematu.

***

„Daily Mail” sprzed paru dni znalazł sobie kolejny temat do narzekania na emigrantów i zwalanie na nich winy za korki uliczne, kolejki w sklepach i niedobór domów.
W artykule rozpoczętym przez łzawą historię o tym jak młoda matka została odesłana do domu w samym środku porodu i musiała sama sobie przyjąć dziecko, następnie iść na piechotę do szpitala z pępowiną dyndającą jej spod sukienki.
W realiach angielskiej Służby Zdrowia jestem w stanie uwierzyć w kwestię odesłania jej do domu, bo miałam już przykład takiego traktowania pacjentek w zeszłym roku. Natomiast nie uwierzę nigdy w fakt, że w Anglii, gdzie dom na domu i sąsiad na sąsiedzie, poszkodowana nie miała jak się dostać do szpitala. Już pomijając karetkę. I już widzę jak świeżo po porodzie, kobieta, pokonując 20 minutowy dystan
s samochodem, na piechotę, z tą pępowiną tu i tam, dociera do szpitala i robi im awanturę.

A kto winny? Pielęgniarki? Kulawy system opieki zdrowotnej? Bezmyślność? Nie! Emigranckie matki, które masowo wypluwają dzieciary, specjalnie przylatując do Anglii, żeby blokować oddziały położnicze w całym kraju w ilości zatrważającej! Połowy rodzących się w tym kraju dzieci! Na 800 000 osesków przychodzących rocznie przychodzących na świat, 400 000 to dzieci tych cwanych, bezczelnych matek, które śmią rodzić „te wszystkie dzieci” obciążając budżet kraju i obsady pielęgniarskie we wszystkich szpitalach w całym kraju. 400 000 to mniej więcej liczba dzieci, które rodzą się rocznie w Polsce! Wygląda na to, że 2-3 miliony emigrantek pędzonych na konserwantach ma hipersuper owulacje i mnożą się jak królowe pszczół.
Jakoś nikt nie wspomniał o tym, że zarówno matki jak i ojcowie dzieci, które rodzą się na obczyźnie pracują, płacą podatki i dokładają jakieś 50 milionów funtów do krajowego dobrobytu rocznie.
Nie, oni wypluwają kolejne dzieciary a potem jeszcze zapychają szkoły,
gdzie jak się dowiedziałam z innej gazety, kilka dni wcześniej są już klasy w których 80% uczniów nie mówi po angielsku.
Pandemonium! Czas zamknąć granicę i rozprawić się ze stonką póki czas!

Cholera z brukowcami. I tak czyta je tylko 90% tego dziwnego społeczeństwa które nie wie gdzie leżą Chiny więc spodziewając się Wielkiej Bomby, rozglądają się we wszystkich kierunkach świata.

***

Fasolka doprowadza mnie do łez. Śmiechu. 🙂 Gilgocze i smyra tak delikatnie, że przerywam sobie w pół zdania, żeby opanować chichranie. Litości, Ludzik!
Matka ci padnie ze śmiechu i kto cię będzie pupsko podcierał, pudrował i całował?

Z mniej miłych doświadczeń, moje palpitacje sercowe przestają być zabawne. Chwilami tak mi telepie w klacie, że mam wrażenie, że kiwam się na boki! Uciążliwość zgłosiłam, czekam na wizytę u kardiologa, który i tak nic nie
stwierdzi.

A z jeszcze niej miłych- marzę o chropowatej ścianie, tynku strukturalnym lub tapecie z papieru ściernego grubości ziaren grochu, żeby stać przy niej i drapać godzinami swoje 75E, które jak wygląda, ma zamiar dobić do końca alfabetu i zacząć od początku. :/ Nie mogę stać w pracy, na środku sklepu i
czochrać się po mleczarni!! Ratunku! Szczotki drucianej!!! Doda Elektroda przynajmniej ma same plusy ze swojej bombonierki. :/

***

W tle sprzątania obejrzałam dziś Misia, Rejs, Chłopaków co nie płaczą i Rozmowy przy wycinaniu lasu.
Posłuchałam kilku ścieżek filmowych, które jakoś tchnęły smutkiem i rozpaczą.
Od dwóch godzin nieustannie popatruje na zegarek, pogryzam sałatkę świąteczną i czekam na Susła tego mojego, co nie wraca ranki i wieczory. 😦 Protestanci nie mają litości nad katolikami, powiadam, nie mają.

Alleluja, świat się zieleni a dzisiaj padał śnieg

Zwykły wpis

Wszystkim moim Czytelnikom, 

Kokainka, 
Suseł i 
Jajeczko Wielkanocne

składają najserdeczniejsze życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych! 

Jajka każdego, byle nie czekoladowego, mazurków o których pamięta się cały rok, sałatek z prawdziwych warzyw, wiadra wody niespodziewanie wylanego na głowę z balkonu późnym południem w poniedziałek i masowej inwazji żółciutkich kurczaczkow, puchatych białych parzystokopytnych oraz skrzynki 
pocztowej zapchanej kartkami z życzeniami od dawno zapomnianych członków rodziny. Chociaż z tym ostatnim, to może ostrożniej. 🙂