Monthly Archives: Lipiec 2008

„Marzenie szalonego elektroakustyka” w architekturze

Zwykły wpis

No właśnie się nie da oknem. Odpisuję wszystkim, którzy mieli świetny pomysł…w Polsce. 🙂

Okna są, owszem ale sztuka udałaby się gdyby otwierały się jak okna u normalnych ludzi- na boki. Tymczasem te okna dbają o jedność i stabilność rodziny. Żeby gospodyni albo pan domu nie fiknęli za okno podczas parapetowych ekscesów. Okno jest podzielone, przez środek, wszerz. Otwiera się tylko górna część, jak klapa w górę i można przez nią podać coś nie większe niż 80×50 cm. I nie jest to łóżko.

A łóżko było (bo już leży w drzazgach) najprostszym łóżkiem typu British Standard- dwie wydmuszki z listewek w kształcie pudła obitego materiałem, które zsuwało się razem i na to szedł materac.

British Standard to również wszystko to o czym pisał Radek. Wynika on z bardzo prostej zależności. Anglików jest jakieś 56 milionów, każdy chce mieć dom, Wyspa jest mała, nie ma już lasów, jest dużo rond, a między rondami domy- pudełka od zapałek. Ale wielkość nic nie tłumaczy. Nadal można zachwać rozsądek i trzymać się zasad budownictwa. Ale wyobraźni brak. Zauważyliście jak Anglicy zachwycają się wszystkim wokoło? Podnieca ich ręczna robota, własny pomyślunek, nietypowe rozwiązania… bo sami nie są do tego zachęcani. Bo nikt nie każe dzieciom brać papieru, kleju i nożyczek do łapy i kleić własnego domku dla lalek, gdzie spotkałby się z kwestią rozwiązywania problemów architektonicznych na małą skalę. Oni mają domki ze sklepu, plastikowe i już absurdalnie zaprojektowane. Lala Barbie ma 20 cm wysokości, okna ma na wysokości pasa ale co tam, przecież prawie cały czas siedzi w różowym foteliku, który proporcajmi ma się nijak do pomieszczenia. Wyobraźnia i finezja nie leżą na półce w supermarkecie. 
Młody angielski architekt, który kombinował ze nożyczkami postawi londyńskiego Ogóra, taki co nie kombinował będzie projektował domki na prowincji, gdzie inwestor szybko zmienia zdanie i zdarza się, że przez noc, z ciągu przylegających do siebie 20 domków musi wycisnąć 25. Poprzesuwa ściany, okna zostaną, kibel się przeniesie do kącika na kalosze, będzie miodzio. I terminy dotrzymane.

Dlaczego w ty wszystkich domach są tak małe okna? Dlaczego nie można ich otwierać po ludzku? Dlaczego schody są wąskie, kuchnie małe, pokoje tylko na łóżko…ale w każdym musi być kominek, kaloryfery zamiast pod oknem montują na środku przeciwległej ściany, gdzie można by coś postawić? Podwójne krany do parzenia rąk, ogródki na jedną marchewkę, progi drzwi przez które trzeba przestępować jak czapla… taka lista się nie kończy. Okna, których nie można umyć kiedy ma się chwilę- trzba dzwonić po gościa z pałąkiem z włókna węglowego, żeby popsikał wodą, potarł i wział 15 funtów za okno.

I ich kanalizacje i orurowania budynków- żadna rura ściekowa nie idzie wnętrzem domu, wszystko wyprowadzone na zewnątrz, biegnie sobie malowniczo szarą rurą kanalizacyjną środkiem fasady, do niej dołączją się zlewy i umywalki a potem wszystko razem ginie gdzieś w chodniku. Lub co gorsza leci w kratki odpływowe. Tak mieliśmy w Zamczysku- kanalizacja szła do ziemi, reszta rurkami, kończącymi się 20 cm nad kratkami, tuż przy murze. W zimie, kiedy pralka spuszczała gorącą wodę, parowały okna do 3 piętra bo woda praktycznie leciała w trawnik gdzie potem marzła sobie lub podlewała mieszkanie A.

Instalacja elektryczna leci tymi cudnej urody plastikowymi prowadzidełkami bo murarka w tym kraju kosztuje (ręczna robota) i zajmuje czas. Włączniki prądu w pokojach- wiele hałasu o nic- wielka grucha plastiku przyklejona do ściany a na nim jeden pstryczek- elektryczek. Żarówki na prztyczek zamiast na wkrętki, nigdy nie wiadomo jaką kupić jak już stara się przepali bo w jednym domu te mają gwinta a tamte prztyczka. 

Co do murarki- zamiast wyprostować ściany jak Bóg przykazał kiedy podarował światu Złotą Kielnię, okładają regipsem, którego nie dociskają do ściany na klej, tylko na śruby. Kradną sobie w ten sposób 3 cm miejsca a wystarczy się oprzeć, żeby ściana się wgięła.

Jak wiecie, siedzę właśnie w roboczym wdzianku i klnę na dekoratora w postaci poprzedniego lokatora. Co ten facet (faceci? brygady? sąsiedzi?) porobił na każdym kroku, matko!! Najlepsze kwiatki planuję wkleić na bloga w postaci zdjęć ale na razie dam kilka przykładów.
*plastikowe, podwójne okna. Plastikowa, ładna rama.. była sobie kiedyś bo ktoś pomalował ją białą olejną. Olej do plastiku nie przywarł, farba zebrała się, powstały krople, potem zżółkły i dziś stanowią piękny wzorek na futrynie okna. Z obu stron. Pomijam, że nie znają instutucji Szmatki na Podorędziu- gdzie kapnie, tam zostaje, gdzie się zajedzie, tam wyschnie ku chwale przyszłym pokoleniom.

*Listwy przypodłogowe. Dobre, drewniane, solidne listwy usunięto, choć nie wszędzie, nawet w obrębie jednego pokoju i zastąpiono je nowymi. Nowe się gną, powstają szpary między listwą a ścianą… co robi właściciel? Bierze tubę silikonu i leci- paluchem, wzdłuż listw, futryn drzwi, tu mu kapnie, tam mu zostanie pecyna…a na końcu maluje na biało-olejno. O kącie prostym nie słyszał, za to zagięcie wygląda jak tor bobslejowy.

*Zamiast usunąć stare, nieczynne gniazdka elektryczne, zapaćkano dziurki silikonem i pojechano farbą.

*ale to juest moje ulubione: z sufitu leci kabelek. Kabelek leci slalomem, którego przebiegu pilnują te takie kołeczki-chwytaczki. Kabelek kręci dwa zakręty, potem wpada w pudełeczko, które zajmuje się kontrolą temperatury w domu- na środku ściany w kuchni, wysoooko nad moją głową, gdzie dosięgnie go tyko pan domu. Kabelek jest długi, można by go dociągnąć do brzegu ściany i zamontować tuż przy włączniku światła ale po co?
*W kuchni, wszystkie gniazdka zamontowano na wysokości- oczu. Chyba żeby pozaglądać i a nóż widelec rozwiązać zagadkę prądu? Lodówka, pralka, zmywarka mają nie więcej niż 1,5m kabla…nie pozostaje nic innego jak opleść całą kuchnię przedłużaczami i powkładać je w te gniazdka na widoku.

* w ogrodzie stoi „szedka”. Takie drewniane pudło udające komórkę. Ogród ma 3m szerokości, szedkę postawiono prawie na środku, w skutek czego za nią, poza zasięgiem oka, do płotu jest jeszcze metr, nieużywanego ogrodu. Tam wiadro wpadło sąsiadowi, ślimaki mają świeżą trawę…

Załamuję ręce. Wszystko to pierdułki, każde na 30 minut pracy ale po co? 

***

Wiele domów na wsiach (mam na myśli wsie murowane nie drewniane) ma zbiorniki na zimną wodę w ogrodzie. Co?? Krzyknie każdy Polak, przecież w zimie zamarznie i pęknie! Kiedy? Co najwyżej zardzewieje od deszczu.

Rozejrzyjcie się. Z czasem wiele bzdetów architektonicznych jakoś przestaje irytować ale wystarczy pojechać na 2 tygodnie do Polski, żeby wrócić…i wywrócić się w progu.

Anglia, ze swoimi pięknymi kamiennymi chatkami odchodzi do historii. Powstają osiedla z prefabrykatów, składane jak domki-powodzianki w tydzień, gotowe do zamieszkania. I zburzenia w każdej chwili.
Kiedyś, w epoce wiktoriańskiej w pokoju trzymano drewniane łóżko i skrzynię z pościelą, w salonie miało być miejsce na fotele i pianolę, żeby gościć sąsiadki a kuchnia służyła spotkaniom rodzinnym i musiała być duża. Miała pomieścić piec węglowy, duży, wiecznie używany stół (pod którym charty ogryzały kości), kucharkę, służące i kury dziobiące okruszki. Dziś kuchnia może być tak duża jak mała jest kuchenka mikrofalowa. A sypialnia wielka, na łóżko SuperKingSize, gdzie żona, mąż i partnerka żony będą mogli spędzać miłe duszy godzinki po porze na herbatkę.

Większośc domów stoi bez fundamentów. Ściany wprowadzone są w ziemię na jedyne 25-30 cm, potem na klepisko z ziemi położono płytki lub betonowe placki (to w nowszych) i heja do góry. Oni tu nie miewają piwnic, jak zauważycie bo: co zapasowe można trzymać w garażu, węgla się nie chomikuje, słoiki z przetworami odeszły w niepamięć a rower stoi przy bramce, bo i tak nikt nie ukradnie. Gospodarz domu, jak się nudzi, nie zaszywa się w piwnicy i nie myszkuje w pudłkach z gwoździami w dusznych klitkach oprószonych trutką na szczury, z dala od żony i dzieciaków, tylko idzie do pubu.

