Monthly Archives: Styczeń 2008

Starzeję się, robię się brzydliwie patriotyczna i zaczynam szukać miejsca na uwicie gniazdka, żeby grzać swoje wiekowe kości.

Zwykły wpis

Oglądam stare sentymenty- konkurs Eurowizji 1995. Żaden inny nie przykuł mnie do fotela na całą noc, jak tamten. Udało mi się odnaleźć Justynę Steczkowską w szarej sukieńczynie, śpiewającą jak nigdy potem, Szweda o oryginalnie brzmiącym nazwisku Jan Johansen w dermowym płaszczyku oraz Norwegów z ich „Nokturnem”, który pomijając „Vankinę” Lacrimosy jest piosenką plasującą się w mojej skali TOP 1000 dokładnie tam gdzie w kategorii książek jest „Sto lat samotności” Marqueza- na szczycie szczytów, zaraz po absolucie. Chyba się starzeję, niedługo będę oglądać naUtubce New Kids On The Block, potem Pciółkę Maję, piosenki Natalki Kukulskiej z czasów kiedy jeszcze miała zeza a potem… chyba moją zajączkową pozytywkę, którą chowam do dziś.

Cóż, za miesiąc będę już po drugiej stronie tęczy w drodze po emeryturę, więc czas planować wolny czas. 😀

Ale jak na razie wolnego czasu nie mami nie zapowiada się, żebym miała go choć odrobinę. W niedziele umawiam się z Uczniem na 10:00, o 11:00 dzwonią, że przyjadąo 12:00 i spóźniają się 45 minut. Czy muszę wspominać jak mi to rujnuje dzień?

Mój Uczeń zaczyna uczyć się historii. I tu, podobnie jak w wypadku dzielenia i literowania, pojawia się babol. Bo Uczeń jest małym Polakiem, nie Anglikiem i swoją historię już ma. O niej natomiast nie słyszał jeszcze nigdy i jak na razie, IIWŚ to dla niego londyńskie metro w którym chowają się obywatele całego Londynu i pakowanie dzieciakóww pociągi do Szkocji, żeby nie oberwały bombą wstrętnego faszysty. I co dalej?

Prostowanie pokrzywionej angielskiej historii jest nie na moje siły. Jeśli dam Uczniowi czas na dorośnięcie do Naszej Wersji, do tego czasu Pan Walsh zrobi mu wodę z mózgu i podobnie jak Robek, pewnego dnia na wieść o obozach koncentracyjnych w DACHAU, spyta czy chodzi o obozy koncentrujące ekipy wyścigowe Paryż- DAKKAR?? Okazało się, że Robek coś tam na historii słyszał ale zdawało mu się, że to „Rosjanie się z kimś bili i było dużo głodnych ludzi gdzieś, coś tam…”.

Prostować czy nie?

No i wewnętrzna Kokainka postawiła naprawdę i postanowiła lekko naszkicować wojenny obraz Polski. Lekko chciałam…, naprawdę! Najpierw pokazałam mu łyżeczkę cukru- zabitych obywateli angielskich a potem, porządnej wielkości cukiernicę- zabitych Polaków i Żydów z całą resztą europejczyków. Łyżeczka ziaren cukru i 55 milionów ziaren cukru. To już był szok, bo najwyraźniej Pan Walsh zapomniał wspomnieć, że w tej wojnie zginął ktoś jeszcze oprócz Anglików. Padło pytanie:

-I Niemcy ich tymi bombami tak…bąbili?

-Nooo, nie.

-To jak?

Co miałam powiedzieć? Że wysyłali nam zatrute gumy Donald? Że chodzili po ulicach i pakowali kulki włeb detalicznie acz w ilościach hurtowych??

-No, głównie w obozach koncentracyjnych.

-A co to taki obóz?

Więc n a s z k i c o w a ł a m  z lekka jak to było w zamkniętym obozie, otoczonym drutem kolczastym gdzie nie było jedzenia, ubrań, środków czystości a ludzie umierali z wycieńczenia od pracy, z głodu lub od gazu.

Wtedy zaczął płakać. Biedny mój podopieczny wykrzywił pyszczek i pocisnął wiaderko łez.

-Ja nie wiedziałem! Tak mi okropnie przykro, że oni, bez jedzenia, ja…och…uuuu…biedni!

Oj, trochę się natłumaczyłam, że to jest uczucie patriotyzmu i współczucia i jak ważne jest zrozumienie przeszłości, szczególnie kiedy uczy się w szkole na małego Anglika. Sesja traumatyczna skończyła się wykwitem dumy z małym liczku /polscy piloci nad Anglią/ i obietnicą/znowu/, że powie Panu Walsh, że jest gupi. Pozwoliłam mu wspomnieć o tych lotach i Bitwie o Anglię ale o reszcie nie.

Jezu, jak tak ma wyglądać wychowywanie dziecka to ja się wypisuje z listy chętnych. Nie pamiętam jak to było, kiedy moi rodzice uświadamiali mnie w kwestiach narodowych i historycznych ale podejrzewam, że moja Babcia, pod przykrywką niesamowitych przeżyć wojennych w jakiś sposób przyzwyczaiła mnie do myśli, że nie wszędzie i nie zawsze było tak kolorowo jak w na Podlasiu. Tak czy inaczej, pamiętam do dziś historię o kobietach w ciąży wrzucanych żywcem do ogna, strzelających ja balony z wodą i o noworodku, którego Niemiec wziął za nóżki o roztrzaskał o ścianę stodoły, ale…może nie byłam aż tak wrażliwa, żeby płakać?

Przez cały dzień miałam wyrzuty sumienia, że zbrukałam młody, świeży umysł prawdą historyczną, ale cóż, przeszłości się nie zmieni. A gdyby chodził do polskiej szkoły, już dawno wiedziałby jak wygląda Pomnik Małego Powstańca i ktoś porównałby go do tego małego knypcia w wielkim hełmie, z ogromniastym karabinem, walczącym o swoją ojczyznę. Dobrze zrobiłam, nie chcę wyedukować sterylnego umysłu w sterylnym świecie.

Być dorosłym nie jest łatwo ale jak pomyślę ile takich Strasznych Prawd czeka jeszcze mojego Ucznia…to już wolę zarabiać na tą swoją emeryturę.

Mamy Wielki Plan. Całkiem spontanicznie, ot tak dla wymacania terenu kijem, wstąpiliśmy w poniedziałek do agencji nieruchomości z pytaniem: ten tego, jak tu się kupuje własny kącik? Potem odwiedziliśmy jeszcze cztery  agencje, obładowani folderami i ofertami obejrzeliśmy jeden z domów marzeń i wróciliśmy do domu z Wielkim Planem. Dom. Własny, nie ciasny, na wsi. Najlepiej kryty słomą, na tradycyjny angielski sposób, co najmniej stuletni, kamienny, z powałami na suficie i tajemniczym ogrodem. Taki jak pierwszy, który obejrzeliśmy. Gdyby nie biurokracja którą musimy dopełnić w obu krajach, mógłby być nasz w ciągu 8 tygodni. Pewnie nie będzie, bo chętni rozpychają się łokciami ale będzie następny. W poniedziałek jedziemy obejrzeć kolejne trzy z czego jeden nazywa się Brzoskwiniową Chatką.

