Monthly Archives: Czerwiec 2007

Czyli, co tam u mnie?

Zwykły wpis

Dobra, dobra, juz piszę…:D 

/Anna Maria Jopek, że o wszystkim, tylko nie o miłości./

 

A więc nie pisuję, bo awansuję. Zmieniły mi się godziny. Niewstaję już o godzinie o której idą spać grabarze, nie snuję się wykończona, blada jak duch, z zaklejonymi ślepiami, nie drzemię nad herbatą i nie dosypiam na światłach.

 

Jak człowiek, wstaję, jem śniadanie, wystawcie sobie! Prawdziwe śniadanie z widokiem na wioskę za żywopłotem. Mam czas na herbatę, na warkoczyki (jeszcze żeby się było chwalić, miotełki takie…). Potem wsiadam na bicykl księżycowy i jadę- drogą jasną, często zakorkowaną, mijam dzieciary idące do szkoły, mateczki z wózkami. Dojeżdżam na czas, kupuję kanapkę na drugie śniadanie a potem wchodzę na salony.

 

Dobrze jest być Team Leaderem, dobrze. Tylko wyrzuty sumienia nie dają spać. W porównaniu z tym co robiłam dotąd, teraz wyleguję się na zielonej łące, żuję trawkę i liczę niebieskie baranki. Z 30 minut, przerwa wydłużyła mi się do 1,5 godziny, w trzech rzutach. W porze luchowej siadam z herbatą i oglądam godzinę filmu na iPodzie, resztę „doogladuję” w czasie pozostałych 30 minut. W międzyczasie siedzę sobie na widoku Temata, który ze swoją brygadą rozsiada się przy drugim stoliku. Wymachują rękami, opowiadają sobie jak wyglądają ronda w całym okręgu, plotkują która klientka co miała na sobie otwierając drzwi, kiedy zapukali zdostawą. A Temat podśmiewa się pod nosem, czasem coś dorzuci, czasem po prostu siedzi, nieobecny. Czasami coś napisze, do stolika obok. Ja odbieram wiadomość, czytam, odpisuję nie wyciągając słuchawek z uszu i nawet nie patrząc w ich stronę. Dla innych, obcy, którzy kiedyś razem pracowali. Obcy, którzy kiedyś dreptali za sobą krok w krok. Obcy, na których zerkano raz po raz w poszukiwaniu potwierdzenia podszeptywanych plotek. Obcy… Dla wszystkich wokół.Tylko nie dla siebie. Ale kiedy zdarzy się, że spotkamy się sami na korytarzu, zapada cisza, ktoś coś bąknie, jakieś cześć, rumiane policzki, lustrowanie betonowej podłogi. Żadne z nas nie wspomina wieczornych rozmów przez SMS’y, każde z nas udaje, że nocami rozmawia z kimś innym. Że to co poza Halą, jest czymś nierealnym, nieistniejącym a jeśli już, to istniejącym w jakimś mikroskopijnym wszechświecie ograniczonym klawiaturą telefonów. I ani minuty dłużej, ani centymetra dalej. Ktoś powie, jakie to dziwne, jakie pokręcone, jakie romantyczne na swój chory sposób. Wirtualna taka, ta…

 

W sumie, inaczej nie mogło być. Minął maj, dowiedziałam się, że odliczanie odwlecze się do października. Minie okrągły rok. A kiedy już nadejdzie czas, i Temat pójdzie tam gdzie go ciągnie…wieczorne pogadanki staną się jeszcze bardziej chore i pokręcone. Bo z daleka, bo bezpieczniej. Bo może przyjdzie taki czas…

 

Niech tak będzie. Nie żałuję. Przeciwnie…

 

A w Zamczysku- wojna na pralkę. Weszłam, znalazłam swoje pranie na zakurzonej, zasypanej proszkiem, starej pralce i ulało mi się. Pranie nieznajomego ktosia, korzystającego z nie swojej pralki wyleciało mi na podłogę. Usypałam zgrabną górkę ze skarpetek, koszulek, posypałam zużytymi woreczkami po tabletkach do prania a na szczycie konstrukcji umościłam puste pudełko po Arielu. Potem zabrałam szufladę od pralki, wróciłam do domu, napisałam pralniane ogłoszenie, doprawiłam żółcią i wróciłam na dół. Prania już nie było. Woreczków też nie. Ktosik nie przyznał się natomiast do pudełka po proszku. I tak skończyła się epoka używania pralki Polaczków.

