Monthly Archives: Lipiec 2007

Znowu zmiana planów

Zwykły wpis

Kupiłam nowy rower. Zupełnie bez przekonania, wezmę tamten bo czarny. Chłopię w sklepie bardzo zachęcało mnie do damskiego, seledynowego lub srebrno-różowego czegoś ale dostałam dreszczy z obrzydzenia na sam widok. Dostałam wielkie pudełko w łapę, zapięcie, nowy bagażnik pod torbę i rachunek na 150 funtów.

I przy składaniu okazało sie, że przednie koło jest niczym wstęga Moebiusa i Suseł powiózł nabytek spowrotem do sklepu. Czyli do pracy idę jutro piechotką.

Susłowi sterczą z kolana sznurki. Sam sobie je będzie jutro zdejmował. Spodziewam się utraty przytomności w moim wykonaniu. Widziałam też dziurkę po wenflonie i po wkłuciu w kręgosłup. Cudem piszę te słowa. 😀

/Rammstein – „Mein Teil”. I chętnie wyrwałabym teraz komuś części miękkie i całą resztę, jak zachęca Till./

Dzwonił Landlord. Dowiedział się o naszych planach wyprowadzki i cały plan poszedł śpiewać z Elvisem. Miało być tak, że skoro nas regularnie tu okradają, wyprowadzamy się i zostawiamy Lokatora samemu sobie. Lokator nie mógłby się przecież dowiedzieć, że wyprowadzamy się przez niego, więc plan był łatwy, prosty i przyjazny dla środowiska. Tymczasem Landlord, ze łzą w oku wyraził ubolewanie i spytał co może dla nas zrobić? Opowiedziałam o wszystkich numerach Charliego, jak gasił niepalący się korytarz gaśnicą, wybijał szyby i zdzierał dachówki, jak dostał gruszką w łeb za przesiadywanie na murze na wprost naszych okien i kukanie do pokojów. 
Że załatwia rowery, komputery, bajery każdemu kto zapłaci albo da fajkę.
Odpowiedź była prosta i całkiem nie po mojej myśli:
-A więc jutro lokatorzy mieszkania B dostają wypowiedzenie.
I konsternacja. Bo co teraz? Wypadałoby zostać i cieszyć się przytulnym gniazdkiem jak dotąd. Suseł stwierdził więc, że mu tu dobrze i stanęło na tym, że zostajemy. Pieprzony kołowrotek.

/Limpki- „Counterfeit” z konceru Family Values ’98/

Przyjechała Ślubna Lokatora. Czarne, lokowane, w spodniach haftowanych różane róże i klapioszkach wysadzanych diamencikami. Od dni dwóch słyszę jaki to Syn mądry i jaka to Córka łobuziara. Tru tu tu.

/Orgy- „Blue Monday” z FV’98. Najgorsze z możliwych wykonań kawałka, który nie może być już gorszy niż wersją oryginalna./

Kupiłam sobie lustro do malowania. Się. Bo to przy czym się dotąd malowałam przypominało wielkością pierwsze lepsze szkiełko które można by znaleźć na śmietniku. 
Oprócz tego trzy fikuśne butelki o wygiętych szyjkach i komplet talerzy 
bo skoro Truffel się wyprowadza, trzeba jej dać jakąś wyprawkę. A przy okazji odnowić kuchenne zasoby.
No i nie można tak dziewczyny wyprawić w świat ze skorupami Tesco Value.

/Orgy- „Stitches”. UTube jest wyjątkowo łaskawy dla Orgy- co chwila przerywa nadawanie i pozwala na chwilę wytchnienia od tandety. Wyłączam./

Koło zamienione, rower złożony i jeździ. W odróżnieniu od mojego Bicykla Księżycowego (świeć Boziu nad jego duszyczką), ten jest tak cichy, że można z nim zakradać się nocą do kurników. Czarny, lśniący, linki, rurki i śrubiszcza. Pf.

Reklamy

I co dalej?

Zwykły wpis

Poszłam sprawdzić czy ktos przypadkiem nie odstawił mojego rowerka na miejsce i węsząc po zakamarkach parteru znalazłam strzęp pudełka po przesyłce na która Truffelka czeka od 2 tygodni. Ktoś sobie otworzył paczusię, zabrał DVD i finał. Ale chyba się rozczarował bo DVD Goetes Erben to ciężka cegła. Niemiecka melorecytacja i śmiszny facio w średniowiecznych łaszkach skaczący po scenie razem z innymi śmiesznie ustrojonymi niemiaszkami. Ale Truffel lubi. 🙂

Wpienione do granic wytrzymałości poszłyśmy w końcu do ojczulka Charliego- wytatułowanego kurdupołcia, który udaje że utrzymuje swoją pociechę z ADHD w ryzach. Popaplałyśmy bez celu, bo ojczulek twierdził, że gdyby jego syn ukradł przesyłkę, to przeciez wrzuciłby papier do śmietnika! Nie, że by nie ukradł, nie. GDYBY ukradł, to jest mądrym chłopcem i wie jak zacierać po sobie ślady. Jabłko obok jabłoni.