 

  

To nie jest takie trudne. Najważniejszy jest wkład początkowy. Z dwoma stałymi kontraktami na pracę, stabilną historią bankową, zatrudnienia i zamieszkania, ze statusem rezydenta i rozwojem zawodowym w najbliżej przyszłości, nawet 400 000 funtów kredytu nie stanowi problemu.

-Matko! Tyle to nie chcę!- pisnęłami pokreśliłam panu kartkę. Nigdy nie sądziłam, że ich cottagessą w zasięgu ręki. Są droższe od pudełek na buty w zapchanych podobnymi pudełkami dzielnicach, ale różnica wynosi nie więcej niż 30%. Na dodatek, wartość nieruchomości spada na łeb na szyję i ceny, oryginalnie wydrukowane na folderach zastąpiły ceny o 5-15 tyś funtów niższe.

Bo w mieście, nawet pipidówie jak nasza mieszkać nie chcemy. Chcemy mieć ścieżkę kończącą się w szczerym polu, zarośnięty bluszczem kamienny domek i święty spokój. Maleńkie wioski od jakich roi się cała Anglia to małe cuda świata. Wąziutkie, jednopasmowe uliczki, maleńkie fasady domków, murki i płotki, gdzie nie gdzie pięćsetletni kościółek z historycznym cmentarzem wypełnionym krzyżami celtyckimi i puby. Do tego zielone trawniki i kamienie obrośnięte skalniakami. I TO, tuż za rogiem uliczki:

 

Dobrze mieć Cel. Wstawanie rankiem do pracy nagle przestaje być takim szarym koszmarem. Widać światełko a ponieważ jest o czym myśleć, co planować, jutrzejszy i pojutrzejszy 10 godzinny kierat przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Tym oto optymistycznym…

Kokain

Reklamy

Starzeję się, robię się brzydliwie patriotyczna i zaczynam szukać miejsca na uwicie gniazdka, żeby grzać swoje wiekowe kości.

Zwykły wpis

Oglądam stare sentymenty- konkurs Eurowizji 1995. Żaden inny nie przykuł mnie do fotela na całą noc, jak tamten. Udało mi się odnaleźć Justynę Steczkowską w szarej sukieńczynie, śpiewającą jak nigdy potem, Szweda o oryginalnie brzmiącym nazwisku Jan Johansen w dermowym płaszczyku oraz Norwegów z ich „Nokturnem”, który pomijając „Vankinę” Lacrimosy jest piosenką plasującą się w mojej skali TOP 1000 dokładnie tam gdzie w kategorii książek jest „Sto lat samotności” Marqueza- na szczycie szczytów, zaraz po absolucie. Chyba się starzeję, niedługo będę oglądać naUtubce New Kids On The Block, potem Pciółkę Maję, piosenki Natalki Kukulskiej z czasów kiedy jeszcze miała zeza a potem… chyba moją zajączkową pozytywkę, którą chowam do dziś.

Cóż, za miesiąc będę już po drugiej stronie tęczy w drodze po emeryturę, więc czas planować wolny czas. 😀

Ale jak na razie wolnego czasu nie mami nie zapowiada się, żebym miała go choć odrobinę. W niedziele umawiam się z Uczniem na 10:00, o 11:00 dzwonią, że przyjadąo 12:00 i spóźniają się 45 minut. Czy muszę wspominać jak mi to rujnuje dzień?

Mój Uczeń zaczyna uczyć się historii. I tu, podobnie jak w wypadku dzielenia i literowania, pojawia się babol. Bo Uczeń jest małym Polakiem, nie Anglikiem i swoją historię już ma. O niej natomiast nie słyszał jeszcze nigdy i jak na razie, IIWŚ to dla niego londyńskie metro w którym chowają się obywatele całego Londynu i pakowanie dzieciakóww pociągi do Szkocji, żeby nie oberwały bombą wstrętnego faszysty. I co dalej?

Prostowanie pokrzywionej angielskiej historii jest nie na moje siły. Jeśli dam Uczniowi czas na dorośnięcie do Naszej Wersji, do tego czasu Pan Walsh zrobi mu wodę z mózgu i podobnie jak Robek, pewnego dnia na wieść o obozach koncentracyjnych w DACHAU, spyta czy chodzi o obozy koncentrujące ekipy wyścigowe Paryż- DAKKAR?? Okazało się, że Robek coś tam na historii słyszał ale zdawało mu się, że to „Rosjanie się z kimś bili i było dużo głodnych ludzi gdzieś, coś tam…”.

Prostować czy nie?

No i wewnętrzna Kokainka postawiła naprawdę i postanowiła lekko naszkicować wojenny obraz Polski. Lekko chciałam…, naprawdę! Najpierw pokazałam mu łyżeczkę cukru- zabitych obywateli angielskich a potem, porządnej wielkości cukiernicę- zabitych Polaków i Żydów z całą resztą europejczyków. Łyżeczka ziaren cukru i 55 milionów ziaren cukru. To już był szok, bo najwyraźniej Pan Walsh zapomniał wspomnieć, że w tej wojnie zginął ktoś jeszcze oprócz Anglików. Padło pytanie:

-I Niemcy ich tymi bombami tak…bąbili?

-Nooo, nie.

-To jak?

Co miałam powiedzieć? Że wysyłali nam zatrute gumy Donald? Że chodzili po ulicach i pakowali kulki włeb detalicznie acz w ilościach hurtowych??

-No, głównie w obozach koncentracyjnych.

-A co to taki obóz?

Więc n a s z k i c o w a ł a m  z lekka jak to było w zamkniętym obozie, otoczonym drutem kolczastym gdzie nie było jedzenia, ubrań, środków czystości a ludzie umierali z wycieńczenia od pracy, z głodu lub od gazu.

Wtedy zaczął płakać. Biedny mój podopieczny wykrzywił pyszczek i pocisnął wiaderko łez.

-Ja nie wiedziałem! Tak mi okropnie przykro, że oni, bez jedzenia, ja…och…uuuu…biedni!

Oj, trochę się natłumaczyłam, że to jest uczucie patriotyzmu i współczucia i jak ważne jest zrozumienie przeszłości, szczególnie kiedy uczy się w szkole na małego Anglika. Sesja traumatyczna skończyła się wykwitem dumy z małym liczku /polscy piloci nad Anglią/ i obietnicą/znowu/, że powie Panu Walsh, że jest gupi. Pozwoliłam mu wspomnieć o tych lotach i Bitwie o Anglię ale o reszcie nie.