Widzieliśmy wiele domów podczas naszych poszukiwań. Absolutnie wszystkie były jakimiś koszmarami architektury i wykończenia. Odklejające się, milion razy malowane tapety, rolujące się wykładziny PCV podrapane przez psy, fioletowe saloniki, różowe sypialenki, wszystko oprószone miriadami zdjęć rodzinnych, ręcznie malowanych talerzy i jeleni na rykowisku a tuż przy wejściu- kalosze z pola. Nawet na puszkach farb, które kupiłam jest taki rysuneczek, który ma dowodzić nie wiem czego: podłoga wyłożona panelami, pięknie wymalowana listwa przypodłogowa, zsynchronizowany kolor ściany i KALOSZE. Zielone, małe i duże. Przesłanie?

„Kup naszą farbę. Twoje burackie kaloszki prosto z pola będą się czuły w twojej sypialni jak u siebie. Zielony też jest piękny”.

W Polsce, byłaby to jakaś laska w obcisłej, czerwonej sukience udrapowana wzdłuż pomalowanej Produktem ściany, kusząca kształtem i teksturą. W Anglii o tym jak dobry jest produkt, przekonują kalosze.

Komentarze?
 

Reklamy

"Marzenie szalonego elektroakustyka" w architekturze

Zwykły wpis

No właśnie się nie da oknem. Odpisuję wszystkim, którzy mieli świetny pomysł…w Polsce. 🙂

Okna są, owszem ale sztuka udałaby się gdyby otwierały się jak okna u normalnych ludzi- na boki. Tymczasem te okna dbają o jedność i stabilność rodziny. Żeby gospodyni albo pan domu nie fiknęli za okno podczas parapetowych ekscesów. Okno jest podzielone, przez środek, wszerz. Otwiera się tylko górna część, jak klapa w górę i można przez nią podać coś nie większe niż 80×50 cm. I nie jest to łóżko.

A łóżko było (bo już leży w drzazgach) najprostszym łóżkiem typu British Standard- dwie wydmuszki z listewek w kształcie pudła obitego materiałem, które zsuwało się razem i na to szedł materac.

British Standard to również wszystko to o czym pisał Radek. Wynika on z bardzo prostej zależności. Anglików jest jakieś 56 milionów, każdy chce mieć dom, Wyspa jest mała, nie ma już lasów, jest dużo rond, a między rondami domy- pudełka od zapałek. Ale wielkość nic nie tłumaczy. Nadal można zachwać rozsądek i trzymać się zasad budownictwa. Ale wyobraźni brak. Zauważyliście jak Anglicy zachwycają się wszystkim wokoło? Podnieca ich ręczna robota, własny pomyślunek, nietypowe rozwiązania… bo sami nie są do tego zachęcani. Bo nikt nie każe dzieciom brać papieru, kleju i nożyczek do łapy i kleić własnego domku dla lalek, gdzie spotkałby się z kwestią rozwiązywania problemów architektonicznych na małą skalę. Oni mają domki ze sklepu, plastikowe i już absurdalnie zaprojektowane. Lala Barbie ma 20 cm wysokości, okna ma na wysokości pasa ale co tam, przecież prawie cały czas siedzi w różowym foteliku, który proporcajmi ma się nijak do pomieszczenia. Wyobraźnia i finezja nie leżą na półce w supermarkecie. 
Młody angielski architekt, który kombinował ze nożyczkami postawi londyńskiego Ogóra, taki co nie kombinował będzie projektował domki na prowincji, gdzie inwestor szybko zmienia zdanie i zdarza się, że przez noc, z ciągu przylegających do siebie 20 domków musi wycisnąć 25. Poprzesuwa ściany, okna zostaną, kibel się przeniesie do kącika na kalosze, będzie miodzio. I terminy dotrzymane.

Dlaczego w ty wszystkich domach są tak małe okna? Dlaczego nie można ich otwierać po ludzku? Dlaczego schody są wąskie, kuchnie małe, pokoje tylko na łóżko…ale w każdym musi być kominek, kaloryfery zamiast pod oknem montują na środku przeciwległej ściany, gdzie można by coś postawić? Podwójne krany do parzenia rąk, ogródki na jedną marchewkę, progi drzwi przez które trzeba przestępować jak czapla… taka lista się nie kończy. Okna, których nie można umyć kiedy ma się chwilę- trzba dzwonić po gościa z pałąkiem z włókna węglowego, żeby popsikał wodą, potarł i wział 15 funtów za okno.

I ich kanalizacje i orurowania budynków- żadna rura ściekowa nie idzie wnętrzem domu, wszystko wyprowadzone na zewnątrz, biegnie sobie malowniczo szarą rurą kanalizacyjną środkiem fasady, do niej dołączją się zlewy i umywalki a potem wszystko razem ginie gdzieś w chodniku. Lub co gorsza leci w kratki odpływowe. Tak mieliśmy w Zamczysku- kanalizacja szła do ziemi, reszta rurkami, kończącymi się 20 cm nad kratkami, tuż przy murze. W zimie, kiedy pralka spuszczała gorącą wodę, parowały okna do 3 piętra bo woda praktycznie leciała w trawnik gdzie potem marzła sobie lub podlewała mieszkanie A.

Instalacja elektryczna leci tymi cudnej urody plastikowymi prowadzidełkami bo murarka w tym kraju kosztuje (ręczna robota) i zajmuje czas. Włączniki prądu w pokojach- wiele hałasu o nic- wielka grucha plastiku przyklejona do ściany a na nim jeden pstryczek- elektryczek. Żarówki na prztyczek zamiast na wkrętki, nigdy nie wiadomo jaką kupić jak już stara się przepali bo w jednym domu te mają gwinta a tamte prztyczka. 

Co do murarki- zamiast wyprostować ściany jak Bóg przykazał kiedy podarował światu Złotą Kielnię, okładają regipsem, którego nie dociskają do ściany na klej, tylko na śruby. Kradną sobie w ten sposób 3 cm miejsca a wystarczy się oprzeć, żeby ściana się wgięła.

Jak wiecie, siedzę właśnie w roboczym wdzianku i klnę na dekoratora w postaci poprzedniego lokatora. Co ten facet (faceci? brygady? sąsiedzi?) porobił na każdym kroku, matko!! Najlepsze kwiatki planuję wkleić na bloga w postaci zdjęć ale na razie dam kilka przykładów.
*plastikowe, podwójne okna. Plastikowa, ładna rama.. była sobie kiedyś bo ktoś pomalował ją białą olejną. Olej do plastiku nie przywarł, farba zebrała się, powstały krople, potem zżółkły i dziś stanowią piękny wzorek na futrynie okna. Z obu stron. Pomijam, że nie znają instutucji Szmatki na Podorędziu- gdzie kapnie, tam zostaje, gdzie się zajedzie, tam wyschnie ku chwale przyszłym pokoleniom.

*Listwy przypodłogowe. Dobre, drewniane, solidne listwy usunięto, choć nie wszędzie, nawet w obrębie jednego pokoju i zastąpiono je nowymi. Nowe się gną, powstają szpary między listwą a ścianą… co robi właściciel? Bierze tubę silikonu i leci- paluchem, wzdłuż listw, futryn drzwi, tu mu kapnie, tam mu zostanie pecyna…a na końcu maluje na biało-olejno. O kącie prostym nie słyszał, za to zagięcie wygląda jak tor bobslejowy.

*Zamiast usunąć stare, nieczynne gniazdka elektryczne, zapaćkano dziurki silikonem i pojechano farbą.

*ale to juest moje ulubione: z sufitu leci kabelek. Kabelek leci slalomem, którego przebiegu pilnują te takie kołeczki-chwytaczki. Kabelek kręci dwa zakręty, potem wpada w pudełeczko, które zajmuje się kontrolą temperatury w domu- na środku ściany w kuchni, wysoooko nad moją głową, gdzie dosięgnie go tyko pan domu. Kabelek jest długi, można by go dociągnąć do brzegu ściany i zamontować tuż przy włączniku światła ale po co?
*W kuchni, wszystkie gniazdka zamontowano na wysokości- oczu. Chyba żeby pozaglądać i a nóż widelec rozwiązać zagadkę prądu? Lodówka, pralka, zmywarka mają nie więcej niż 1,5m kabla…nie pozostaje nic innego jak opleść całą kuchnię przedłużaczami i powkładać je w te gniazdka na widoku.

* w ogrodzie stoi „szedka”. Takie drewniane pudło udające komórkę. Ogród ma 3m szerokości, szedkę postawiono prawie na środku, w skutek czego za nią, poza zasięgiem oka, do płotu jest jeszcze metr, nieużywanego ogrodu. Tam wiadro wpadło sąsiadowi, ślimaki mają świeżą trawę…

Załamuję ręce. Wszystko to pierdułki, każde na 30 minut pracy ale po co? 

***

Wiele domów na wsiach (mam na myśli wsie murowane nie drewniane) ma zbiorniki na zimną wodę w ogrodzie. Co?? Krzyknie każdy Polak, przecież w zimie zamarznie i pęknie! Kiedy? Co najwyżej zardzewieje od deszczu.

Rozejrzyjcie się. Z czasem wiele bzdetów architektonicznych jakoś przestaje irytować ale wystarczy pojechać na 2 tygodnie do Polski, żeby wrócić…i wywrócić się w progu.

Anglia, ze swoimi pięknymi kamiennymi chatkami odchodzi do historii. Powstają osiedla z prefabrykatów, składane jak domki-powodzianki w tydzień, gotowe do zamieszkania. I zburzenia w każdej chwili.
Kiedyś, w epoce wiktoriańskiej w pokoju trzymano drewniane łóżko i skrzynię z pościelą, w salonie miało być miejsce na fotele i pianolę, żeby gościć sąsiadki a kuchnia służyła spotkaniom rodzinnym i musiała być duża. Miała pomieścić piec węglowy, duży, wiecznie używany stół (pod którym charty ogryzały kości), kucharkę, służące i kury dziobiące okruszki. Dziś kuchnia może być tak duża jak mała jest kuchenka mikrofalowa. A sypialnia wielka, na łóżko SuperKingSize, gdzie żona, mąż i partnerka żony będą mogli spędzać miłe duszy godzinki po porze na herbatkę.