Bez komentarza.

Wieczorem wrócił Lokator. Zauważył, że nie ma sygnały w satelytce. Okazało się, że chłopcy próbowali ukraść mu antenę. Żaden wiatr, huragan Andrew ani ElNinio nie umie odkręcać śrub mocujących. Cóż, niedługo antena powisi, niedługo.

I po rowerze

Zwykły wpis

Nic nie napiszę o rękach, bo wiadomo. Nic nie napiszę o rwącym się Internecie, bo wiadomo.

Napiszę natomiast coś czego nikt się nie spodziewa: Charlie ukradł nam czwarty rower- ty razem MÓJ. Stary, odrapanym pomalowany czarną farbą w sprayu, spod której wyziewała straszliwa, neonowo-różowa przeszłość. Z jednym hamulcem- przednim i zepsutą przerzutką. Jedyną cenną rzeczą w tym rowerze był bagażnik, który kupiłam raptem tydzień temu. Rano jeszcze stał, w południe już nie. Pewnie opylił go za 2 funty, bo za więcej nikt nie chciałby na niego splunąć.

On ma dwa funty, przede mną codzienny 12 kilometrowy marsz na drugi koniec Miasteczka, do pracy. Wyrwać gówniarzowi nogi z dupy czy zadzwonić na policję? Odbiorą od nas kolejne zgłoszenie, pokiwają główkami i na tym się skończy.

Bez komentarza.

Miałam ci ja rower, hej!

Bełkot powodzianki

Zwykły wpis

Nie ma telefonu, działanie internetu przypomina przejścia zebry po pasach dla pieszych. Nad Zamczyskiem przeleciały dziś co najmniej trzy klucze słynnych zółtych helikopterów RAFu lecących gdzieś na południe okręgu.
Niech zgadnę….powódź?

To dziwne. Zawsze kiedy w moim pobliżu dzieje się powódź, ja z pędzlem odnawiam umeblowanie swojego domu. W 97 malowałam szafki kuchenne, przy kolejnej powodzi- okna, tym razem kończyłam szafkę łazienkową. Ładnie wyszła.

W międzyczasie obejrzałam ze 100 odcinków Ostrego Dyżuru, Szpitala Królestwo i Scrubs. Skalpelowo, makabrycznie i komediowo.

Za dużo zjadłam, zaczęłam malować nowy obraz, uprałam cztery wsady prania w wyniku czego musiałam poukładać pranie „w ludziki” na podłodze w pokoju. Na szczęście, pokój jest tak wielki, że „w ludziki” spokojnie można by poukładać ofiary przeciętnego tsunami. Pachnie pralnią.

Wstęp do czterech dni z dala od pracy. Cudem uproszonych dwóch dni urlou dowiązanego do ogonka dwóch dni zwyczajnego wolnego.

Dam wytchnienie rękom, bo ani Anadin, ani zamrażacz w sprayu ani maści przeciwbólowe już nie działają. Wczoraj rano obudziłam się (phi, tez mi spanie) i nie poznałam swoich rąk. Człowiek-słoń. To lepsze określenie dla tego co zobaczyłam zamiast swoich paluszków. Wielkie, napuchnięte banie bez czucia. Zniknęly knykcie a pierścionek na palcu wyglądał jak przewężenie
klepsydry. Czas podjąc kroki w kierunku sali operacyjnej.
Poproszę sklapel i czułą dłoń doktora Cartera!

Ale serio- trzeba będzie wziąć się w garść i powiedzieć o cieśni nadgarstków Beretowi. A Beret się nie ucieszy. Co więcej- Beret spojrzy najpierw na mnie, potem gdzieś poza moim ramieniem, mruknie „supeeeerb…” i spyta co dalej. Jak to co? Cztery tygodnie urlopu na każdą rękę mój słodziutki. A on pomyśli wtedy: „Co też temu Ryszardowi Wielkiemu przyszło do głowy, kiedy wysyłał mi tą Poleczkę na lodówki?”. Doda jeszcze kilka niewypowiedzianych przekleństw w stylu supeeeeb, suuuper, ekssssslenet i pójdzie poskarżyć się Tony’emu, że mu się Brygadzistka popsuła.