Jezu, jak tak ma wyglądać wychowywanie dziecka to ja się wypisuje z listy chętnych. Nie pamiętam jak to było, kiedy moi rodzice uświadamiali mnie w kwestiach narodowych i historycznych ale podejrzewam, że moja Babcia, pod przykrywką niesamowitych przeżyć wojennych w jakiś sposób przyzwyczaiła mnie do myśli, że nie wszędzie i nie zawsze było tak kolorowo jak w na Podlasiu. Tak czy inaczej, pamiętam do dziś historię o kobietach w ciąży wrzucanych żywcem do ogna, strzelających ja balony z wodą i o noworodku, którego Niemiec wziął za nóżki o roztrzaskał o ścianę stodoły, ale…może nie byłam aż tak wrażliwa, żeby płakać?

Przez cały dzień miałam wyrzuty sumienia, że zbrukałam młody, świeży umysł prawdą historyczną, ale cóż, przeszłości się nie zmieni. A gdyby chodził do polskiej szkoły, już dawno wiedziałby jak wygląda Pomnik Małego Powstańca i ktoś porównałby go do tego małego knypcia w wielkim hełmie, z ogromniastym karabinem, walczącym o swoją ojczyznę. Dobrze zrobiłam, nie chcę wyedukować sterylnego umysłu w sterylnym świecie.

Być dorosłym nie jest łatwo ale jak pomyślę ile takich Strasznych Prawd czeka jeszcze mojego Ucznia…to już wolę zarabiać na tą swoją emeryturę.

Mamy Wielki Plan. Całkiem spontanicznie, ot tak dla wymacania terenu kijem, wstąpiliśmy w poniedziałek do agencji nieruchomości z pytaniem: ten tego, jak tu się kupuje własny kącik? Potem odwiedziliśmy jeszcze cztery  agencje, obładowani folderami i ofertami obejrzeliśmy jeden z domów marzeń i wróciliśmy do domu z Wielkim Planem. Dom. Własny, nie ciasny, na wsi. Najlepiej kryty słomą, na tradycyjny angielski sposób, co najmniej stuletni, kamienny, z powałami na suficie i tajemniczym ogrodem. Taki jak pierwszy, który obejrzeliśmy. Gdyby nie biurokracja którą musimy dopełnić w obu krajach, mógłby być nasz w ciągu 8 tygodni. Pewnie nie będzie, bo chętni rozpychają się łokciami ale będzie następny. W poniedziałek jedziemy obejrzeć kolejne trzy z czego jeden nazywa się Brzoskwiniową Chatką.

 

  

To nie jest takie trudne. Najważniejszy jest wkład początkowy. Z dwoma stałymi kontraktami na pracę, stabilną historią bankową, zatrudnienia i zamieszkania, ze statusem rezydenta i rozwojem zawodowym w najbliżej przyszłości, nawet 400 000 funtów kredytu nie stanowi problemu.

-Matko! Tyle to nie chcę!- pisnęłami pokreśliłam panu kartkę. Nigdy nie sądziłam, że ich cottagessą w zasięgu ręki. Są droższe od pudełek na buty w zapchanych podobnymi pudełkami dzielnicach, ale różnica wynosi nie więcej niż 30%. Na dodatek, wartość nieruchomości spada na łeb na szyję i ceny, oryginalnie wydrukowane na folderach zastąpiły ceny o 5-15 tyś funtów niższe.

Bo w mieście, nawet pipidówie jak nasza mieszkać nie chcemy. Chcemy mieć ścieżkę kończącą się w szczerym polu, zarośnięty bluszczem kamienny domek i święty spokój. Maleńkie wioski od jakich roi się cała Anglia to małe cuda świata. Wąziutkie, jednopasmowe uliczki, maleńkie fasady domków, murki i płotki, gdzie nie gdzie pięćsetletni kościółek z historycznym cmentarzem wypełnionym krzyżami celtyckimi i puby. Do tego zielone trawniki i kamienie obrośnięte skalniakami. I TO, tuż za rogiem uliczki:

 

Dobrze mieć Cel. Wstawanie rankiem do pracy nagle przestaje być takim szarym koszmarem. Widać światełko a ponieważ jest o czym myśleć, co planować, jutrzejszy i pojutrzejszy 10 godzinny kierat przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Tym oto optymistycznym…

Kokain

Dar prekognicji czy po prostu życiowy bagaż i to co się z nim wiąże?

Zwykły wpis

Moja Rodzicielka ma życiowego pecha. Dzięki temu widzi świat w kolorach buro-szarych i nad nami wszystkimi przewagę. Nie doświadczenia ale umiejętności doszukania się w każdej miłej kwestii ziarna podstęu i ludzkiej podłości. I choćbym nie wiem jak ją przekonywała, że nie tym razem, że on/ona to osoba godna choćby cienia zaufania, że będzie ok, zawsze maluje mi najczarniejszy obrazek i wiecie co? ZAWSZE MA RACJĘ. Zawsze.
To straszny dar ale i straszne jest żyć przy kimś kto od pierwszego słowa wie, jak dalej potoczy się sprawa.

A więc tak było z naszym, mojego i Susła, wspólnym przyjacielem M. M. był bratnią duszą w każdym calu. Przez ponad rok spędzaliśmy w ciągu doby po kilka godzin na cichych rozmowach o życiu i ludziach, z czasem planowaliśmy wspólną emigrację i zaczęcie wszystkiego od początku, z czystym kontem. Przez cały ten czas Rodzicielka moja krakała za uchem: „Z nim musi być coś nie tak, on jest za miły, takich ludzi nie ma, nie zdarzają się, on wam trzyma nóż w kieszeni”. „Mamo, daj spokój, raz na jakiś czas, zdarza się normalny człowiek, niczego nie planuje, nic nie ma w zamiarze. Już daj spokój.”. Na dwa miesiące przed planowanym wyjazdem- bezczelnie mnie okradł. Tak po prostu, całkiem fizycznie wziął sobie Coś i już. Nie opowiedziałam tego Rodzicielce przez kolejny rok. Kiedy w końcu zdobyłam się na odwagę, opisałam wszystko stąd, przez GG i ojoj, łoch! czego ja się nasłuchałam! W międzyczasie okazało się, że samochód, który od niego kupiliśmy był kradzionym składakiem, z przebitymi numerami.

Potem była FakiJapi. Moja Rodzicielka spotkała ją raz, w dzień jej przylotu na Wyspę. Zdążyła mi tylko szepnąć do ucha, żebym uważała bo to typ, który mości sobie i wije gniazdko na czyś koszt a potem, kiedy przestaniemy być potrzebni, kopnie nas w rzyć i zdechniemy z głodu w powietrzu. Długo lecieliśmy, oj długo.

Potem był Lokator. Nie muszę chyba opisywać co o nim powiedziała moja Mateczka, 1500 km stąd, nigdy człeka na oczy nie widząc. Miała absolutną, stuprocentową rację. Jeszcze po nim zamiatamy.

Miała też rację, o czym słyszałam od lat na temat mojej Truffelki z przyległościami. Ignorowałam, odpierałam zarzuty, te małe i te drobne, przez dwa miesiące ukrywałam fakt, że dołączył do nas Brat. Ale wiedziona przeczuciem, w dzień w którym przyjechał, powiedziałam do Susła: „Kiedy tylko zarobi pierwszego funta, oboje odwrócą się do nas plecami i skończy się 22 letnia przyjaźń, zobaczysz”.