Większośc domów stoi bez fundamentów. Ściany wprowadzone są w zi
emię na jedyne 25-30 cm, potem na klepisko z ziemi położono płytki lub betonowe placki (to w nowszych) i heja do góry. Oni tu nie miewają piwnic, jak zauważycie bo: co zapasowe można trzymać w garażu, węgla się nie chomikuje, słoiki z przetworami odeszły w niepamięć a rower stoi przy bramce, bo i tak nikt nie ukradnie. Gospodarz domu, jak się nudzi, nie zaszywa się w piwnicy i nie myszkuje w pudłkach z gwoździami w dusznych klitkach oprószonych trutką na szczury, z dala od żony i dzieciaków, tylko idzie do pubu.

Widzieliśmy wiele domów podczas naszych poszukiwań. Absolutnie wszystkie były jakimiś koszmarami architektury i wykończenia. Odklejające się, milion razy malowane tapety, rolujące się wykładziny PCV podrapane przez psy, fioletowe saloniki, różowe sypialenki, wszystko oprószone miriadami zdjęć rodzinnych, ręcznie malowanych talerzy i jeleni na rykowisku a tuż przy wejściu- kalosze z pola. Nawet na puszkach farb, które kupiłam jest taki rysuneczek, który ma dowodzić nie wiem czego: podłoga wyłożona panelami, pięknie wymalowana listwa przypodłogowa, zsynchronizowany kolor ściany i KALOSZE. Zielone, małe i duże. Przesłanie?

„Kup naszą farbę. Twoje burackie kaloszki prosto z pola będą się czuły w twojej sypialni jak u siebie. Zielony też jest piękny”.

W Polsce, byłaby to jakaś laska w obcisłej, czerwonej sukience udrapowana wzdłuż pomalowanej Produktem ściany, kusząca kształtem i teksturą. W Anglii o tym jak dobry jest produkt, przekonują kalosze.

Komentarze?
 

Historia długa w której ważną rolę odgrywa nieubłagana trójwymiarowość naszej przestrzeni oraz prehistoria

Zwykły wpis

Zgadnijcie co robię?

Leżę jak żuczek leśny w pieleszach i nasłuchuję dzwięków ulicy. Słucham jak spłuczka bierze wodę, jak Suseł idzie po schodach, kto kogo pozdrawia z samego rana… także kto o której odjeżdża do pracy i ile zajmuje mu wymanewrowanie z tego parkingu dla obłąkanych (o tym później).

W niedzielę plany się zmieniły po raz kolejny i okazało się, że Brat bierze ze sobą Żonę i Potworaska. Nawieźli utensyliów na grilla, worów węgla, podpałek, kiełbasek, skrzydełek i ogłosili zjazd rodzinny.

Wcześniej pojechaliśmy z Bratem obejrzeć Dom, stwierdził że już za stary jest bo najwyraźniej wizja zamieszkania w domu w którym kuchnia wygląda jak centrum dystrybucji betonu i materiałów budowlanych dobra jest dla trzydziestolatków. Ale podobało mu się, chociaż jak twierdzę, niewielu facetów ma wrodzony dar dostrzegania potencjału i wiem, że widział raczej kupę gruzu na podwórku i folię na podłodze. To kobiety tysiące lat temu w drodze przez gęsty las na południe od lodowca decydowały czy napotkany kompleks jaskiń ma „potencjał”. Czy nie przewiewne zbytnio, czy do dziurki sanitarnej wydrążonej w skale blisko, czy ściany płaskie są wystarczająco na naskalne rysunki… Mężczyzna stał w tym czasie przed jaskinią, zresztą wojowników, pogryzał kawał suszonego mięsa i „obierał w posiadanie” aż go nogi rozbolały. W tym czasie kobiety rozwiązywały tobołki szukając w nich dzieci albo krzesiwa. 

W międzyczasie u Szwagra -spotkanie na szczycie. Dzieciak i Potworas widzieli się po raz pierwszy i ostatni kiedy mieli po pół roku może i kiedy FakiJapi rozpoczęła swój Plan Pięcioletni Zrażania do Siebie Rodziny. A więc w niedzielę, dwóch pięciolatków stanęło sobie na trawniku, jeden z hulajnogą a drugi z pragnieniem hulajnogi i zostawiono ich samych. Pierwsze pięć minut wyglądało jak przełom w rokowaniach o rozbrojeniu, Dzieciak oddał hulajnogę ale kiedy wróciliśmy z oglądania hektarów, Dzieciak stwierdził, że nie będzie się bawił z Potworasem bo go nudzi. Okazało się, że przez ponad godzinę Dzieciak odmawiał zabawy i strzelał focha a Poworas miał to sobie za nic, bo nawet taki foch to fajna zabawa. Dla Potworasa cały świat to zabawa. Jak gra w piłkę, to po prostu gra a Dzieciak się złości bo rzut miał być karny, a tu spalony a ty się nie znasz na piłce!!
-Grajmy więc!
😀

Ponieważ zjazd rodzinny ogłoszono, do Koziej Wólki zjechali wszyscy… i FakiJapi. Nie widziałam jej prawie półtora roku i w sumie, tego wieczora też nie. Szybko zrobiło się ciemno, żar grilla nie sprzyja przyglądaniu się ludziom więc udawałam, że jej tam nie ma. Na tej ławeczce, siedzącej cicho jak myszka. Jadło skwierczało, dzieciary latały po ogrodzie sąsiadki i tropiły wilka złego w jej stawie, potem UFO w zaroślach, potem dorwały butelkę do gaszenia ognia, ze sprytnymi dziureczkami w korku i podlewały trawnik. Kiedy przychodziła potrzeba dogasić węgle, ktoś musiał siłą odbierać im butelkę, iść na górę, napełniać wodą a w tym czasie skrzydełka przestawały przypominać standard KFC. I tak w kółko. Dowiedziałam się w międzyczasie, że kosmos jest przyklejony do nieba.

Czysta prehistoria wyłazi przy takich rodzinnych nasiadówkach: wszystkie dzieci nasze są, żarcie leży poukładane na ziemi, na liściach, wokół mrówki sięt łoczą w oczekiwaniu na swój udział. Głowa plemienia gmera w węglach, decyduje komu ci i kiedy na liścia podać, kobiety zajmuja się usuwaniem z drogi wszystkiego czego nie widzą w trawie młodzi wojownicy, zajęci ogryzaniem kości i wyciągają dzieci z okolicznych zakamarków.

Rano, Brat wstał i siedział w ogrodzie czekając aż wyparuje z niego woda ognista, a ja z Żoną zajęłyśmy się pakowaniem tego co zostało (Znowu, prehistoria). Tylko, że ja szybko wymiękłam. Upał niemożebny, ja w dżinsach, nogi krzyczą o wyłożenie na kominek, tchu zero… jedyne co mogłam to patrzeć jak karton z kartonem Niewiadomoczego ląduje w samochodzie, kompletnie poza moją kontrolą. Szczoteczki do kłów z częściami komputerowymi (bo było jeszcze miejsce), przyprawy i proszki razem… No niech mnie ktoś spyta co gdzie teraz mam? Nie wiem, na dole stoją rzędy kartonów a ja nie mam bladziutkiego pojęcia gdzie są patelnie, ładowarka do telefonu, moje Rennie na nocną zgagę.

Więc, już po wszystkim, kiedy wszyscy rozjechali się po domach, usiedliśmy w kątku salonu i rozejrzeliśmy się. Tylko odwodnienie nie pozwoliło mi się popłakać z rozpaczy. W czasie wnoszenia mebli do pokojów, okazało się, że baza łóżka, nawet w dwóch częściach nie wejdzie na piętro, podobnie moje rattanowe biurko do malowania, Rodzicielce komoda utknęła na schodach na poddasze… Schody okazały się tworem niemożliwym do użytku. I to nie tylko dla programu 3D House, w którym 2 tygodnie próbowałam je zamontować w planie budynku. Długość, szerokość, kąt skrętu, ilość stopni, każdy parametr powodował wyskakujące okienko z ostrzeżeniem, że wartość jest niedopuszczalna. A jednak schody są! A z nimi łóżko w kuchni, komoda, biurko… Zamiast tracić więc czas na obracanie i drapanie meblami ścian, Brat ze Szwagrem poukładali ślicznie meble jeden na drugim w salonie a resztę wynieśli do ogródka. Salon wygląda jak sklep meblowy, tyle tylko, że wszystko stoi tyłem do widza, więc znowu nie mogę się napatrzeć na kredens kuchenny. Stoi tyłem i wypina się blokując dostęp do pudeł z moimi roślinkami. Bo mężczyzna roślinkę traktuję ślepą plamką w oku i nie uważa, żeby w bezdennej studni, w ciemności między meblami potrzebowały słonka czy chociaż podlania… Widzę więc tylko mały fragmencik maranty, daleeeko poza zasięgiem ręki.

Kupiliśmy regipsy do kuchni, zaraz po położeniu cokolików i tychże 🙂 będę mogła wpaść z pędzlem, pomalować i zacząć powoli rozpakowywać torby. Czyli jakoś tak w następny poniedziałek. Według cennika Wickesa, obliczyliśmy koszt regipsów całej kuchni na 80-90 funtów, więc kiedy pan wszystko skasował i ogłosił: 51 funtów, nie daliśmy po sobie poznać, szybko włożyliśmy kartę do dziurki i już wialiśmy parkingiem do samochodu, zanim zmienią zdanie. 🙂

A więc śpimy na materacu, podstawa do łóżka nadaje się na wyrzucenie, szperam po ebayu w poszukiwaniu ramy, którą można rozłożyć na części mniejsze niż pierwsze. Padła hipoteza, że 100 lat temu kiedy budowano domy w stylu wiktoriańskim, po każdym piętrze wnoszono meble do pomieszczeń, potem obudowywano wszystko ścianami i tak aż po dach. Ale wanna jest nowoczesna a nie jestem w stanie sobie wyobrazić jak znalazła się na piętrze! Chyba, że w tej wsi znają teleportację.