Mam mu powiedzieć teraz? Tydzień przed zaprzysiężeniem na jego „adiutanta”? Czy może zaraz potem? Co brzydziej wygląda? Teraz- potem?

W sumie na jedno wychodzi. Przestaje lubić Bereta. Wygląda jak świeżo wyszorowany prosiak. Okrąglutki, różowy, wzorowo ogolony, z włosami opitolonymi prawie do różowej głowy i lekko odstraszającym kształtem grzywkopodobnym. Rano zawsze pachnący płynem do płukania tkanin i jakims męskim smarowidłem, które ma chyba sugerować, że jest mężczyzną a nie młodą świnką.

I przestaje być komunikatywny. Pracuje z nim już 6 tygodni a jedyna rozmowa zahaczająca w ogóle o fakt, że jestem idtotą ludzką i można do mnie mówić po angielsku nie tylko o grafiku i dostawach brzmiała tak:

B. -Mieszkacz w Miasteczku?
K. -Nie, w wiosce niedaleko. W B.
B. -…

Nawet nie było acha. Po prostu usłyszał odpowiedź i zakończył tę kwiecistą, wyczerpującą pogadankę na temat miejsca mojego zamieszkania równie kwiecistym milczeniem. Mam cię w jelicie grubym.

Czytam „Lolitę”. Po stu stronach znudziło mi sie czekanie na pedofilskie spełnienie głównego bohatera. Książka stała się równie nudna co „Pamiętniki Fanny Hill”, które razem z moją Psiapsółką czytywałyśmy pod licealną ławką zarykując się do łez. Czytam już tylko, żeby wyłapywać urocze sformułowania, które rozbawiaja mnie do łez. Oto dwa przykłady z ostatnych stu stron:

„(…) nic z tych rzeczy, wcale się nie pienię; gram sobie w pchelki lubymi myślątkami.(…) Ochydne stwierdzenie 🙂

„(…)Pani Macica (…) zaczyna szykować grubą, miękką ścianę, bo a nuż zjawi się bobo i trzeba będzie mu pościelić. Maleńki wariat w swej wyściełanej celi.(…)

Teraz pójdę wyjąć ostatni wsad pralkowy, rozłożę swoje piżamki „w ludziki” na podłodze w salonie i pójdę do betów. Nie wiem po co bo i tak za 3 godziny obudzą mnie moje ścięgna, wrzeszcząc o zainteresowanie i bajkę na dobranoc.

Branoc

PS. Helikoptery wracają do bazy.

Nie zenicznie.

Zwykły wpis

Zgadnijcie co u mnie?

Pada! Ale tym razem to już nie jest deszcz czy ulewa. Coś takiego marynarze nazywają sztormem doskonałym a Amerykanie nadają temu czemuś imiona żeńskie zaczynające się na A. A potem na B.

Już miałam wychodzić do pracy na 7:00 rano, kiedy zaczęło padać. W ciągu 3 minut deszcz przemienił się w białą mgłę przesłaniająco wszystko w promieniu 5 metrów. I od tego momentu, nieustannnie, z taka samą intensywnością- pada. (Ależ my ludzie kochamy liczby…od razu wiadomo co i jak.)

I wieje z prędkością co najmniej 30 km/h, 
urywa łeb, 
gnie drzewa do ziemi, 
majta reklamówkami. 
Pada już 11 godzin.

Miasteczko otoczone jest wodą. Wracając z pracy taksówką słuchałam wiadomości drogowych o możliwościach przejazdu przez Dolinę. Wioski stoją w wodzie, miejscami głebokość nurtu sięga 1,5 metra. 
Autostrady zakorkowane, wokół jeżdżą pogotowia, Policje i Straże Pożarne. 15 zderzeń, trzy poważne, jedna osoba ranna, pozrywane linie elektryczne, 3 wioski są bez telefonu.

Na taksówkę czekałam 35 minut. 6 kilometrów do domu pokonaliśmy w 55 minut. Pakistański kierowca w przerwach między hamowaniem jadł tikkę albo kormę ze styropianowego pudełka.

A to wszystko można by wyrazić tak prosto, zenicznie:

In the dark forest
A berry drops
The sound of water

Basho

„Kolor wiejskiej stodoły z dębiny” to też dobry tytuł

Zwykły wpis

/Snap- I Got the Power- baaaardzo głośno/

Mam ostatnio pecha.