 

Na Wyspach pogoda sztormowa. Od dwóch tygodni pada. Pada bez przerwy, zimnym, mokrym obrzydlistwem. Wszystko pokapuje, chlupie, szumi,ciurka i ocieka. Pól Wyspy zalane jest wodą. W Polsce nazwalibyśmy to powodzią, kataklizmem, anomalią stulecia.

 

Tu nazywaja to najbardziej deszczowym czerwcem od 200 lat. To się nazywa angielska flegma!  Piloci żółtych helikopterów RAFu ratują ludzi z dachów, piszą o nich w gazetach, drukują zdjęcia mokrych ale szczęśliwych psówi kotów, rodziny dają wywiady w telewizji stojąc na tle na wpół zawalonych domów trzymając dzieciary za kołnierze, żeby nie łaziły po błocie i nie wygrzebywały talerzy ze studzienek. W nagłówkach roztrząsa się straty jakie poniosły puby w wioskach, bo bywalcy włażą w mokrych kaloszach, żeby wypić obowiązkowego Guinessa w przerwie w szpadlowaniu salonu z błota.

 

  

 

U nas już słyszałoby pierwsze głosy o pomocy dla powodzian, wołano by o rozbijanie narodowej świnki, z zagranicy jechaliby Niemcy zesprzętem do osuszania podwórek. Ktoś zaczynałby budować osiedle z pudełek pojajkach, ktoś inny szukałby w tym przewałów. Nocami słychać byłoby dźwięk tłuczonych szyb w zalanych sklepach, po chleb i wodę z ciężarówek przychodziłyby damulki w białych rybaczkach i japoneczkach. A za rogiem stałaby amfibia z której rozdawaliby grochówkę. A w ciężarówkach znalazłyby się 3 tysiące tubek z przeterminowaną maścią na grzybicę. Gwiazdy polskiej estrady nagrałyby wyciskacza łez ze słowami „miłość”, „pomoc”, „serce” w refrenie, potem byłby czas na klip, którym zapychałoby się każdą przerwę w transmisji na żywo z pokładu helikoptera latającego nad zielonym bagniskiem.

 

W sumie nie wiem, z którym z tych obrazków jest coś nie tak.Wiem natomiast kto dostanie odszkodowania za które będzie można dobudowaćwiększe pokoje dla dorastających córek. Taki kraj.

/Metallica, czterech jeźdźców…/

Czytam „And the Band Played On”. Kocham film, zdobyłam płytę z oryginalnym soundtrackiem a na Amazonie dostałam książkę za 3 funty. Czyta się lekko i przyjemnie ale ściska za serce od pierwszej strony. To książka o początkach AIDS. Jak do tego doszło, kto właściwie był winien, kto był pierwszy w kolejce po krzyż, jak mogłoby być gdyby nie Reagan. W sumie, tak był zajęty polską Solidarnością, że nie zauważył jak podczas jego kadencji na nową chorobę zmarło ponad 20 000 Amerykanów. Gayów. I w tym problem. Kiedy zaczęli umierać hemofilitycy, ludzie starsi i niemowlęta, uznano chorobę za chorobę  l u d z i. Bagno.

Zeby pożalić się na los, podramatyzować i pochlipać obejrzałam dziś „Serendipity” z Johnem Cusackiem. Po pierwsze- każdy film z Jaśkiem jest powodem do użalania się nad światem- że jego kopie nie chodzą po ulicach w większych ilościach. Co tam Neo Kijanka czy Johnny ‚the captain’ Deep? Po drugie- zdarzyło się, że w komedii romantycznej znalazło się miejsce na prawdziwą grę aktorską- ale to znowu o Jaśku. Po trzecie- ja też tak chcę, żeby jakiś inteligentny nieznajomy szukał mnie po mieście po pięciu latach, które upłynęły od przelotnego spotkania i żeby wyglądał jak Jasiek- ale to chyba znowu o Jaśku…. 😀

/Gotan Prj.- Argentina i Buenos Aires a u mnie pada deszcz./

Ot i przyszedł SMS! 23:30, prawie jak w zegarku.