I tu powraca temat samochodów. Uliczka jest wąska, po obu stronach stoją zaparkowane auta, środek pozostaje jednokierunkowy, przy czym oba kierunki są dozwolone. Każdy ma dom o wąskiej fasadzie a samochodów dwa, lub trzy. Powrót z pracy to wyścig do tych pozostałych dziurek, gdzie można wcisnąć auto na żyletkę. I tak jak z tą wanną, bez teleportacji nie ujedziesz. Suseł jest młodym kierowcą więc na widok tego co mu zostało do dyspozycji w parkowaniu na czółko występują mu krople potu i najpierw zapala fajkę, żeby zebrać odwagę. A potem odpala silnik Suzuki, który w tej uliczce brzmi jak silnik snopowiązałki i szura. Szura po krawężniku, po słupku, prawie po innych autach…i znowu zapala fajkę. Nigdy nie nauczę się jeździć w tym kraju dla liliputów. Odmawiam.

A więc siedliśmy tak wczoraj na tej wyprzedaży salonowej, obok lodówki i mikrofalki, doniczek i worków z ubraniami i byliśmy szczęśliwi. Chwilę potem odmówiłam funkcjonowania i dowlokłam się do materaca na czworaka ale było pięknie. W nocy padał deszcz, równo tu, równo tam, równo po tych mebla
ch, które skąpo przykryte folią stały w ogrodzie. Zero reakcji z naszej strony.
-Pada.
-Uhm…
-Meble…
-Uhm..
-Uhm.

Jesteśmy na swoim. Nic więcej nie jest ważne. Nie zaproponuję Wam herbatki bo nie wiemy gdzie jest czajnik. Mamy resztkę wody mineralnej w butelce i chińskie zupki. Bezużyteczne, bo nie ma czajnika. Ale może pochrupiecie makaronku?

Szkółki wieczornej odsłona druga i trochę o cenach tu i tam.

Zwykły wpis

Zajęć część II. Tym razem midłajfka, która przesłuchiwała mnie w sprawie cesarki wytoczyła na środek sali telewizor, DVD, lalę i inne utensylia w woreczkach. Było multimedialnie i duszno ale o wiele lepiej niż we wtorek. I tak jak stwierdziałm w ostatnim wpisie- w podsumowaniach i dyskusjach padały głównie pytania o karmienie sztuczne.
Midłajfka wytoczyła gumowego cyca- miękką kulę w odpowiednim kolorze i naturalistycznym wykończeniem do której przykładała pompki, lalę itp, demonstrując uroki zalety karmienia naturalnego. Potem na przykładzie maleńkich kulek prezentowła jak maluśki jest niemowlęcy żołądek, jak rośnie z dnia na dzień a z ulotki i zdjęć na niej zamieszczoneych dowiedzieliśmy się jak wygląda kupa. W różnych ujęciach i rozbarwieniach. Do takich zdjęć potrzebny jest kolor 24 bitowy, inaczej nie ma efektu :). 

Film DVD prawdopodobnie wywołał mnóstwo niezdrowego podniecenia w męskiej części widowni. Tyle cyców, każdy inny, w różnych kolorach i kształtach, wszystkie w zwolnionym tempie zbliżające się do wygłodniałych, rozwartych paszczęk niemowlaków. Rysunki schematyczne przypominające sceny z Obcego i znowu zwolnione tempo…cycek…usta…cycek… Dla chętnej Mamy, sama poezja. Dla kogoś patrzącego z boki- naturalistyczna manifestacja fiksacji oralnych. Ale niech będzie i tak.

Angielskie położnictwo odchodzi od nauk histerycznego oddychania i posapywania w rytm wyznaczany przez pielęgniarki. Nie uczą już Tatów jak chwytać partnerkę, żeby nie chciała uciekać ani bić personelu ale zachęcają do innych fajnych czynności- tulenia dziecka na gołą skórę, tak jak Mama może. I tu natrafiam na jakąś nieścisłość. Słyszałam i czytałam wiele o tym, że w Anglii bardzo zwraca się uwagę na zachowania ojców względem dzieci, których podejrzewa się o zboczenia i niecne zamiary do tego stopnia, że siostry, teściowe i koleżanki nie pozwalają im zostawać samym z dzieckiem w domu a jakieś zapobiegawcze organizacje produkują i rozprowadzają za darmo np. rękawice do kąpania dziewczynek przez ojców. Bez takich rękawic nawet nie wolno zbliżyć się do dziecka, żeby rozhisteryzowana i przeczulona partnerka nie posądziła go o molestowanie. A tu każą tatkom rozbierać się i tulić dzieci do nagich, samczych bicepsów. Sami nie wiedzą kto ich robił, ci Anglicy. 🙂

W następny wtorek, część edukacyjna III i ostatnia a nam pozostało…

…26 dni! 😀

Muszę kupić pieluchy i spakować torbę. Dokończyć pisanie pierwszej części kroniki Majcika „Przed” i urządzić sobie centrum rozrywkowe w salonie. Żeby nie biegać po schodach ze szwami tu i tam i nie nosić leżaczka z miejsca na miejsce. 

***
 W poniedziałek Teściowa ma zawiatć na Wyspy. I jeszcze nic nie wiadomo, bo nadal dąsa się na Faki (i tu ją popieram), Brat z Londynu miał wysłać jej kieszonkowe i nadal nie wysłał, Teściowi zabrali prawo jazdy, więc nie ma jej kto odstawić na lotnisko we Wrocławiu. Tak się porobiło. Jeszcze trochę, zacznie mi być jej szkoda. 😕

Rodzicielka, wbrew dobrym wieściom głoszonych przez media dostała kolejną w tym roku podwyżkę cen gazu. Dotąd za 1 osobę płaciła 25-30 zł, teraz cena wzrosła do 52 zł za jakiś tam okres. A według prognoz, jej rocznik emerytek ma sznasę na zaledwie 52% wysokości swojej ostatniej wypłaty. Czyli jakieś 600 zł miesięcznie. Ale przecież nikt nie dostaje tak mało, więc nie ma się czym martwić, nie? Każdy zarabia minimum 2000 zł, znajomi to jeszcze więcej, każdy wznosi właśnie pałac we własnym ogródku, dokupuje jeszcze jedno mieszkanie, żeby było parzyście i narzekanie, że jest inaczej graniczy z bluźnierstwem i zbrodni przeciwko ojczyźnie.

Jakaś strona oszacowała ostatnio ile kosztuje wyprawka dla dziecka w Polsce. Otóż- bez wózka i fotelika i łóżeczka, same ubranka, niezbędne sprzęty, kosmetyki i pieluchy, pościel, materacyki itp- 2000 zł. No, luzik. Dla powalającej większości polskich rodzin to przecież drobne z tylnej kieszeni spodni. A drugie 2000, za miesiąc. Na wózek. Resztę kupi kochająca rodzina z obu stron. I tylko czekać aż rzesza koleżanek zadba o fikuśne łaszki, więc może nic nie kupować i czekać z otwartymi ramionami na łaskę Boską?

Uczciwie, podsumowując wszystko co kupiliśmy dla Majki, od podstaw nie kosztowało nas więcej niż 300 funtów. Przyznaję, pracując gdzie pracuję udało się nam kupić np. kołyskę za 10% ceny, sterylizatory za 50% i kosmetyki 2 w cenie 1 (plus zniżka pracownicza) ale w którym polskim supermarkecie tak chętnie i regularnie oddają połowę towarów gratis? Śpioszki dla niemowlaka kosztują w Polsce ok 25zł, tutaj 5 funtów, 10 za komplecik z kapciami, rękawiczkami, kapelutkiem itp. Zamiast nowego fotelika za 180 funtów kupiliśmy mało używany za 15 funtów ale która nasza rodzina odda coś na eBaya za 10% ceny tylko dlatego, że to coś nie pasuje kolorem do tapicerki samochodu? Sprawdzą cenę w sklepie i jeszcze zedrą procencik.

A, w cholerę z tym. Już niedługo to, ile kosztuje spuszczenie wody we wrocławskiej spłuczce czy ugotowanie spaghetti na gazie będzie mnie obchodzić tyle co nic.  Albo jeszcze mniej.

No, Ludojadki idą szukać ciastek po szafkach…Pa!

Lekcje z Życia, potem rzecz o śledziu i obrazków kilka (o ile Onet łaskawy)

Zwykły wpis

Więc byliśmy na Lekcjach dla Rodziców.

W poczekalni, na krzesełkach rozsiadło się jakieś 12 par, midłajfka rozdała scenariusze, kartki i długopisy i w grupach mieliśmy opisać sposób postępowania w danych sytuacjach. Kiedy „odchodzi korek”, kiedy „czujemy, że siedzimy na piłce plażowej”, „kiedy chlustamy na przechodniów wodą płodową”… Tatusiowie byli delikatnie rzecz biorąc zdegustowani, odchylali się często i gęsto na krzesełkach i starali się nie uczestniczyć w dyskusji napalonych mam, które skrzętnie notowały co robić, kiedy woda ma kolor słomkowy a co, kiedy zielony?

Mi już robiło się słabo, ale co tam… w końcu to tylko scenariusze, mnie nie dotyczą, w końcu ja mam Termin nie muszę się martwić. Sprawę załatwią za mnie.