Nie wystarczy, że syndrom cieśni nadgarstka x2 zmusza mnie do spania w fikuśnych, nienaturalnych pozycjach, to jeszcze mam koszmary. Wczoraj, o kosmitce wkradającej się podstępnie na podwórko na którym się wychowałam. Śniło mi się, że Hala przeniosła się pod gołe niebo, ja rządziłam pracownikami w koszuli nocnej a potem przyleciało UFO. Kosmitką okazała się kilkunastoletnia dziewucha z PDA w ręku, której z jakiegoś powodu zapragnęłam gorąco wręczyć…mandarynkę. W geście powitania i miłości ogólnie. Tymczasem mała prukwa złapała mandarynkę, moją rękę i zaczęła wyginać do bólu a jej twarz zmieniła się w to czego boimy się najbardziej, kiedy pomyślimy, że Coś mogłoby pochylać się nad naszym łóżkiem, kiedy śpimy. I wtedy obudziłam się w pozycji „na baczność”, gotowa uciekać. A to ręce tak bolały. 😦

A dziś całą noc złościłam się na Susła, który zwołał brygadę znajomych na Wielki Wyjazd, który nagle mu się odwidział. Brygada stała zawiedziona z plecakami, namiotami, menażkami a ten siedział beztrosko i przerzucał kanały- obrazki gadających ust jak wyciętych z twarzy, bleblających coś bez ładu i składu, żyrafy, brodate brody, dzikie węże. Tak się zdenerwowałam, że się obudziłam. A tu co? Bolące ręce. :((

Wtedy nie pozostaje nic innego jak tylko pożegnać spanie i włączyć film.

Z tym spaniem to jest tak, że kiedy maści przeciwbólowe nie dają rady, jedyną radą jest zwiesić ręce z łóżka. Ulga natychmiastowa, gorzej z wykonaniem, kiedy śpi się na łóżku 180×210. Z każdej strony ręce zdają się być za krótkie. Kiedy juz znudzę się filmem, kładę się na rogu łóżka, jak ta sierotka biorę małą podusię i drzemię na brzuchu z rękami zwieszonymi jak małpa drzemiąca na gałęzi. Aż spadnie mi podusia. Raz, drugi, piąty…już zaczynają śpiewac ptaszęta a ja nie śpię.

Rozważam więc operacje na obie rączki. Suseł przeżył Wielkie Otwarcie Kolana, ja też przeżyję. Inaczej, naprawdę skończę jak małpa na gałęzi, po ręce do niczego mi się już nie przydadzą. Nawet do drapania się po tyłku.

/Witt i Heppner opowiadają jak to będzie jak już dojdzie do Powodzi. No kocham tą pieśniołę, tym bardziej, że po niemiecku…..wundermacht/

Ale wracam do pecha.

Mam postrzał w karku, pół dnia chodziłam w mokrych spodniach, bo durnowata Anthea oblała mnie wodą po kwiatach i nawet nie przeprosiła (biali ludzie z RPA mają poważne problemy z dziękowaniem i przepraszaniem.), straciłam cały swój lunch na wypełnianie testu ze standardów czystości za moją nową „psiapsiółkę” która mówi po angielsku Nic Nic.
„Du a cap of ti?”

Moją psiapsiółkę, którą będę nazywać Mamoniową, zniosło z nocnej zmiany, ku memu nieszczęściu, jako narzędzie Złego, bo przez chwilę było mi dobrze. Zastąpiła Piczkę od PikPoka i z urokiem zagaduje mnie na nudną śmierć z Paplania o Niczym.

A, że występują u mnie pewne problemy z asertywnością, swoja fasolkę zjadłam lewą ręką, prawą wypełniając test, którego Mamoniowa nie umiała nawet przeczytać. „Du e kup of ti?”. A wyraźnie stało, czarno na białym: „Do a cup of tea”.

Potem wywlokła mnie na parking, żeby potowarzyszyć jej w „spalaniu papierosa”, dym leciał na mnie, słońce odbijające się od testu żarło w oczy aż mi łzy leciały a od kluczy oderwał mi się londyński autobusik bo wlazł w szparę w ławce….Ale ja twarda jestem! Żelazo! Stal! Suchy chleb! Kurwa!!!

Humor poprawiłam sobie wizytą w lokalnej Castoramie gdzie kupiłam sobie rękawiczki lateksowe i puszkę płynnego wyżeracza do farb UberStrong. Ktoś, po przeczytaniu powyższego testu mógłby dojść do wniosku, że:
a)dość maści przeciwbólowych, czas obejrzeć te ścięgna;
b)czas nauczyć Afrykanerkę przepraszać. Za Zulusów;
c)czas pozbyć się Mamoniwej.

Ale nie kupiłam beczki.