Skończyła się.

W sumie nawet nie wiem czy żałuję. W ciągu ostatnich kilku lat nic innego nie robię, tylko zawodzę się na ludziach. Niedługo, na powitanie będę wybijać zęby i podbijać oczy, żeby było kwita jak już sprawa będzie załatwiona.

To straszne, jacy potrafią być ludzie, kiedy czegoś potrzebują lub czują się od kogoś uzależnieni. To straszne jak naiwni potrafią być ludzie tacy jak ja i Suseł. I głupi.

Taki Suseł. Dobra to duszyczka, naiwna i gotowa do pomocy na każde zawołanie. Nawet wtedy kiedy dostaje kopa w dupę, spuszcza głowę i nie komentuje. Przez prawie trzy lata pobytu tutaj robił komputery za darmo, na ładne oczy. Po pracy, bez jedzenia, zamiast palnąć się w bety i odespać przed następną nocką, ślęczał przy czyimś sprzęcie, dzwonił w różne miejsca, jeździł po mieście na wizyty domowe. Za nic, czasem nawet nie dostawał herbaty. Kolejny znajomi Polacy kupowali komputery, Suseł doradzał części, składał, instalował oprogramowanie i szedł grzecznie do domu. Niedawno dwa razy szedł ze mną o 20:00, kiedy myśli zamarzały w locie do kolegi, któremu nie działał komputer. Dwa tygodznie z rzędu umawiał się na godzinę i całował klamkę. Bo kolega miał go w dupie, wiedział, że poprosi znowu i że Suseł przydrepcze pokornie, bo koledze się nie odmawia. I tak dalej.

Kiedy kupiliśmy samochód i na dobre przypięliśmy rowery do słupka, podniósł się krzyk: „Phi! Po co im samochód, tak świetnie im się jeździ rowerami, nawet nie mają jeszcze prawa jazdy! Terenowy, też mi landara, nawet nie jest srebrny jak nasz.”. Nie znalazł się NIKT kto zechciałby poświęcić Susłowi parę godzin na naukę jazdy. Jedynie Mała Mi, raz wzięła samochód na przejażdżkę, żeby zdiagnozować „przyciężkawość” terenówki i skomentować zakup jako „no faaajny”. Potem jej chłopak pojeździł z Susłem po mieście godzinę. Koniec. A wszycy nasi znajomi mają samochody i prawa jazdy czy to polskie czy to angielskie i jedżdżą od miesięcy, śmiejąc się z naszych bicykli księżycowych. Prawo jazdy ma również Truffel i Brat. Spytajcie mnie ile razy usiedli w fotelu pasażera, żeby pomóc w nauce? No, spytajcie…

Przez dwa lata sprzątałam za wszystkich w około. Każdy nasz współlokator mył jedynie swój kubeczek i talerzyk (a i to nie zawsze) i udawał, że 200m2 mieszkania należy do mnie i Susła. Najpierw sprzątałam za Johna, potem z Robka, potem za FakiJapi i Robka, potem za Lokatora, teraz również za Brata. Przez cały ten czas rónież za Truffla. Oni nie korzystali z łazienki, nie wnosili błota na butach, nie czesali się, nie spadały im na podłgę śmieci i jedzenie. Androidy, psia ich mać.
Dwa tygodnie temu, kiedy zdałam sobie sprawę, że od przyjazdu Bracik an razu nie tańczył z odkurzaczem, nie mył szafek czy wycierał kurzy, moja cierpliwość się skończyła. Do tego doszło osłabienie (chyba mam anemię) i w zeszłym tygodniu powiedziałam: basta! Dwa dni później Truffel zrobiła mi poranną awanturę, że musi umyć podłogę w kuchni. Trzasnęłam drzwiami przy wyściu a po powrocie podłoga była nadal nie umyta. Po kilku miesiącach kupowania oleju, kiedy ostatnia butelka skończyła się, miałam nadzieję, że Rodzeństwo kupi koleją. Po kilku dniach bez oleju, kupiłam swoją butelkę i schowałam w szafce. Okazało się, że Rodzeńswto zrobiło dokładnie to samo. I nie tylko: kupili swój kubeł na śmieci, talerze, sztućce, tace, otwieracz do puszek a nawet ręcznik kuchenny. Nasze wspólnie używane, jeśli nie prane przeze mnie co tydzień, były dla nich zbyt brudne, więc kupili swój i ostentacyjnie powiesili na grzejniczku. Przez dwa lata Truffel kupowała i używała z nami wszystkiego wspólnie, bez problemów i fochów. Zaczęliśmy od kartonu zamiast stołu, po drodze dorobiliśmy się mebli, pierduł i wszytskiego co potrzebne w normalnym domu. A potem przyjechał Brat i gust jej się zmienił. Zgarnęli na kupę co stało na małym stoliku pod ścianą i ustawili jako Ich Stół. Wazon z suszkami jak postawili na podłodze, tak stoi.

I będzie tak stał, po wsze czasy. Czyli do chwili kiedy się wyprowadzimy. Koniec przyjaźni, przewidziany wiele miesięcy temu przez moją Rodzicielkę stał się faktem.

Krótka scenka rodzajowa z użyciem słowa i czynu…

Zwykły wpis

…czyli zacznę od tego, że wyłożyłam dziś karty na stół.

Mój durny szef przyczłapał dziś do mnie z pytaniem:
-A ile to się dziś było na przerwie?
-A godzinę. -czyli dokładnie tyle ile me przysługuje, pomijając dodatkowe pół godziny. Dokładnie tyle ile przysługuje każdemu pracownikowi Firmy niezależnie od wieku ani stanowiska, przy 7 godzinnej zmianie.
-Widzisz, tego…no spodziewamy się po tobie, ze będziesz brała ten, no…najwyżej 20 minut. Możesz?
Krew się zagotowała w Kokaince, wapno się zlasowało i przegrzały mi się nerki.
-…nie.- odpowiedziałam a mała, wewnętrzna Kokainka wsadziła piąstkę do buzi i mocno się ugryzła. Durny Szef nie do końca spodziewał się takiej odpowiedzi, więc chwilę to zajęło zanim zrozumiał co właśnie powiedziałam.
-Nie?
-Nie.
Stał i mrugał sobie na mnie jak wiejski ciołek. I poszłam na całość, co tam piąstka! A co, za wszystkie czasy!
-Spodziewacie się po mnie, że z racji awansu, którego jeszcze nie mam, będę przychodzić wcześniej..
-taaak…
-…wychodzić później…
-…uhm…
-brać krótsze przerwy? Tak?
Przestał potakiwać, za to zaczął spuszczać łeb.
-I codziennie kiedy autoryzuje godziny pracowników wychodzi, że pracuję 30, 40, 50 minut dłużej. Za darmo. Bo te minuty mi się nie liczą do wypłaty!
Durny szef już wąchał kafelki.
-Każdego dnia pracuję więc ok 30 minut dłużej, to jest 2,5 godziny tygodniowo za darmo, w miesiącu więc robię wam prezent na 90 funtów. I mam brać 20 minut przerwy?? To chcesz powiedzieć?
-Ale przecież awansujesz.- zaczął się cichutko bronić.
-Tak, nie wiadomo kiedy a przez tez czas wypełniam obowiązki managera już drugi miesiąc za okrojoną najwyraźniej wypłatę. Są tacy co twierdzą, że nie widzę szerszego obrazu sytuacji, jak Elija. Niech się ze mną zamieni, ja wezmę jego wypłatę, trzy zamrożone alejki bez strat i przecen i jednego-jedynego pracownika (sztuk: 1), a on moją wypłatę, 17 pracowników, 8 alejek, przeceny, straty, zniszczenia, przeterminowany towar i brak szkolenia. Wtedy ja zobaczę Szeroki Obraz Sytuacji a on figę na patyku.
-Ale będziesz managerem.
-Ale jeszcze nie jestem.
-A jak dostaniesz managerskie ubranie?
-?? Ubranie?
-No, koszulę niebieską? Poczujesz się bardziej managerem? Zależy mi na twoim samopoczuciu.