 

 

 

 

 

Reklamy

Oscar za Najlepszą Kreację na Stop Klatce

Zwykły wpis

No i nie odpisałam.
a) nie chciałam
b) nie mogłam, nic na karcie

Ale rano zmieniłam zdanie, załadowałam i postanowiłam wysłać odpowiedź, kiedy będzie siedział na lunchu, na wprost mnie. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Mała menda nawet nie mrugnął okiem. Wyjął telefon, spojrzał, przeczytał, schował telefon i wrócił do opowieści o tym gdzie był i co widział.

Ja bym tak nie umiała. Wieczorem pisze wyznania spod wątroby, rano przyjmuje minę wodza plemienia Navajo i udaję, że to Zły Brat Bliźniak.

Chłopcy nudzili sie na zmianie i nakręcili filmik z Teamtem w roli głównej. Teraz mogę sobie wskoczyć na UTubkę i oglądać Temata do zarzygania. Na wózku, na słupku, ż plecakiem…poezyja. I to zdjęcie, siedzącego Temata na murku, z podwiniętymi nóżkami…

Orkiestra jeszcze gra

Zwykły wpis

Temat znowu w temacie. Pewnie zapił się jakimś cienkuszem i postanowił sie pożalić do mnie na świat i mnie. Że nie może spać, że źle, a co u mnie, że kocha. Widać polityka ignorowania go za wszelką cenę nie działa. Boli go istnienie i dobrze.

Awansowałam, zmieniałam dział, godziny, ludzi, horyzont. Jest pięknie ale odzywa się syndrom cieśni nadgarstka x2 i już się martwie co dalej.

W sferach muzycznych zastój jak rzadko kiedy. Jesli 30 Sekund nie wyda czegoś nowego w najbliższym czasie, zacznę słuchać fasolek.

Polak na emigracji, dinozaury, Freddie Mercury i meandry wychowania bezstresowego

Zwykły wpis

W samym Londynie, a juz na pewno w londyńskim metrze możnabać sie wielu rzeczy. Tłumu, który cie pociągnie jakieś 100 pięter wyżej ,wsiądzie do kolejnego wagonika i zostawi zdezorientowanego na zadupiałej stacji…
Kolorowych paseczków wszędzie dookoła udowadniających, że jest więcej
niż 4 kierunki :)… Czarnych obywateli w workowatych ubraniach, przepastnych kapturach i rozwiązanych butach, rozglądających się w poszukiwaniu otwartego plecaka, białych nastolatków zrzeszonych w ulicznych gangach , których zasięgi przylegajądo siebie z dokładnością do kodu pocztowego….

…ale jest jedna rzecz, którejwarto unikać bardziej niż publicznej toalety i Misia Paddington- Polaczka wpuszką piwa w ręku.

Łażą grupami, zwykle po 3, czasami z dziewusią. Każdy jest ogolony na łyso,ubrany w workowate spodnie i szare bluzy Everlast, Athletic lub GAP. Śmierdzą szatnią wf dla chłopców, w łapie trzymają otwartą Stellę i łypią na wszystkichi wszystko, otwarcie komentując przechodniów lub towarzyszy podróży, szukają zaczepki i drą się na całe gardło jak to ich w pracy nie szanują. Opowieści idąw taki deseń: Kurwa, ja pierdolę skurwiały kurwa angol jebany mi podział żebym se kurwa znalazł robotę kurwa w Polsce jebany kumasz? Bekają,smarkają, nie usiedzą w miejscu. Obracają się w kółko, mierzą dziewczyny wzrokiem, pokazują sobie puszkami piwa co, która ma  wyjebiste. Londyńczycy…wrócą do domu z tym co zostanie w kieszeni z rozwiniętą chorobą alkoholową.