Odnawiam szafkę łazienkową. Szafka stała sobie bezpiecznie, pomalowana ogólnobiałą farbą olejną do dnia kiedy razem z butelką płynu do demakijażu nie podniosłam owej farby w postaci płata wielkości ręki. Z pod spodu wychynęła całkiem ładna deseczka. A więc narażając się ostatecznie moim ścięgnom, w jeden dzień zdarłam prawie całą farbę i pobejcowałam na kolor „ wiejskiej stodoły z dębiny”. „Cottage oak barn”.  A mówią, że barw jest tylko siedem a kolorów też ograniczona ilość. W każdym razie, szafeczka jak się patrzy. A patrzę na nią co chwila, zerkając do łazienki, żeby się pozachwycać. A UberStrong, niech go cholera…napisali na puszcze, że jest kancerogenny, żre wszystko prócz szkła, nie wolno go wyrzucać na śmietnik i wdychać. Nie napisali tylko, że lekko musnięta skóra zaczyna po 20 sekundach palić żywym ogniem symulując doświadczenia indiańskich szamanów w czasie transu. Plemienne tańce wokół kranu, niezrozumiałe bełkoty wydobywające się z ust i ruchy szmatką. Z drugiej strony, chciałabym zobaczyć taki napis na puszcze.

Dobra, dość tej ściemy. Dziś w nocy będę oglądać „Charliego i fabrykę czekolady”.

/…..erwacht!…/

"Kolor wiejskiej stodoły z dębiny" to też dobry tytuł

Zwykły wpis

/Snap- I Got the Power- baaaardzo głośno/

Mam ostatnio pecha.

Nie wystarczy, że syndrom cieśni nadgarstka x2 zmusza mnie do spania w fikuśnych, nienaturalnych pozycjach, to jeszcze mam koszmary. Wczoraj, o kosmitce wkradającej się podstępnie na podwórko na którym się wychowałam. Śniło mi się, że Hala przeniosła się pod gołe niebo, ja rządziłam pracownikami w koszuli nocnej a potem przyleciało UFO. Kosmitką okazała się kilkunastoletnia dziewucha z PDA w ręku, której z jakiegoś powodu zapragnęłam gorąco wręczyć…mandarynkę. W geście powitania i miłości ogólnie. Tymczasem mała prukwa złapała mandarynkę, moją rękę i zaczęła wyginać do bólu a jej twarz zmieniła się w to czego boimy się najbardziej, kiedy pomyślimy, że Coś mogłoby pochylać się nad naszym łóżkiem, kiedy śpimy. I wtedy obudziłam się w pozycji „na baczność”, gotowa uciekać. A to ręce tak bolały. 😦

A dziś całą noc złościłam się na Susła, który zwołał brygadę znajomych na Wielki Wyjazd, który nagle mu się odwidział. Brygada stała zawiedziona z plecakami, namiotami, menażkami a ten siedział beztrosko i przerzucał kanały- obrazki gadających ust jak wyciętych z twarzy, bleblających coś bez ładu i składu, żyrafy, brodate brody, dzikie węże. Tak się zdenerwowałam, że się obudziłam. A tu co? Bolące ręce. :((

Wtedy nie pozostaje nic innego jak tylko pożegnać spanie i włączyć film.

Z tym spaniem to jest tak, że kiedy maści przeciwbólowe nie dają rady, jedyną radą jest zwiesić ręce z łóżka. Ulga natychmiastowa, gorzej z wykonaniem, kiedy śpi się na łóżku 180×210. Z każdej strony ręce zdają się być za krótkie. Kiedy juz znudzę się filmem, kładę się na rogu łóżka, jak ta sierotka biorę małą podusię i drzemię na brzuchu z rękami zwieszonymi jak małpa drzemiąca na gałęzi. Aż spadnie mi podusia. Raz, drugi, piąty…już zaczynają śpiewac ptaszęta a ja nie śpię.

Rozważam więc operacje na obie rączki. Suseł przeżył Wielkie Otwarcie Kolana, ja też przeżyję. Inaczej, naprawdę skończę jak małpa na gałęzi, po ręce do niczego mi się już nie przydadzą. Nawet do drapania się po tyłku.

/Witt i Heppner opowiadają jak to będzie jak już dojdzie do Powodzi. No kocham tą pieśniołę, tym bardziej, że po niemiecku…..wundermacht/

Ale wracam do pecha.

Mam postrzał w karku, pół dnia chodziłam w mokrych spodniach, bo durnowata Anthea oblała mnie wodą po kwiatach i nawet nie przeprosiła (biali ludzie z RPA mają poważne problemy z dziękowaniem i przepraszaniem.), straciłam cały swój lunch na wypełnianie testu ze standardów czystości za moją nową „psiapsiółkę” która mówi po angielsku Nic Nic.
„Du a cap of ti?”