-W DUPĘ SIĘ UGRYŹ KRZYWONOGI FAJFUSIE!- krzyknęła wewnętrzna Kokainka i zmasakrowała mu nos jednym ciosem z półobrotu. Potem stanęła mu na krtani, zaciągnęła krawat trochę ciaśniej i kazała wycharczeć:
-Nie jest satysfakcjonującą opcja którą ci zaproponowałem. Jestem gupi i żałuję że wszedłem ci w drogę. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu i będę starał się unikać twoich półobrotów.

Odpuściłam mu, kiedy zaczął się ślinić i sinieć na pysku.

Nudzi mi się!!

Zwykły wpis

Nudzi!

Dziś na NKlasie zameldowała się Pu. Pu to długa historia ale okropecznie się cieszę, że Pu ma w końcu internet. Bo ile tak można wpisywać „Pu” w wyszukiwarkę i wpisywać i nic nie znajdować? 😀

W pracy, jem glukozowe cukierki. Jestem na haju i przestałam się snuć jak 
ukąszona przez tse-tse. Do tego codziennie łykam garśc przezroczytych kapsułek z olejami z rekinich odbytów, wielorybich łusek i wyciągami z uszu śledzia. Przynajmniej Suseł nie musi mnie spychac rano z łóżka na podłogę, 
żeby uderzenie o podłogę mnie dobudziło. Do tego kupiłam sobie jakiś australijski miód-cud, czysty jak łza, egipskie
remedium na wszystko stosowany już 3000 lat temu. Mam nadzieję, że nie stosowali go do mumifikacji.

I się szprycuję. Chcę wiosny, słonka, ptaków i powiewów. Tutaj, zimą organizm dostaje fioła. 
Powyżej 5*C przez okrągłe 12 miesięcy, zielone trawniki, wiewióry i co raz
to nowe pokolenia polnych królików kicające spod nóg. Nie ma kraczących ponuro wron w mroźne, paskudne poranki, skrobania szyb w samochodzie, kruszenia lodu na kałużach i widoku łabędzi odmrażających dupska w stawie. Na coś takiego mózg reaguje poprawnie- jest zima, zima ma swoje prawa, przyjdzie wiosna, będzie fajnie.
A tu? –jest zima? chyba kpina, to jest zima? to jest wiosna, nie wiosna?, to co to jest??

***
Będę miała piękny szablon na Fototonach. Robiony na zamówienie przez bardzo chętną do współpracy szablonistkę Bloxa. Przez chwilę rozważałam zmianę tapety u Kokainy ale potem stwierdziłam, że bez tych pyszczków paskudnych i kolorystyki nie będzie już to samo. A przynajmniej jest przejrzyście. 9 na 10 blogów masakruje mi dno oka zielonymi literami na czerwonym tle, nadmiarem reklam, okienek, skrótów, opisów facjaty i osobowości, dzieci i zainteresowań. Migoczą jakieś bannery, Tokyo Hotel, sóófka i równanie do środka linijki. Tak nie można. To powinno być zakazane na mocy Konwencji Genewskiej i wciągnięte na listę chorób jako blogopatia dna oka.

***
/leci ścieżka z K-Pax. Ponadczasowo/

Suseł

Zwykły wpis

Niedziela bis

Susłowi śnił się motor z kołdry, o czym dowiedziałam się jak tylko otworzył oczko. Motor był bardzo wygodny, bo miętki i można było podjechać nim na schody…bo nie miał kół. Ciekawe co na taki sen powiedziałby Freud?

Suseł pojechał do sklepu po śniadanie. Wziął telefon na wszelki wypadek. W wyniku wszelkiego wypadku musiałam zadzwonić, żeby kupił też olej. 
Wtedy wyładowała mu się komórka. Po półtorej godzinie już zaczęłam się martwić, kiedy wpadł Suseł z reklamówkami z całkiem innego sklepu niż ten do którego miał jechać. Kręcił się w kółko i trzy razy przegapił skręt do supermarketu bo go nie pilotowałam. 

Suseł zrobił naleśniki. W cztery godziny. W międzyczasie był w sklepie, grał w Quakea, udzielał porad małżeńskich swojej szwagierce przez telefon i palił olej na patelni.

Fajny, taki Suseł. 🙂

Niedzielne pisaneczki

Zwykły wpis

W atmosferze niedzielnego marazmu obejrzałam film o amazońskich mrówkach przywoływanych do walki z termitami przez krótkopalcych szmanów z kolczykami w istotnych otworach, zapoznałam się z hipotezami na temat katastofy Hindenbruga, podziwiałam Jima Jonesa i jego samobójczą sektę oraz tajniki enerdowskiej gospodarki i polityki mieszkalnej tuż przed upadkiem Muru.

W międzyczasie namalowałam obraz olejny, pomazałam spodnie, buzię i podłogę czarną farbą bo malowanie w łóżku to zły pomysł. Ale jestem zadowolona. Jutro pomażę biurko i koszulkę.

Odkryłam prawdziwe jedzenie. Kotlet mielony, bo tak nazywa się ów cud sztuki kulinarnej nie jest taką łatwą sprawą w Anglii. Po pierwsze- nie ma tu bułki tartej. Stare bułki po prostu się wyrzuca a samej bułki po prostu się nie produkuje. A Suseł dodaje zmiętej łapą mokrej suchej bułki do treści kotleta bo bez niego to tylko papa mięsna, jak twierdzi. Po drugie- mięso czy z Morrissona czy T. jest tłuste i cuchnie mi miedzią. W czasie smażenia wołowiny odcina się gęsty, zółto-szary osad a wołowina traci 50% swojej objętości przy odlewaniu „wytopu”. Kotlet mielony jest więc suchy, smakuje jak ssana pięciogroszówka i udaje, że spalenizna to chrupka skórka.