Potem midłajfka ogłosiła czas na rozprostowanie nóg i skierowanie się… na Oddział. MÓWIŁAM- ŻADNYCH WYCIECZEK!

Ale co miałam robić? W tłumie 25 osób, potoczyłam się z Susłem w dół korytarza, gdzie midłajfka otworzyła przeszklone wrota i omiótł mnie smród dentysty, stali nierdzewnej i spirytusu jakiegoś. Suseł dopytywał się czy jeszcze żyję a ja odmrukiwałam:
-uhm…
 
Weszliśmy do salki reprezentacyjnej, akurat nie używanej, gdzie przyszłym Mamom objawiła się i piłka do kurczowego ściskania i łóżko szerokie jak Morze Czarne z taką „podpaską” na środku i wanna, przepastna jak Rów Mariański… Mamy stały nad wanną, kiwały główkami, podziwiały i wszystkie, jak jedna uśmiechały się maniacko- szczęśliwe i ućpane jakimś hormonem w który mnie Matka Natura nie obdarzyła. Usunęłam się w kącik, gdzie oparłam się o łóżko, które zaczęło odjeżdżać, Suseł trzymał mnie na łapkę sprawdzając czy mam jeszcze puls czy już migotanie przedsionków a ja zza pleców jakiegoś opasłego Taty gapiłam się w czeluść wanny i widziałam ją jak żywą- z jakiegoś dzieła jak  „Lśnienia” Kinga. Pełną karmazynowej wody, ze krwawymi śladami palców na brzegach. W salce robiło się coraz goręcej, smród dentysty coraz intensywniejszy, Tata przede mną sapał jak miech… ratunku!

Mamy stały tak i podziwiały ze 20 minut, wyjść nie miałam gdzie, bo każda następna salka mogła kryć kobietę zajętą wypełnianiem swojej życiowej misji a wtedy na bank znaleźliby mnie leżącą na linoleum, z rączkami i nóżkami rozrzuconymi na boki i Arbuzkiem czekającym tylko, żeby zatknąć na nim flagę.

Potem była przerwa. Wyszliśmy na podwórko, zadbałam o dotlenienie i wróciliśmy na odsłonę drugą: Znieczulenia. Tu było lepiej, bardziej naukowo, mniej obrazowo a co najważniejsze- nie trzeba było już rozmawiać w grupkach o rozluźnieniu i relaksacji. O odsyłaniu do domu na kolejne 3 godziny, żeby zanurzyć się w wannie przy dźwiękach Briana Adamsa czy Meat Loafa, który zrobi wszystko dla miłości. Wanna? Dźwięki?? Gdyby przyszło nam bujać się w aucie 20km do szpitala, tam powiedzieliby mi, że już się zaczęło, gratulacje a teraz wracaj do domu… rozbiłabym namiot na parkingu i odmówiła współpracy. Serio.

I w ten sposób, dwie godziny Zajęć dla Mamów i Tatów przekonały nas ostatecznie, że podjęliśmy najsłuszniejszą z decyzji i jesteśmy gotowi. Na swoich warunkach i nie inaczej.

To było przedwczoraj. Dziś idziemy na część II- Opieka nad oseskiem. W końcu się czegoś dowiem i to bez ryzyka niedotlenienia i nabicia guza na potylicy. Będziemy szarpać lalki, przekręcać i wciskać w ubranka, motać w pieluchy i zwieszać główką w dół, żeby się ulało.

W kolejny wtorek część III- Karmienie naturalne (zajęcia dla zainteresowanych). I tu zdziwienie, bo każda z Mam wyglądała na zainteresowaną porodem naturalnym ale niewiele naturalnym karmieniem. Takie one naturalne jak ja mniszka. Czy, że ja jak zwykle odwrotnie niż reszta. One będą mieszać mleko z puszki a ja … no wiadomo. 😀

***

Agencja potwierdziła dziś ostatecznie wprowadzę Gościa z Dzieckiem Na Ręku do naszego mieszkania. Prosić Anglika o coś, to za dużo. Ja błagałam a on obiecał, że zadzwoni w poniedziałek, max we wtorek i da znać czy bierze chatę czy nie, bo nie wiem czy i na kiedy rezerwować vana. Bił się w piersi, że zadzwoni… sami musieliśmy się dopytywać w agencji jak tam postępy w naszej sprawie. Oj ludzie, słowni bądźcie.

Na dzień przeprowadzki przyjeżdża do nas Brat z Londynu i jest szansa, że załatwimy wszystko w jeden dzień. W końcu, po 2,5 roku rozpakuję się jak u siebie. Nie będę słyszeć tego głosiku, który słyszała Phoebe z Przyjaciół: „nie moje, nie moje” za każdym razem kiedy coś mi kapnie na wykładzinę albo zaleję ścianę radosnym prysznicem. 

***

Wrzucam Wam dziś coś z moich malunków. Kolekcja robi się obszerna, radkowe natchnienie w rozkwicie a http://www.photobucket.com akurat ma przerwę techniczną i znowu muszę walczyć z Onetem. Nic to, próbuję.

  

Schronisko nad Morskim Okiem, jesienią zeszłego roku.

***

Rodzicielka liczy dni (87) i klnie na polskie rybołówstwo. Kupiła sobie śledzie (dla niej mniami). Okazały się tak słone, że Wieliczka przy tym to dieta dla nadciśnieniowca, więc włożyła je na noc do wody, żeby doszły do siebie. Rano- przy próbie krojenia- rybska rozpadły się w palcach. Zaniosła do sklepu z reklamacją. Sprzedawczyni jednak, wyjmując pieniądze z kabzy wrzeszczała jeszcze długo:
-Co Pani! Normalna ryba jest! Solona, żeby mogła leżeć długo! A jak Pani moczy w wodzie całą noc to chemia z nich wyłazi co ją dodają, żeby ryba była twarda! Jak się tak robi to nie dziwota, że się nie podoba! Księżniczka!

…komentarz?

***

Słucham audiobooka „Tańczący z wilkami”. Perełka literatury:

„(…) łzy potoczyły mu się bezgłośnie z oczu (…) ale kiedy pociągnął nosem, szeroko otwarły mu się śluzy.” 

Do tego tekst czyta Zapasiewicz, łyka „ł”, zamienia na międzywojenne „l”, źle odczytuje przecinki i przekręca słowa.

Ja mam zgagę, Majcik czkawkę.

Buziaki.

***

PS. Cud! Zadzwoniła agencja byłego Landlorda- oddają nam kasiorę! Sami! Bez bicia! Nawet się okazało, że mają mój numer konta! Jeśli jakiś Arab ukradnie amerykańską bombę atomową, zadzwońcie do mnie. Tydzień i Arab zwróci paczuszkę z przeprosinami. 😀

Pędzle, farby i czynności okołoprzeprowadzkowe oraz dlaczego warto rano poczytać Onet.eu?

Zwykły wpis

Wygląda cudnie. Staliśmy i patrzyliśmy, zamykaliśmy drzwi i wracaliśmy znowu popatrzeć. Przy świetle, bez światła, od prawej, od lewej… Nadal wygląda cudnie.

Pomalowałam sypialnię. Po tygodniach kompletowania wzorników kolorów, gięcia ulotek, żeby zetknąć ze sobą zadrukowane farbą kwadraciki, decydowania i zmieniania zdania, w końcu zasiedliśmy rano do katalogu Wickesa i wybraliśmy Caramel Glaze na ściany i Lemon Ice na listwy, okno i drzwi. Już wahałam się czy nie kupić dwóch puch farby, wiedziona doświadczeniem zdobytym przez lata remontowania mieszkania w Polsce ale w końcu stwierdziłam, że starczy a jeśli nie, sklep nie ucieknie.

Nie to, że starczyło to jeszcze zostało. Farba emulsyjna, gęsta jak masło pokryła ściany za pierwszym razem i wyschła w godzinę. Idealnie równo, bez zacieków, kapania, usilnych prób zamalowania obszarów, które piją farbę bardziej niż inne. Po dwóch godzinach, herbaty z termoska i racuchów z jabłkiem z pudełka śniadaniowego, wróciłam i pomalowałam wykończenia.

Emulsją się nie martwiłam, nie zaszkodzi. Ale malowanie olejną to inna sprawa. Nie chciałam zabijać majkowych szarych komórek zanim będzie miała okazję robić z nich pożytek. Porobiłam dzikie przeciągi otwierając wszystkie możliwe okna ale jak się okazało, to co my znamy jako farbę olejną- śmierdzącą, kapiącą, klejącą i przysparzającą nas o ból głowy, w Anglii odeszło w niepamięć. Dziś ordynarną olejną kupuje się w celach przemysłowych lub oszczędnościowych. Opisana jako Quick Dry Gloss, puszka odkryła przede mną farbę akrylową do drewna i metalu- nie śmierdzącą, schnącą w 1,5 godziny, nie rozdzielającą się na składniki pierwsze. I pomalowałam.

Przy okazji malowania drzwi do pokoju, odkryłam Amerykę i zamiast malować na nudno całe drzwi, na „lemonkowo” pomalowałam tylko wystające części, białymi pozostawiając wszelkie wklęsłości. A potem Suseł zrobił zdjęcia i zostawił aparat w kuchni. :/

W tym czasie Suseł ciął kafelki piłą odziedziczoną po Lokatorze (tak, tak! mamy twoją piłę łosiu i korzystamy z niej!!), ja miałam krwawe wizje odciętych palców latających po kuchni a Szwagier kładł aż dym szedł. Pod wieczór, mara tynkowania ścian stała się naprawdę bliska. Siedliśmy i potraciliśmy humory bo na 3 dostępne ściany 2 nie tylko nie są równe ale ogólnie przypominają wariacje pijanego tynkarza, któremu pracodawca odmówił zapłaty. Zdecydowaliśmy się na regips.