Moją psiapsiółkę, którą będę nazywać Mamoniową, zniosło z nocnej zmiany, ku memu nieszczęściu, jako narzędzie Złego, bo przez chwilę było mi dobrze. Zastąpiła Piczkę od PikPoka i z urokiem zagaduje mnie na nudną śmierć z Paplania o Niczym.

A, że występują u mnie pewne problemy z asertywnością, swoja fasolkę zjadłam lewą ręką, prawą wypełniając test, którego Mamoniowa nie umiała nawet przeczytać. „Du e kup of ti?”. A wyraźnie stało, czarno na białym: „Do a cup of tea”.

Potem wywlokła mnie na parking, żeby potowarzyszyć jej w „spalaniu papierosa”, dym leciał na mnie, słońce odbijające się od testu żarło w oczy aż mi łzy leciały a od kluczy oderwał mi się londyński autobusik bo wlazł w szparę w ławce….Ale ja twarda jestem! Żelazo! Stal! Suchy chleb! Kurwa!!!

Humor poprawiłam sobie wizytą w lokalnej Castoramie gdzie kupiłam sobie rękawiczki lateksowe i puszkę płynnego wyżeracza do farb UberStrong. Ktoś, po przeczytaniu powyższego testu mógłby dojść do wniosku, że:
a)dość maści przeciwbólowych, czas obejrzeć te ścięgna;
b)czas nauczyć Afrykanerkę przepraszać. Za Zulusów;
c)czas pozbyć się Mamoniwej.

Ale nie kupiłam beczki.

Odnawiam szafkę łazienkową. Szafka stała sobie bezpiecznie, pomalowana ogólnobiałą farbą olejną do dnia kiedy razem z butelką płynu do demakijażu nie podniosłam owej farby w postaci płata wielkości ręki. Z pod spodu wychynęła całkiem ładna deseczka. A więc narażając się ostatecznie moim ścięgnom, w jeden dzień zdarłam prawie całą farbę i pobejcowałam na kolor „ wiejskiej stodoły z dębiny”. „Cottage oak barn”.  A mówią, że barw jest tylko siedem a kolorów też ograniczona ilość. W każdym razie, szafeczka jak się patrzy. A patrzę na nią co chwila, zerkając do łazienki, żeby się pozachwycać. A UberStrong, niech go cholera…napisali na puszcze, że jest kancerogenny, żre wszystko prócz szkła, nie wolno go wyrzucać na śmietnik i wdychać. Nie napisali tylko, że lekko musnięta skóra zaczyna po 20 sekundach palić żywym ogniem symulując doświadczenia indiańskich szamanów w czasie transu. Plemienne tańce wokół kranu, niezrozumiałe bełkoty wydobywające się z ust i ruchy szmatką. Z drugiej strony, chciałabym zobaczyć taki napis na puszcze.

Dobra, dość tej ściemy. Dziś w nocy będę oglądać „Charliego i fabrykę czekolady”.

/…..erwacht!…/

Biało- czerwony wpis o Rodakach

Zwykły wpis

A więc Podpisadło ma podobne doświadczenia! 🙂

Niestety, pracuję z Polakami. Co prawda nie osobiście ale moje towarzystwo to nocne Marki i pracują w otoczeniu 25 Polaków. Co łącznie stanowi tu juz jakieś 75% nocnej załogi. W skrócie? Chamstwo i góralskie pieśni. Zalewanie sobie samochodów kwasem, donosicielstwo, podkładanie świń, kliki, skargi, obelgi. Od wyboru do koloru. Z tym nie piją, z tamtym nie rozmawiają…I w sumie, wygląda na to, że wszystkim sprawia to jakąś perwersyjną przyjemność. Robią listy, notatki o potknięciach innych. Ofiary skarżą się po wszystkich, płaczą a innym robią to samo, tylko w innej formie. Nękać czy być nękanym?

Anglicy natomiast najczęściej rozmawiaja o dzieciach i rodzinach. Uczuciach i emocjach. Lokalnych poruszeniach i pogodzie. „Fucka” posyłają głównie z okazji ogólnej, nie nakierowanej ku żadnej konkretnej osobie. 
O innych, jeśli już mówią: twat, pussy, old bag. Cicho, łypiąc na boki.