Ale do czasu. German Frikadellen! Prawdziwe, domowe kotlety solidnej niemieckiej produkcji dostępe w opakowaniach po 5 sztuk, gotowe do wgryzienia. Spragnionym dobrego żarcia polecam. 😀

Dziś ani razu nie miałam gastrofazy. Od kilku dni w pracy, jestem głodna co 10 minut. Wracam z lunchu schodami na dół i czuję, że mogłabym od razu zawrócić i zeżreć dwa razy tyle. Ale to nie brzuszek jest głodny, tylko pysk! Głód pyszczany. Kiedy nie chodzę do pracy, obajwy ustępują. Wniosek: nie powinnam chodzić do pracy.

O urokach mieszkania w angielskim bliźniaku tekst długi i złośliwy

Zwykły wpis

Kolejna niedziela i kolejna lekcja z Uczniem. Dziś mały zastrzelił mnie dziecięcą logiką i nauczycielską głupotą w wydaniu pana Walsh.

-Ja już wiem co to jest dzielenie!
-No to dawaj.
-Dzielenie to jest odejmowanie
-…?
-Odejmowanie.- tłumaczy mi jak głupkowi.
-…?!
-No jak masz divide 100 by 10 to o, odejmujesz zero, o- skreśla zero na kartce- …i zostaje 10!
-Acha?- czekam na dalszy wywód.
-No, to jest dzielenie.
-A coś jeszcze się dowiedziałeś od pana Walsha o dzieleniu?
-Nie?
-A podziel mi 20 na 5, tak jak pan Walsh pokazał.
-20:5, skreślam zero…i to jest..2!!
Tu nastąpiła wiązanka słów nieparlamentarnych połączona zgrabnie ze słowami przyjętymi jako słowa obraźliwe, a wszystko to wduszone w toń kubka z herbatą.

-Czy pan Walsh jest głupi?- Uczeń zerka na mnie tymi swoimi koralikami.
-Niee… pan Walsh…eee…zapomina czasem, że uczy ośmiolatków.
-Powiem mu, że jest głupi jak chcesz.

Śpiewają ptaszorki, światło ma inny kolor, przestaje być takie potwornie szaro bure i zaczyna wiać cieplejszym o parę stopni huraganem. W lutym zeszłego roku spadł jeszcze śnieg ale podejrzewam, że w tym roku wiosna przyjdzie nadspodziewanie wcześnie. Albo jeszcze szybciej.

Zaczynamy szukać kandydatów na współokatorów. Nie jawnie i otwarcie ale zaczynamy zastanawiać się co się stanie jeśli Rodzeństwo zbierze manatki i pójdą w świat a nam zostanie 900 funtów czynszu do zapłacenia? O współlokatora którego nie chce się zabić z zimną krwią trudno w dzisiejszych czasach. Wiek akademicki mamy już za sobą i np. rząd puszek po piwie wystawiony przed drzwi dawno przestał być dla nas zabawnym widokiem. Zwalający się o każdej porze kolesie i kolesianki nie będą mile widziani, podobnie jak łupana od rana i zapach starych skarpet. A takie wymagania zawężają pole poszukiwań pozostawiając jedynie kandydatów w wieku mojżeszowym lub pacjentów w śpiączce. Ostatnią rzeczą na którą mam ochotę to wywieszenie ogłoszenia w polskim sklepie i czekanie na telefon od Dr Jekylla i Mr Hyda z pytaniem czy jest u nas cichy stryszek pod laboratorium i czy znajomy Mr Hyde może wpadać czasami wieczorkami pod nieobecność Doktora?

Będą korzystać z telefonu pod naszą nieobecność, zostawiać włączony piekarnik, podkręcać ogrzewanie na maksa lub skręcać do zera, wynosić śmieci co trzeci tydzień i oficjalnie petować faję w popielniczce, którą ustawią sobie na stole w kuchni.

A jeśli opuścimy Zamczysko? Jak już pisałam, wrócimy na jakieś zapyziałe osiedle jak B.Hill i wylądujemy w czymś takim jak pudełko w którym mieszkaliśmy wcześniej. A o tym muszę opowiedzieć choć będzie przydługo i zgryźliwie.

Domek został zaprojektowany dla czterech szczupłych osób lub dla dwóch bardzo grubych o niewielkich wymaganiach ruchowych. Na dole salon 5×6 merów, kuchnia 2×2, kanciapa bez okna z miejscem na lodówkę i kibelek PKP. Schody na piętro kręcone, strome i wąskie. Na górze pokój 2×3, 3×4 i 4×4 oraz łazienka z drugim kibelkiem, schowek na bojler i schowek na odkurzacz. Koniec przestrzeni życiowej.

Drzwi wejściowe z szybą, kórą można było wyjąć, odstawić na bok i wejśc do domu bez włamywania się, okno w kuchni, na poziomie ludzkiej głowy nie zamykało się na klamkę, bo tej brakowało, więc jeden włamywacz mógł wejść przez drzwi, drugi, bardziej wymagający od swojego fachu, przez okno kuchenne.

Kuchnia dzielona pomiędzy sześć osób przypominała kurnik w którym każdy centymetr kwadratowy miejsca wykorzystywany był w pełni a nawet jeszcze intensywniej. Trzy szafki na jedzenie, w każdej jedna półka, blat z mikrofalówką, kuchenka ze starą rybą Johna w piekarniku, blat do krojenia, mini lodówka Johna z piwem i masłem, blat koło zlewozmywaka, dwa krany i parapet. Koniec przestrzeni kulinarnej. Ściany wytapetowane papierem wydrukowanym w kafelki, które kiedyś były różowe ale w czasie naszego okupowania były już tylko tłusto żółte a przy próbie mycia rozpuszczały się i obłaziły ze ścian. Na suficie nie było klosza, muchy i ćmy latały w kółko bez przerwy przez pół roku bo John lubował się w nocnym gotowaniu wody na herbatę przy zapalonym świetle i otwartym oknie. Rano w kuchni było jak u entomologa pod lupą. Na wykładzinie PCV walał się skąpy kawałek odcięty ze starej wykładziny, który można by traktować jako dywanik pod pięte, żeby nie stać na boso ale był tak poklejony żarciem, że przypominał tą podstawkę do herbaty o której była mowa w jednym ze skeczów Monty Pythona. John kochał ten dywanik i girą ciągał go po kuchni tam gdzie zamierzał przystanąć na chwilę żeby zrobić: herbatę, tosta z masłem, rybę lub wziąć piwo. Na tym kończyły się kulinarne zdolności współlokatora. Szczyt smaku i wyrafinowania zagościł w jego kuchni, kiedy na siódmą wprowadziła się jego nowa partnerka. Rysowała smoki, przypominała swój własny szkicownik, taka była wytatuowana i umiała robić frytki i groszek. Groszek gotowała w mikrofalce, w plastikowym pojemniczku jak po śledziach Lisner i nigdy go nie myła. Piana z groszku w postaci zielonego kożucha osadzał się na brzegu pojemnika.
Po zlewem, w schowku na worki stał garnek z olejem. Przez okrągłe pół roku John raz w tygodniu, a niedzielny lunch wytaczał garnek spod zlewu, łowił z niego kawałki jedzenia, które nie trafiły do kubła, łuski z cebuli czy zaślepkę od butelki mleka i stawiał na ogień, żeby zrobić frytki. Przez pół roku w tym samym oleju. Pewnego dnia, Bobek stracił cierpliwość do garnka i wylał go całkiem umyślnie i bezczelnie. Ale ponieważ Bobek, podobnie jak John nie grzeszył inteligencją- wylał go na podłogę. „Żeby się nie wydało, że to ja”. I czekaliśmy aż John zauważy stratę. John olej olał i po trzech dniach musiałam z Trufflem posprzątać. Podłoga już nigdy nie była taka sama.
Okiem nie dało się umyć. Próbowałam kilka razy ale okno przy zlewozmywaku ciągle zapieprzone było tłuszczem i wodą z płynem więc dałam spokój i przestałam walczyć z wiatrakiem. Truffel za to znalazła świetną zabawę i kiedy okno parowało, malowała na nim paluchem niemieckie fragmenty jej poezji śpiewanej.