Jest i druga grupa, częściej z dziewczyną. Dziewusia- urządzona na tip-top. Nienaganny tapeciarski makijaż, nażelowane włosy w fikuśna koafiurę, niebezpiecznie i niefunkcjonalne tipsy, torebeczka na drużynę mrówek, push uppod koszulką z Everlastem, biodrówki spod których rzadko kiedy wystaje sadło, gołe giry i trampki rażące bielą. Gotowa do polizania. Jej towarzystwo nielepiej- fantazyjne irokeziki, żelowane loczki na skroniach, koszulki opinające miąchy wyrobione na zmywaku lub w przetwórni śmieci, puste ręce i komórki. I takie rozmowy: JołJoł, e, czaj bazę, jesteśmy kurwa na liwerpólu a tu kurwa pedałuje kurwa Zdziesiek, ten pamiętasz co tak dźwigał aż  mu jaja odpadły…i kurwa, pedał jeden kurwa na rowerze! mówię kolnij mi na mobila aten mi kurwa czujesz, że nie ma bo mu współlokator zajebał…pedał kurwa narowerze…

A to wszystko w londyńskim metrze.

Ale ale, Kokainka jest kulturalną emigrantka i używa słów nieparlamentarnychtylko wtedy gdy się wkurwi…

W Londynie, oprócz polskich opojów dane nam było zobaczyć Muzeum Historii Naturalnej, poruszającego sie i porykującego T-Rexa, dwumetrowe dziecko w plastikowej macicy, spowite upiorną, czerwona łuną, schematyczny przekrój przez stosunek seksualny (zainteresowanym opublikuję zdjęcie), 4 litry krwi w słoju,wypchanego misia pandę, plastikową kałamarnicę…a nad wszystkim czuwał gipsowy Darwin, siedzący w gipsowym fotelu w pozie najgłębszej zadumy. Wstawiony w sam środek wrzeszczącej dzieciarami restauracyjki muzealnej.

W sklepiku kupiłam sobie naszyjnik z pięknymi kamieniami i karabińczyk dokluczy Ice Station Antarctica.

A potem, pociągnęłam towarzystwo do South Kensington na piechotę aby spełnić jedno z moich największych marzeń. Obiecałam sobie mając lat 13, że pojadę,zobaczę, dotknę, ucałuję ziemię i dzieciom będę opowiadać. GARDEN LODGE, 1LOGAN PLACE. Dom, w którym przez wiele lat mieszkał i umarł Freddie Mercury.Marzyłam, że zobaczę zielone drzwi…

Ulicę znalazłam bez problemów, ponieważ weszłam w nią od tyłka strony, już się wystraszyłam, że to nie ta… ale serduszko mnie prowadziło i nagle…aż łezkisię w oczach kręciły. Tak silne jest marzenie trzynastolatki. Towarzystwomilczało zdjęte nastrojem chwili a ja głaskałam popisane cegły muru. W końcu wyrwałam karteluszkę z rozkładu metra, nabazgrałam słowa prosto z serca i wdmuchałam zawiniątko pod drzwi.

  

Pięknie było, pięknie…

/I żeby w temacie- a puściłam sobie „A Night at the Opera”, a co.Niech Freddie ma coś z fanki./

Najeździliśmy się jak gupki, nogi weszły mi w wątrobę, napstrykałam 300 zdjęć. A drugi dzień spędziliśmy na łonie rodziny Susła- z plackiem palce lizać, bigosem domowym, fotelami na słonku i Urwipołciem do którego nie docierajążadne słowa boskie.
Fotelowa poducha nad stołem z filiżankami
-Tylko nie rzuć tego!- mówi Tata
-Baaach!- odpowiada Urwipołeć,  Mama ściera herbatę a Urwipołeć zarykujesię ze śmiechu.
-URWIPOŁEĆ!!!- wrzeszczy Tata.
Chwila zastanowienia, małe zwójki pracują i łobuz zatyka Tatę tym samym kitem:
-TATA!!!

Bez słów, ręce opadają.

Obładowani rodzimym jedzeniem, szynkami, parówkami pachnieliśmy w pociągu jak przemytnicy garmażerki. O 22:00  pakistański taksówkarz wyrzucił nas pod dom.

Dodatek do Czynszu wydaje co zarobił. Tydzień przed powrotem z Saksów kupuje trzy półlitrówki dziennie i zlega powalony niemocą ku wkurwieniu Dawcy. Potemmu pierdzi, smrodzi, stęka całą noc, bzdurzy jakieś delirne opowieści a rano leczy kaca giganta. Nie mój pokój, nie moja małpa.

/No i poleciała cała dyskografia Queen, wiedziałam, że tak się skończy. :)/