A reszta Polaczków w moim Miasteczku? 1500 km od domu, na obczyźnie, gdzie możnaby się spodziewać- Polak Polakowi powinien przynajmniej powiedzieć ‚cześć’ w kolejce. Wystarczy posłuchać o czym rozmawiają, kiedy nie wiedzą, że ktoś słucha- on jej, ona jemu, świnia, kutas, szmata, taka siaka, owaka, chyba jej jebnę. A wszystko na modłe starego kabaretonu PopShow- „Psy 3 czyli za mało ‚kurwa’, kurwa!”. Okradają się wzajemnie ze czego się da – od soli kuchennej po komputery, nawet przestawiają budziki, 
żeby kolega spóźniał  się do pracy („Może go wyrzucą i przestanie tak dobrze
zarabiać?”), podkradają sobie panienki, kują mordy w zaułkach i kradna rowery.

Ktoś kiedyś powiedział, że Polacy pod dowództwem kogoś takiego jak Hitler, byliby jeszcze gorsi niż najgorszy Niemiec. Coś w tym jest. Cholera.

Powoli tracę cierpliwość

Zwykły wpis

Mam wolne i od czterech godzin sprzątam. Sprzątam co popadnie czyli 130 m^2 powierzchni, bo w tym domu mieszka 5 osób i najwyraźniej zarastanie pajęczyną jest tym intensywniejsze im więcej lokatorów udaje, że nie brudzi.

Przy czym wkurwiam się co krok kiedy natrafiam na takie kwiatki jak:
*kibel zamiast Domestosem, zalany płynem do prania- moim;
*odkażacz w sprayu służący Lokatorom jako odświeżacz do kupy;
*stos zużytych butelek po szamponach, żelach i innych chemiach za kiblem, na wannie, na podłodze, we wszystkich możliwych zakamarkach;
*martwe muchy na parapecie, wśród zużytych rolek papieru toaletowego, kiedy kubeł stoi tuż tuż;
*papiurki od podpasek zatykające odpływ w wannie;
*ścierki do naczyń służące do wycierania rozlanego oleju;
*popiół z papierosa wwiewany na stół kuchenny z jednej z trzech popielniczek stojących na parapecie okna, w domu w którym się NIE pali;
*trzy popielniczki, które pierwotnie były ślicznymi, szklanymi sosjerkami, które kupiłam w komplecie;
*cztery wielki wory śmieci, które błagalnie łypią na mieszkańców i wyciągają tylko łapki, żeby je wynieść- od tygodnia;
*odtwarzacz CD w kuchni zalany mlekiem;
*moje pranie, wywalone przez Trufla do NASZEGO pojemnika na pranie, zawierające NASZE poprane szmatki kuchenne i obrus, którego Truffel nie rozpoznała, bo trudno rozpoznać coś co zwykle służy do wycierania noża z dżemu, a teraz jest zadziwiająco czyste. Spytała mnie trzy dni temu czy pozwoliłam komuś korzystać znowu z naszej pralki, bo na dole są jakieś „poprane różowości”. Odpowiedziałam, że nie pozwalałam, więc tak one „różowości” zostawiła.
*reklamówki- wszędzie. Szczególnie liczna populacja gnieżdżąca się za lodówką, zaplątana w kabel od żelazka z którego cieknie woda.
*garnek z wodą i moczące się w nim skorupki jajka.

…i wiele, wiele innych wkurwiaczy.

A wystarczy, że powiem słowo, od razu słyszę, że oni pracują na nocki i są tak zmęczeni po pracy, że nie będą sprzątać, dopóki się nie wyśpią. A wstają godzinę przed wyjściem do pracy. Żeby zrobić kanapkę, zostawić kolejna reklamówkę na stole, wśród okruchów chleba. Ja wracam do domu o 20:00 i jestem świeża jak wiosenny poranek.
A od przyszłego tygodnia- będziemy mieszkać w szóstkę! Bo Dawca czynszu wpierdala nam no głowę swoją żonę- Babę Jagę, która również za darmo ma mieszkać z nami nawet 3 miesiące. (…) Chyba mnie nie skasujecie za czynsz jak za kolejną osobę? Za 500 funtów to ja sobie mogę dom wynająć. (…) I nie powiem przecież, żeby sobie wynajął i poszedł w pizdu z żoną, Kamieniarzem i czterdziestoma krasnoludkami, bo nie będzie nas stać na czynsz. W międzyczasie Baba Jaga ma siedzieć w domu, gotować, piec podobno powalające placki i oglądać satelytkę. Za nasz gaz i prąd. Bo do rachunków już się z pewnością nie dorzuci, skoro i tak go tu nie ma.

Sama nie wiem. Czy ja mam problem z asertywnością? A może jestem jak morderca na psychotropach. Przestanę brać a rzucę się komuś do szyi i przegryzę tętnicę.

Skończę sprzątać i co? I Lokator przyjdzie odebrac mi pozostałe parę godzin czasu na zakładanie konta PayPal i szukanie pracy w okolicy Miasteczka, co zapowiada już od zeszłego tygodnia. Ale o umowie zapomniał i za załatwianie jego spraw zapomniał płacić.