***

Zamówiłam vana na przyszły poniedziałek i oficjalnie ogłaszam, że opuszczamy Kozią Wólkę. Szkoda, bo jestem obrzydliwie sentymentalna i jak 2 miesiące temu chlipałam za Zamczyskiem, teraz też będzie mi trudno i smutno. Do pomocy zjedzie Brat z Londynu, Szwagier i duet PikPok. A już w tej chwili wywieźliśmy wszystko bez czego nie można przeżyć tygodnia. Niedobrze, bo Susłowi poszły portki na tyłku a igły i nici mam tam. :/ Niedobrze, bo zachciało mi się pomalować olejnymi ale wszystkie malunki mam tam. :/ Niedobrze tak mieszkać na pudłach.

***

Od tego szurania i machania wałkiem wróciła mi cieśń nadgarstka, której sądziła, że już się pozbyłam. Nocami zwieszam łapy z tapczanu, stękam i budzę Susła dla towarzystwa. Chcę piciu, poczytać… a jak zasnę, śnią mi się takie kwiatki:

Ja i inne baletnice, lecimy na przymiarkę cudnych, różowych sukieneczek odsłaniających wszystkie walory przeciętnej primadonny. Dziewuszki ubierają się, chichoczą aż nagle zapada cisza… bo ja czekam na swój łaszek, krawcowa patrzy na mnie krytycznie i kpiarsko… i nagle zdaję sobie sprawę z tego, że z TAKIM Arbuzkiem na scenę mnie nie wypuszczą. Chyba, że przebraną za choinkę. Zła i zawiedziona siedzę więc na widowni i dziką satysfakcją patrzę jak baletnice podrygują w takt muzyki w parach, a jedna z nich pląsa po scenie sama. Nie chieliśta Arbuzka, będzieta mieli asymetrię!!

A potem, śni mi się, że mam łóżko wodne i ktoś odkrywa, że w łóżku coś się rusza. Ściągamy pościel a tam, w środku pływa sobie wielki ryb, wielkości merlina, z ostrymi zębiszczami. Uwięziony w łóżku wodnym, zapłynał tam przypadkiem, jako ikra, prosto z kranu. Suseł spytał tylko rano, czym ten ryb w łóżku się odżywiał, że taki wyrósł? Odpowiedziałam mu więc:
-Okruszkami z twoich kanapek, Suseł.

***

Zauważyłam nową odsłonę Onetu. Wiedźma zauważyła, że odsunięto dział z jadowitymi forami i blogami w dół strony. Może po to, żeby poluźnić trochę atmosferę serwisu? Raczej nie, bo dziś rano, kiedy odpaliłam onet.eu przed wyskoczeniem z łóżka i totalną paniką uratowała mnie tylko moja obecna waga. 🙂

Otóż, z pierwszej strony dowiedziałam się, że:

*Pensje w Polsce są wyższe niż na Wyspach- uhm, już się pakuj emigrancie.
*Ryanair wycofuje się z Polski- śpiesz się emigrancie bo będziesz zapitalał na piechotę;
*Brytyjska recesja będzie gorsza niż amerykańska- pozostaje ci Zimbabwe, emigrancie;
*Epidemia może zabić 75 tys. mieszkańców Wysp- to do tych, którzy zaklinają się, że jak Kolumb, popalili walizki i zostają bo nie mają się w co spakować;
*Będzie pomoc dla eurosierot- w tym wypadku rzuca się w oczy słowo „eurosierota” i samo to odbiera chęć zajrzenia do artykułu bo oto:
*Nikt już nie szuka Madeleine- podli angielscy dorośli, olali małą dziewczynkę bo już się znudzili poszukiwaniami a kiedy jeżdżą na przesłuchania do Hiszpanii, nie wypada pluskać się beztrosko w morzu, kiedy paparazzi siedzą im na karku.
*Będziemy pracować nawet 65 godzin w tygodniu- znowu wycieczka do tych, którzy twierdzą, że wolą myć gary, pakować kartony w fabrykach i jeździć wózkiem widłowym za obcą walutę,

oraz dwa lekkie artukuliki o brytyjskiej księżniczce i niebezpiecznym kangurze, które przypominają czytelnikowi, że życie jest piękne, niesie ze sobą nadzieję na jutro i wywołuje uśmiech na buziach dzieci.

Ja się pytam- kto wyszukuje te wszystkie tragedie? Po co zakładać serwis dla powyjeżdżanych skoro nie stanowi się dla nich ani pomocy ani wsparcia a ni nie służy radą? Wiem, wiem, rządowa propaganda. Napędzająca nienawiść już nie tylko do Polaków tutaj ale także do Bogu ducha winnych Anglików. Ostatnio przeczytałam, że tragedia sierot z Wyspy Jersey jest wynikiem złej pogody i podłego żarcia, które wyprało Anglikom mózgi. Wszystkim, bo przecież wiadomo, że każdy Anglik to zbok, perwers i pedofil.

Jakoś nie wspominają o tym w „Europa da się lubić”.

A powinni, byłoby dużo śmiechu, Aiston musiałby się tłumaczyć z wpływu smażonego boczku na potencję a Sztefen wybielałby niemieckich użytkowników autostrad, którzy gnają za autobusami wypakowanymi polskimi licealistkami, z prędkością 100 km/h, żeby narażać innych kierowców na śmiertelne niebezpieczeństwo. Trzyma taki kierownicę jedną łapą, drugą rozpina porcięta i prezentuje wycieczkowiczom zalety bycia Ubermensch. Autobus przechyla się niebezpiecznie na prawą stronę, bo wszyscy przełażą na prawe fotele, żeby obejrzeć ten cud techniki, kierowca szczerzy się na taka widownię, do momentu kiedy nie zapomina zmienić pasa przed zjazdem na drogę prowadzącą do domu. Gdzie wierna, niemiecka żona trzyma w ramionach małego, niemieckiego synka a oboje czekają na tatę, dobrego, zdrowego na psychice obywatela kraju europejskiego.

/Dla zainteresowanych szczegółami dodam, że Niemiec nie miał się czym chwalić, ale nasz wychowawczyni i tak oblała się pąsem i nie wiedziała czy rozganiać uczniów na swoje miejsca czy chłonąć urok chwili?/

I tak upłynął mi poranek przy internecie. Teraz w oczekiwaniu na miażdżącą recesję i ptasią grypę dziesiątkującą niedobi
tków, idę zrobić sobie śniadanko, wyjrzę przez okno i posłucham jak pięknie śpiewa ptaszor przycupnięty na drucie antenowym. Straszna ta moja beztroska, Babcia powiedziałby: bój się Boga!! A ja odpowiedziałabym: a czego jeszcze?

😀

Taniec dziki ludojadki, plany dekoracyjne i majkowe żądania względem przestrzeni życiowej

Zwykły wpis

UDAŁO SIĘ!

Przyjechał dziś młody gość, z dzieckiem na ręku i bierze Kozią Wólkę! Będę dziś spała jak dziecko z tej ulgi.

Jak to w angielskich związkach rodzinnopodobnych bywa, partnerka pozbyła się i jego i dwuletniego synka i rozpoczęła nowe życie, bez obciążeń. Chłopak został sam, bez dachu nad głową i od tygodnia mieszka u kolegi. Musi wynająć coś odpowiedniego dla dziecka, bez potencjalnych zagrożeń, psów, samochodów i bandziorów, z trawnikiem itp. Nasze mieszkanie więc, jest dla niego jedyną deską ratunku, tak jak on dla nas. Dogadaliśmy się, w poniedziałek załatwi pożyczkę od councila na depozyt a my w kolejny poniedziałek przeprowadzimy się do Domku! Odzyskamy depozyt za Wólkę i miodzio. 

/radosny i rozpasany taniec dupki, na tyle na ile Kokainka może poszaleć/

Tymczasem, znowu dzwoniłam do byłego Landzłodzieja- trzeci dzień z rzędu, pani, wystawcie sobie, obiecała oddzwonić. 😀 Może oni tam mają jakąś interaktywną kukłę-sekretarkę? Odbiera telefony, obiecuje oddzwonić i służy szefowi jako gumowa lala? Ma kurzą pamięć operacyjną i nie trafia w klawisze telefonu. Chiński model jakiś.

Tak czy inaczej, napisałam smsa do landlorda, opisałam jak dalej będzie wyglądać sprawa i czekam do poniedziałku. Dzida, ostra jak Mach3, stoi w kącie i czeka.

***

Oddycham! Co za ulga! Udało się nam nie stracić kupy kasy i to akurat kiedy potrzebujemy skończyć kuchnię i pomalować ściany. Znowu rwę się do pędzla jak krowa do trawy. Będę malować sypialnię na kolor palonej pomarańczy a kuchnię na kolor słonecznego lata. W całość wstawię swoje antyki, zdobyczne skarby policytacyjne, wszystkie w kolorze mahoniu, z ozdóbkami i klameczkami, które jak na razie stoją smętnie w garażyku, gdzie łażą po nich pajunce. Błeh.

Najbardziej nie mogę doczekać się ustawiania kuchennego kredensu, co najmniej 60 letniego. Zdobyłam go kilka dni przed wyprowadzką z Zamczyska i nawet nie zdążyłam się nim nacieszyć. Stał w najciemniejszym kątku korytarza, żeby go ktoś nie zakosił, przodem do ściany i widziałam go jeszcze  tylko w dzień wożenia mebli. Ma nawet takie szuflady na rodzinne srebra do których włożę rodzinne sztućce z TKMaxa i też będzie pięknie. Ma haczyki na których kiedyś wieszało się kubki i ręcznie malowane talerze, ma szybki witrażowe i uwielbiam mebla. 