W kanciapie stały dwie lodówki. Jedna nie działała, druga właśnie się kończyła. Landlord kochał obie miłością Pakistańczyka do sprzętu chłodniczego i nie pozwalał ich wynieść do „ogrodu”.

Ogród. Klepisko otoczone omszałym drewnianym płotem, zresztą wydeptanej trawy i zadeptanych w ziemi skarpetek poprzednich mieszkańców. Poza skarpetkami z klepiska wystawały też stare płyty cd, opakowania po czipsach i butelki po polskim piwie. Na środku zaczarowanego ogrodu leżały cztery cegły z opartą na nich deską, która służyła jako ławka. Nawet gdyby któremuś z nas zachciało by się zejść do ogrodu marzeń, kwitnącego różami i pachnącego bzem, miał do wyboru dwie opcje: usiąść na ławce tyłem do domu, twarzą do omszałego płotu (opcja nudna) lub twarzą do domu (opcja rozrywkowa), bo na parterze, w salonie mieszkał John z Partnerką. Okno i wyjście na ogród miał zawsze otwarte na oścież, rypała z nich muza lub dźwiękiem Ferrari ryczała konsola. No siedź tu człowieku i łap opaleniznę kiedy 2 metry przed twoimi oczami tam i z powrotem łazi John, bez koszulki, brzydząc bladym torsem, rozmazanymi tatuażami i bezzębnym uśmiechem.

Schodziliśmy tam więc tylko, żeby dopompować opony rowerowe albo zmienić dętkę. Nie mogliśmy robić tego przed domem bo nasz sąsiad dzielący z nami bliźniaka wypadał z mieszkania na najcichszy dźwięk klucza rowerowego, śmiech czy rozmowy. I wrzeszczał, że naskarży Landlordowi, że to nie jest miejsce na pogaduchy ze znajomymi. Nasze wejścia dzielił kamien
ny płotek a ponieważ dom był bardzo kizngsajz, przy schylaniu się i szukaniu kluczy w plecaku, siła rzeczy dotykało się pupą płotka, lub stawiało się plecak na płotku, żeby było wygodniej. ŁOOOCH! Jakże Sąsiad kochał ten płotek! Od razu słychać było jak zbiega po schodach w dół, wyrywał drzwi z zawiasów i wrzeszcząc kulturalnie pytał: „Ile fuckin razy mam fuckin powtarzać że ten płotek jest fuckin MÓJ!!!??”. Lubiliśmy się bardzo.

Na piętrze nie było wykładziny tylko paździoch. W pokojach, owszem nie powiem, wykładzina była, nowa, zielona ale ponieważ pokoje były wielkości wybiegu dla chomika, wyłożenie ich wykładziną nie uważam za wielkie osiągnięcie Landlorda. Bojler grzmiał i puszczał parę, czasem iskrzył, czasem strzelał jak armata a wszyscy chowali się z obawy przed wyjściem na korytarz, żeby nie dostać szrapnelem po wybuchniętej tonowej, żeliwnej cysternie.
Nasz pokój miał niezapomniany widok na wieżę ciśnień. Ponieważ Anglicy nie wierzą w mit o piorunochronach co burzę patrzyłam jak w wieżę, (50 metrów od domu) walą pioruny, dziękując, że nasz dom nie stoi w najwyższym punkcie tego pieprzonego wzgórza. W Anglii budynki nie mają piorunochronów bo po co? Dom otoczony był drzewami, które kradły każdy promień słońca i ciepła więc w pojoju było zawsze zimno, ciemno, wilgotnie i roiło się od pająków. Truffla pokój, od ulicy przypominał kajutę bohatera „Solaris” Lema kiedy w iluminator świeciły oba słońca. Dom stał wysoko ponad miasteczkiem, więc słońce podążało sobie po niebie od wschodu do zachodu dokładnie na wprost jej okna, prażąc i rażąc po ślepiach jak supernowa. Ulgę przynosił wieczór.

W łazience podmakające pcv, potłuczona wanna obudowana podmokniętym paździochem, zamiast półki na kosmetyki- parapet. I ciągłe schodzenie za dół i szukanie szamponu w trawie przed domem. Pełno pająków, biedronek i takich małych owadków- przecinków, których nigdy nie widziałam w Polsce. Tutaj już drugie lato uprzykrza okres lęgowy tego świństwa. Pojawiają się z godziny na godzinę, dosłownie wszędzie. W tysiącach sztuk. Są tak małe, że wydają się paproszkiem, drobinką ale po uważnym przyjrzeniu się okazują się małą wszopodobną kreaturą, która wciska się absolutnie wszędzie. W tym roku kupiłam na karbudzie mapę naszego okręgu z połowy XIX wieku, za szkłem i musiałam wszystko rozłożyć na części bo pod szybę dostał się kiedyś milion tych gówienek, gdzie pozdychały i potworzyły okrągłe plamki. Jedna z tych kreatur wlazła nam do monitora, między powierzchnię zewnętrzną a wyświetlacz LCD i zdechła. Wygląda jak 10 przepalonych punktów na ekranie. Mnożą się tak dwa tygodnie, nie zdychają pod wpływej perswazji Rajda na owady a potem zdychają same, znowu w liczbie tysięcy i tydzień trzeba było chodzić ze szmatą i je zbierać.

Za pokój 4×4 z dostępem do kuchni i łazienki płaciliśmy 280 funtów miesięcznie na głowę. Plus rachunki za wiecznie włączony i zapomniany piekarnik Johna czy jego wieżę, która włączała się sama pod jego nieobecność i ryczała muzą przez dwa dni, dopóki nie wrócił „z ksiutów”.