Miał mi odpalać 30-40 funtów za załatwienie kontraktu na 3000-4000 funtów. Załatwiłam obecną robotę- oblizałam się smakiem. Zabrał Susła do Londynu, jako tłumacza, na cały dzień- Suseł oblizał się smakiem i poszedł z nocki na nockę bez godziny snu. Wykleił mu samochód reklamą firmy- za friko. A Dawca cieszył się jak dziecko, że Anglikowi musiałby zapłacić ze 100 funtów za te raptem 5 godzin pracy.

Ludzie to bezwzględne pijawki, bez sumienia. Wiem o tym od dawna ale jak teraz to czytam, to czuję jak mi się podnosi ciśnienie i może coś tego ciśnienia pójdzie w czyn a nie w gwizdek.

A ostatni wniosek to taki: wolałabym mieszkać z banda wrzaskliwych, bezmyślnych Anglików typu Bobka, niż z jednym Polakiem. Pogłaszcze, okradnie, wykorzysta, dobrze będzie jak jeszcze zgwałci i każe sobie dać napiwek za dobrze wykonana robotę.

Wentyl

Zwykły wpis

Suseł pojechał do Polski na Wielkie Otwarcie Kolana. Na lotnisku przywitali go Szanowni Rodzice i moja Mateczka. Szanowni wzięli moja Mateczkę za „znajomą” Susła i dopóki nie wyszło szydło z worka, Szanowni chichotali zachęcająco jak swatki jakieś. Chorzy ludzie. Toż to 55 letnia kobieta jest!

Po operacji, Suseł bierze swoją Mateczkę pod pachę i przywozi ja na Wyspy. Na szczęście nie do nas, tylko do brata. Wiadomo, ja jestem podłą paskudą i żyć ze mną pod jednym dachem nie można. Mamusia byłaby tak skrępowana jak syneczek FakiJapi. Tylko że on, wyrażał swoje skrępowanie i brak akceptacji z mojej strony pluciem i waleniem ze łba. Boję sie pomyślec co wymyśliłaby Mateczka.

Moja Mateczka dowiedziała się natomiast, że pani Szanowna ma zamiar zrobić jakies „porządki” tutaj, zmusić nas do wyprowadzenia się z tej pipidówy. Nie wiem czy ma na myśli nasz dwustuletni dworek, czy spokojne, dziesięciotysięczne miasteczko, gdzie nie zamyka się drzwi i gdzie nikt nie depcze klombów z kwiatami? Pewnie wolałaby bardziej światowe życie jak u drugiego synka- stolyca Anglii! Londyn, toż to taka nobilitacja. Pakistańska dzielnica, domek tak wąski, że trudno się minąć w korytarzyku łączącym to co od ulicy z tym co od podwórka? Korki, metra zapchane napierdzielonymi Polaczkami albo zakapturzonymi gwiazdami rapu z giwerami w reklamówkach. Smród, tłum i szeroko pojęta tandeta. Tutaj tandeta ma chociaż uzasadnienie-mała mieścina. Ale tam?

Moja Mateczka dowiedziała się równiez innych, dość ciekawych faktów z naszego życia, przy okazji przekazywania darów, ale pozostawię je na pastwę milczenia. Szkoda słów.

W pracy- kolejna odsłona pieprzonego pecha. Zmieniając departamenty, zmieniłam również lunchowe towarzystwo, uwalniając się od Piczki i jej tematów ze Skandali wyciętych. Przez tygodni 3 (słownie:trzy) jadłam kiedy chciałam, ja chciałam, z nikim nie gadałam, codziennie oglądałam inny film na iPodzie i było pięknie. Tymczasem jedna z naszych nocnych Polek, zachorzyła na nogę i przeszła na dniówki- wprost w moje niespragnione towarzystwa ramiona. Koniec ze spokojem, koniec z filmami, teraz muszę schodzić na podwórko, zasiadać na ławce i towarzyszyć w paleniu. 
Jest gorąco (lato!) a ja jestem ciepło ubrana bo u mnie na dziale dobrze 
czują się tylko pingwiny. Więc słońce mi przygrzewa, robię się czerwona
na pysku, ćmią mi wokół fajury a rozmowa toczy się w deseń rozmowy 
Mamoniowej z Mamoniem. Mamoń jest zajęty sobą a Mamoniowa podziwia 
widoki i chwali pogodę.
Po trzeci lunchu- skończyły się nam wspólne tematy. Szybko.

***

Chcę się zakopać głęboko pod liście i zasnąć z łapa unurzaną w miodzie, w pysku.