A co więcej? Natchniona mailem od Radka, spędziłam 3 godziny na poszukiwaniach pracy moich marzeń i już zacieram łapki z myślą o konstrukcji swojego portfolio w internecie. Mogłabym robić coś co nie napawałoby mnie obrzydzeniem codziennej pracy na dziale Nabiał i Mięso, nawet w roli managera. Kiedy tylko pomyślę, że (teoretycznie) będę musiała tam wrócić i zarządzać tym kurnikiem, mam mdłości ciążowe. Pracownicze ubranie upchałam do czarnego wora, zawiązałam na amen i upchałam tak głeboko w szafie jak tylko się dało, żeby przypadkiem nie spojrzeć na firmowy zestaw kolorów. Wystarczy, że Suseł nosi firmowy polar. Biedulek.

Odezwało mu się drugie kolano. Rok temu usunęli mu fragment łękotki w lewym, w tym tygodniu coś mu chrupło, stękło i kolano spuchło jak balon w czasie pokazu lotniczego. Co prawda Kokainka jest dobra w leczeniu, ma apteczkę zajmującą dwa kartony piguł i sproszkowanych nietoperzy ale to zadziała tylko na chwilę. W dwa dni pozbyłam się opuchlizny lotniczej ale prędzej czy później trzeba będzie ciachnąć drugie kolanko. 😦 Tymczasem Suseł na pigułach na stany zapalne i reumatyczne biega jak zając po rondzie, bo piguły zawierają sterydy. Nie płacze, że jest zmęczony i nawet wpada na świetne pomysły typu: a może zostanę dziś na drugą zmianę to ci kupię 120 Gb dysku do laptopa? Jakby nie mój Suseł. 🙂 Już wiem co będę mu sypać do kaszki jak nie będzie chciał kopać w ogródku.

A Majek powala mnie do łóżka i koniec. Nie pozawala mi siedzieć ani już półsiedzieć. Kręci się, kopie kiedy tylko siadam tak mocno, że równie dobrze mogłabym połknąć kij od szczotki. Pozwala mi więc tylko leżeć i stać, nic po drodze. Już niedługo, zostały równo cztery tygodnie i będzie mogła rozciągnąć swoją małą osóbkę w każdym możliwym kierunku. Współczuję tylko Małej Mi. Jest tak mała, że ostatnie dwa miesiące nie spała po nocach w ogóle. Lekarz kręcił tylko głową i dziwił się, że dziecko jeszcze nie znajduje ukojenia dla główki między jej płucami. Biedactwa, jeszcze nie mają obywatelstwa a już mają problemy mieszkaniowe. 🙂

Dobra, dość tego smędzenia. Czas udać dobrą żonkę i coś do gara wrzucić na powrót myśliwego do jaskini.

PS. J. !! Odpisałam Ci sążniście na ostatniego maila ale nic od ciebie nie słychać. Doszło? :*

PS2. Już kilka osób zgłasza mi, że nie mogą załadować mojej strony w całości. Widzicie? Właśnie dlatego myślę o tej przeprowadzce. I nie zapomnijcie o swoich linkach, te które dostałam już zalinkowałam, kcem więcej. :*

Piszcie mi tu już, szybciutko oraz coś o drucie kolczastym.

Zwykły wpis

Uwaga Czytelnicy Wy moi!

Ponieważ pracuję (nadal nieśmiale tak trochę) nad przenosinami, postanowiłam troszkę się zsocjalizować z innymi blogerami.

Każdy, kto zagląda tu regularnie, lubi i trzyma kciuki, śmieje się kiedy jest z czego i zamyśla kiedy jest powód- zostawiajcie w komentarzach do tego posta linki do Waszych blogów. Ja poznam bliżej moich Czytelników i wprowadzę rubrykę z linkami do Was. 🙂

Się milej zrobi. 🙂

***

Wczoraj, na trzy dni przed transferem pierwszej raty za Dom, zajrzałam w papier i stwierdziłam, że bank, mimo wysłanych do nich danych konta, postanowili ściągnąć funty z konta Susła zamiast ze wspólnego. Zadzwoniłam więc do Customer Service, gdzie po wybraniu czterdziestu numerków prowadzących mnie jak po sznurku do pani z mikrofonem i dwudziestu melodyjkach, w końcu połączyłam się z żywym człowiekiem. Z Pakistanką.

Dla mnie to jest zagadka. Z jakiegoś powodu Anglia kocha dawać pracę konsultantów telefonicznych Pakolkom, mimo tego, że za cholerę nie uczą się oni angielskiego akcentu a rozmowa z nimi przypomina nitkowanie zębów drutem kolczastym. Ale co tam. Najpierw spytała mnie tak: (czytać tak jak napisałam)
-Wer ju born?
-Where?
-Wer, jes!
-In Poland.
-Nono, wer ju born?
-?
-Oki, WER JU BORN?
-… You need date or place?
-Jes, dejt!!
I tak przeszłyśmy wstęp. Wyłożyłam dokładnie o co mi chodzi i Pakolka puściła mi muzysię w czasie kiedy konsultowała się z managerem.
-Sori ju łejt! Ju haf tju dju dis: (SRUTU TU TU SZPULA DRUTU).
-Can you repeat, please?
-SRUTU TU TU SZPULA DRUTU.
-Aha. Aha. Mmmm. Thanks for your help.

Zapewniłam ją jeszcze, że była zajebiście pomocna i rozłączyłam się. Postanowiłam więc zadzwonić jeszcze raz, z nadzieją, że trafię na konsultanta, który o ile nie chodził do angielskiej szkoły to chociaż umie naśladować angielski akcent.

Odebrał męcizna. Pakol. Jeszcze gorszy. Drut kolczasty pojechał mi po szkliwie:
– JoR akunt numbiR is Tu-Ziro-Tri?

Rozłączyłam się. Siedzę i myślę. Do trzech razy sztuka. Dzwonię, numerki, muzyczki- odbiera kobieta. Dzięki Bogu! Dodzwoniłam się do Anglii! W trzy minuty się zautoryzowałam, wyłożyłam kwestię, dostałam odpowiedź… i nawet nie zakrwawiło mi dziąsło.

Gdziekolwiek dzwonisz, odbiera Pakol. Opanowali taksówki, linie telefoniczne i punkty sprzedaży akcesoriów do komórek. Śmiem twierdzić, że mają już pod kontrolą krajowy transport, komunikację, niektóre gałęzie handlu… za parę lat przejmą kontrolę nad całym krajem. 😀

Ważne, że załatwiłam.

Dzwoniłam też do agencji byłego Landlorda, odebrała…Pakolka. Przypomniałam jej, jak to dzwoniłam wczoraj i czekałam na odpowiedź do późnego popołudnia. Dowiedziałam się, że Landlord właśnie wyszedł, wróci niebawem i wtedy oddzwoni. Oddzwonił? Nie. Żarty się skończyły. Jutro zadzwonię, przypomnę się po raz trzeci (w sumie po raz 20) i już nie będę miła, nawet nie będę sarkastyczna. 

Naczytałam się o odzyskiwaniu depozytów od landlordów i w poniedziałek wyślę im oficjalną prośbę o zwrot 900 funtów przypominając, że według prawa mieli na to 10 dni a minęło już dwa i pół miesiąca. Dodam prostą w odbiorze informację o konsekwencjach dalszego unikania kontaktu z nami – jeśli nie rozwiążą sprawy do następnego poniedziałku- zgłosimy sprawę do sądu. Ja mam czas.

Idę ostrzyć dzidę i poćkać pysk wojennym smarowidłem.

Branocki.

Już nie wiem jak mam pocieszać

Zwykły wpis

Próbowałam, ale nie da się omijać tego tematu. Po trzygodzinnej sesji na GG z moją Rodzicielką, włosy z głowy rwę jak sobie pomyślę jak potworni stają się ludzie w Polsce.

Błaga mnie, żebym wynalazła jakiś wehikuł czasu, który pozwoli jej przeskoczyć kolejne 3 miesiące i już tu być. Wraca jej depresja, płacze, nie chce wychodzić z domu, rozmawiać z ludźmi. Czemu spytacie? Przez ludzi- sąsiadów, właścicieli psów w parku, koleżanki z NK…przez ludzi, co wokół.

Gra na Kurniku w Literaki. Jest świetna i już setny raz zakłada nowe konto bo już więcej w Literakach wygrać nie można, więc zaczyna od zera, żeby piąć się po drabince. Wystarczy, że zaczyna wygrywać (a robi to miażdżąco, sama z nią grywałam, boli)- i od razu czyta kim była jej matka, z kim puszcza się jej córka, i jaką szmatą jest- bo śmie wygrywać.

Wychodzi z Literaków i zagląda na NK. Koleżanka z Liceum Pedagogicznego pisze, że Rodzcielka mieszka w domu wariatów i jak ktoś zostawia na noc otwarte biuro, dobiera się do komputera i wkleja swoje „kurewsko brzydkie rysunki”, które są wynikiem kuracji wstrząsowych. Za „kurewsko brzydkie portrety” zdobywała swego czasu nagrody w konkursach dla rysowników- amatorów. Wkręcone, pozostałe koleżanki piszą więc paszkwile niewyobrażalnej treści i wysyłają jej na priva. Rodzicielka kopiuje najlepsze kawałki i wkleja je publicznie, czym podnosi niewysłowioną awanturę, bo „kurewską amatorzyną” można kogoś nazwać, kiedy nikt nie słyszy ale policzek oddany pali żywym ogniem. Koleżanki nakręcają się jeszcze bardziej…Rodzicielka wychodzi.

Idzie na spacer z psem. I wie, że będzie stała w parku sama. Zaczęło się jeszcze kiedy ja byłam w Polsce. Kiedy szłyśmy z małym Bostonem na spacer zlatywało się mnóstwo właścicieli rasowych Goldenów na dyskusje o konsystencji psiej kupy, zwabieni prawidłowym dla rasy wyglądem. Kiedy okazywało się, że Boston papierów nie ma, nie kosztował 2500 zł, nie przechodzi tresury… szybko okazywało się, że właściwie wcale nie jest taki ładny, psia mądrość to rzecz względna a poza tym, pewnie wyrośnie z niego skrzywiony osobnik, którego trzeba będzie uśpić. Dziś Boston wygląda jak wygląda, tresury nadal nie miał, aportuje na lądzie i w wodzie, przychodzi na pierwsze zawołanie, kładzie się, siada, daje łapę i nosi własną smycz. Właściciele rasowych Goldenów odchodzą, kiedy zbliża się Boston. Godzinami wrzeszczą przywołując swojich pupili,z których najlepsiejszy i najwypaśniejszy właśnie odgryza innemu ucho. (Jeśli ktoś zna rasę Goldenów wie, że Goldenowi można wsadzić palec w oko, zabrać michę i uszcypać w jajko a on i tak będzie cię kochał miłością szczerą i niezachwianą. I resztę świata też.). Pozostają więc właściciele kundelków. Ale oni nie akceptują Bostona i Rodzicielki- bo Boston kręci swoim „pewnie rasowym” tyłkiem i „depcze mi Pani po psie! Kurwa jego mać”. Po środku zostali właściciele innych ras. Na jakiś czas. Bo krótkim zbliżeniu, kiedy jedna pani z drugą dowiedziały się, że nie ma mnie w parku bo wyjechałam „po funty” zaczęły odchodzić na inny koniec parku. Raz Rodzicielka usłyszała, że nie ma się z czego cieszyć- córki nie mówią czym się naprawdę zajmują za granicą, żeby wstydu rodzinom nie przynosić.

Znajoma emerytka, w sumie dobra kobieta, twierdzi, że Rodzicielka się poniża i rozmienia na drobne jadąc do nas. Będzie na łasce córki a potem ją oddamy do domu opieki. Ona z córką nawet nie spotykają się na Święta, więc po co inni utrzymują takie zobowiązania?

Rodzicielka idzie więc nad Odrę, gdzie mało jest skurwysynów a dużo drzew. W połowie spaceru, zeszłej jesieni podchodzi do niej jakiś bandzior i każe oddać aparat. Bokiem przechodzi jakiś mężczyzna, Rodzicielka prosi o pomoc i słyszy: „A spierdalaj!” i mężczyzna odchodzi. Rodzicielka używa gazu.

W warzywniaku klienci kłócą się o jabłko (bo to jest bardziej jabłkowe niż to), depczą sobie po nogach, wpierdalają się w kolejkę gdzie reklamują ziemniaki i wydaną resztę a przed sklepem, środku Śródmieścia stoi chmara obszczymurków i zastawia drogę wychodzącym samotnie kobietom, rechocząc obleśnie. A obok ciemna brama, w której trzeba pokonać 100 stopni, na górze spotkać sąsiadkę, która uważa, że przysyłam do domu kosmiczne krocie pieniędzy, więc trzaska za każdym razem drzwiami tak głośno, że Boston dostaje czkawki. Nie odzywa się od roku.

Dzwoni telefon, znajoma która wynajmuje od nas garaż na samochód męża i pyta, że skoro Rodzicielka wyjeżdża to czy ona może już teraz przestać płacić za wynajem, bo oczywiście jak już pojedzie, zostawi im garaż na zawsze, czyż nie?
-Nie.
-Nie?
-Nie.
-Aha, no to żegnam.

Więc kiedy zmęczona kolejnym takim, lub bardzo podobnym dniem, skarży mi się na gg, że już nie może dłużej czekać, szlag mnie trafia i czuję się bezgranicznie bezradna. Nie umiem konstruować wehikułów czasu, nie umiem nawet wytłumaczyć dlaczego ludzie są tak podli. Dlaczego społeczeństwo z miesiąca na miesiąc wynaturza się w jakąś karykaturalny twór o skonsolidowanej wspólnej świadomości bazującej na zazdrości i chęci wbicia innym noża w plecy kiedy tylko nadarzy się okazja. Rodzicielka zażartowała, że za dwa, trzy lata rodzinom emigrantów, w nocy, sąsiedzi będą malować białe krzyże na drzwiach a potem, podle tych krzyży… Wcale nie wydało mi się to śmieszne.

Chcę już mieć ja tutaj, pokazać że są na świecie normalni ludzie, którzy nie pędzą przed siebie w niekończącej się pogoni po luksusy, których nie są w stanie sięgnąć. Frustratów, których obraz świata kusi i rozdrażnia bilboardami nowych samochodów, pralek, szynek po 4,99, szamponów tylko dla mężczyzn i zdjęć szczęśliwych małżeństw biorących kredyty. Świętymi Grallami naszych czasów, wiecznie poza zasięgiem. Niczym Święta Inkwizycja, tępią więc zło świata, pokazują palcem reszcie gdzie leży zepsucie i jak należy je tępić. Reszta podejmuje wyzwanie, wybielając przy tym swoje grzechy i grzeszki, depcze ostatnie przejawy człowieczeństwa i buduje nowy świat, lepszy, tylko dla wystarczająco silnych i wytrwałych… w swojej podłości i nienawiści. Nowi Prawi tego świata.

Wiem dlaczego nazywają nas nieudacznikami. Może rzeczywiście, większość ludzi, którzy opuścili Polskę i zdecydowali się zostać za granicą na stałe są ludźmi słabymi. Nie potrafili rozpychać się łokciami, dziabać innym palcami po oczach i kombinować na każdym kroku. Mieli mało, z roku na rok coraz mniej i coraz mniej wiary w ludzi, prawo, rządy, przewroty, społeczne rewolucje i poświęcenia minionych pokoleń. Spróbowali inaczej, gdzie indziej, całkiem od nowa i tam jak się okazało, znalazło się miejsce dla nieprzystosowanych- do zła.

Dziś przeczytałam, że emeryci i renciści, którzy ośmielają się jechać do UK aby dołączyć do swoich rodzin i zająć się wnukami powinni stracić swoje prawa do wypłacanych rent i emerytur. Jasne, po 40 latach ciężkiej pracy i starania się aby rodzina nie wylądowała na białych niedźwiedziach, dziś mają wyrzec się swojej ciężko zarobionej emerytury, żeby taki młody, wypasiony na ich walce gnój mógł napisać, że Dziadki i Babcie nie zasługują na normalną starość. Jadą pomagać nieudacznikom i jeszcze biorą z JEGO kieszeni kasę!

Jestem nieudacznicą, Suseł nieudacznikiem, mam zamiar wychować tak samo moje dziecko, tak jak moja Matka, nieudacznica wychowała mnie. Z czystym sumieniem, naiwnym spojrzeniem i pustymi kieszeniami.

I nawet przez chwilę nie pożałuję.

Ale nie chcę już czytać jak wolno płynie czas i jak straszne wyda
je się życie tam, w Polsce, kiedy wie się, że gdzieś za wodą jest dobrze. Bo nie sposób nie płakać kiedy wie się, że kochana osoba cierpi każdego dnia rozłąkę i nic nie można na to poradzić.

I w dupie mam to co napiszą Trolle, zabłąkane na Kokainkowego bloga. Niech się nawzajem po wyżynają a ostatni zgasi światło. Będzie spokój na forach i w parkach.

Ale będzie wielka buuuba!

Zwykły wpis

Pracuję nad WordPressem, link po prawej, zaraz pod Fototonem. Na razie gmeram po ustawieniach i próbuję ustalić za wczasu co mi oferuje platforma a o czym mogę zapomnieć. Niedobrze mi się robi na myśl o przenosinach ale mam nadzieję, że wraz z linkiem trafią tam moi Czytelnicy, bez gwiazdek Onetu można przeżyć.

Ale na razie piszę po staremu, wbijam hasło dostępu po 20 razy i walczę z nowymi obrazami, które chciałbym Wam pokazać.

***

Wymiękliśmy dziś po wizycie w agencji od której wynajmujemy Kozią Wólkę. Zaakceptowali nasze wypowiedzenie i uszczęśliwili klauzulką z umowy o której nie było głośno przy podpisywaniu papierów. Otóż, dla naszego bezpieczeństwa i wygody, klauzulka twierdzi, że przez okres 6 miesięcy właścicielom mieszkania nie będzie wolno nam wypowiedzieć umowy- a i my przez tak samo długi okres, nie możemy opuścić mieszkania bez: opłacenia pozostałym czynszów, opłacenia ponownego wystawienia mieszkania na rynek, opłacenia certyfikatów bezpieczeństwa mieszkania i częściowej opłaty za nową kuchenkę. I tu nas zwaliło z nóg. Bo pierwsza rata za Dom za pasem a mu musimy jeszcze opłacić to mieszkanie plus kolejne 3 miesiące plus cała reszta tych śmiesznych firdygałków? Kuchenka- dlaczego mam płacić część za kuchenkę skoro nie będzie moja? A certyfikaty? To sprawa właścicieli, wystawili mieszkanie na rynek, ktoś po nas będzie tu mieszkał ale my musimy im za nie zwrócić?? Ejże!

Jedyny ratunek- znaleźć kogoś kto przejmie resztę umowy od nas i zwolni nas z tego jakże miłego obowiązku. I zaraz pojawiła się jakaś polska para zainteresowana, umówiła się na oglądanie… i nie pojawiła się. Wywiesiliśmy w polskich sklepach ogłoszenia, zobaczymy. Ale będę walczyć o sprawiedliwość bo kurka-biedronka 1500 funtów w 3 miesiące i to teraz??

Dzwoniłam też do agencji byłego Landlorda. Landlord nie odbiera, pracownica obieca, że się skontaktuje i oddzwoni, bierze numer telefonu i wrzuca w kubeł. Jutro też zadzwonię, dwa razy, a pojutrze 3 razy. A potem zwrócę się do tej mądrej instytucji, któka rozprawia się z właścicielami przetrzymującymi depozyty. 

Kokainka i Suseł są w*****ni, chcą się bić, nawet z tym, o panem co idzie chodnikiem.