Koszmar takiego mieszkania prześladuje mnie po nocach od kiedy Rodzeństwo postanowiło się usamodzielnić i płacić więcej za mniej. Może to jakaś nowa ekonomia? Minimalistyczna? Może przystąpili do jakiejś sekty handlarzy nieruchomości są przekonani, że mieszkanie w nadmetrażu, ciszy, spokoju jest występkiem grzesznym i niewybaczalnym? Może tęsknią za niedzielną lodziarką i yorkiem sąsiadów? Może brak im sąsiada, który nie wie o czym rozmawiają we własnej kuchni tylko dlatego, że nie zna polskiego, bo akustykę i przepuszczalność ścian ma świetną.

No, to ponarzekałam sobie.

Niedziela upływa bez hasła i myśli przewodniej. Włączę sobie Discovery i obejrzę powtórkę z wczorajszego filmu o mumiach i piramidach a potem o najlepszych czołgach II WŚ. To bardzo pobudzające i pożyteczne zajęcie. Oglądać Discovery w kółko, żeby sprawdzać czy przypadkiem nie zmienili ramówki, dranie.

Pilot w łapę i pa. :*

200 głosów na raz i cięcie komara

Zwykły wpis

Dziś rano wstałam przymulona jak wczoraj i przedwczoraj. Modląc się nad ćwiartką kromki chlebka odpaliłam komputer, żeby sprawdzić czy już leci ku nam Wielki Kamień. Nic nie napisali więc zerknęłam do skrzynki i … otworzyłam maila od R. z Londynu. Piękniejszego i cieplejszego maila jeszcze nie dostałam i jeśli ktoś tu komuś uleczył Smutka, to z pewnością R. mojego. Stałam się więc muzą samotnie obchodzącego swoje urodziny emigranta rzuconego w środek zmartwień i stękających na niedolę rodaków. Przeczytałam maila Susłowi, który powiedział: „Widzisz Koka, w Konkursie ten głos wyglądałby jak „jedynka” czy „dwójka”. A tak masz opowieść, która jest warta 200 głosów Plusa.” I do tego też wniosku doszłam- wiem, że jest Was wielu, Czytelnicy, ale jeśli choć jednemu z Was będę poprawiać humor, przeganiać smutki lub pokazywać świat z innej perspektywy, niech odbywają się setki Konkursów naraz, nie dbam o to. O to w tym chyba chodzi, nie? A potem zakręciła mi się łezka w oku ze szczęścia, w drodze do pracy puściłam Rammcioszków na cały regulator i cały dzień wyglądał całkiem inaczej. Dziękuję Ci R. i Tobie Marto za sesemeska.

/Kokainka chwyta ofiary i tuli z całych sił do matczynej piersi/

Nie mogłam się doczekać powrotu do domu, żeby podziękować na łamach ale teraz muszę uciąć komara bo mam wizje i haluny ze zmęczenia.

.be back…

Klucz to sukcesu w handlu, co może dać ci Tom Cruise i boli mnie, o tu.

Zwykły wpis

Zdjęłam banner Konkursu.

***

Mój szef to debil i z każdym tygodniem mu się pogarsza. Siał błyskawice i zionął jadem przez dwa tygodnie, kiedy nasze straty sięgały 300 funtów dziennie. To rozumiałam bo firma ma przynosić dochód a nie wyrzucać wory towaru do zsypu. Stanęłam na rzęsach i straty spadły do 40 funtów dziennie, co jest wielkim osiągnięciem jeśli sobie uświadomicie, że mam na półkach, pod opieką 27 000 produktów. Każdy w ilości ok 20-30 sztuk.
Teraz czepia się przecen. Towar, który umykał naszej uwadze (tak ładnie nazwane pieprzenia roboty) teraz jest przeceniony i leży czekając na łowców obniżek. Zasada jest prosta jak na nowojorskiej giełdze: nawet za 1 pensa ale sprzedaj. Niech chociaż starczy na waciki

-Za dużo przecen!
-Jak za dużo? Ludzie nie kupują to trzeba przecenić bo jutro pójdzie w śmieci!
-Za dużo! Tnij po dostawie.
-Nie mogę ciąć jeszcze bardziej bo w poniedziałek będę miała puste półki! I tak zamawiamy jedno pudełko na trzy dni. To jest badziew i nikt tego nie chce.
-Zrób coś.

Wiem, będę wrzucać po pudełku badziewia do koszyków zagadanych klientów. Taka promocja. Ja coś robię, badziew się sprzedaje a wina schodzi na dzieciary, które pakują do wózków co popadnie.

Mój szef jest debilem, ale byłby fantastycznym scjentologiem. Wydaje mu się, że telepatia, lewitacja i klonowanie pracowników to klucz do sukcesu w handlu, podobnie jak Tom Cruise wierzy, że jako scjentolog jest jedyną osobą zdolną pomóc ofiarom wypadków samochodowych i ma zdolność kształtować nowe, lepsze rzeczywistości.
Od kilku dni aż trzęsie się ziemia od plotek na temat filmiku na Utubce w którym Cruise zdradza tajniki bycia scjentologiem, rży niekontrolowanie jak koń i marszczy brew w spojrzeniu od którego Niewiernym Ciarki Idą Po Plecach. Coś się chłopu stało z deklem i to coś więcej niż Lindzie Evans, która parę lat temu za namową kościoła kąpała się w końskim łajnie, żeby sięgnąć Prawdy o Wszechświecie. Jeden z wiernych odzyskał swoje wspomnienia z poprzednich wcieleń podczas sesji audytowania. Wśród nich był romans z robotem udającym piękną, rudowłosą dziewczynę, bycie przejechanym przez walec drogowy kierowany przez marsjańskiego biskupa, zmiana w międzygalaktycznego morsa, który zginął spadając z latającego talerza oraz życie jako „bardzo szczęśliwa istota, która mieszkała na planecie Nostra 23 064 000 000 lat temu”.
Z tymi rzeczywistościami Cruisa to nieźle się zapowiada ale chyba skończy się na hollywoodzkim trailerze w stylu:

Męski, zachrypnięty głos w tle:

… tego lata… /błysk gęby Cruisa/
… przekroczycie granicę… /błysk słupka granicznego/
… niewyobrażalnego… /Cruise zatrzymuje się przy ofierze kraksy/
… jedyny człowiek… /znowu Cruise/
… który może pomóc…

/Cruise pochyla się nad krwawiącą z nosa kobietą rozciągniętą na asfalcie i mówi:
-Mam kilka nowych, lepszych rzeczywistości do zaproponowania. Np…Hawaje! Byłoby Pani ładnie w kwiatach z tą czerwienią na twarzy!
Kobieta wyłupia się na Cruisa i puszcza bańki z nosa.
-Albo, weekend z Paris Hilton? Jestem scjentystą, mam Możliwości.
Kobieta wywraca oczy białkami do przodu a Cruise mruczy:
-Widzę, że nie mamy o czym rozmawiać.

Powraca głos w tle:
… dar, którego nie warto odrzucać…
… pomyśl czy nie byłoby ci do twarzy w hawajskiej koszuli?…
… nie przegap…
… Tego nie zobaczysz w kinie.

Nornica Pikczers

***

A tak pomimo głowy, w ogóle Kokainka słabi i niedomaga. Mam wrażenie, że kurczę się w środku i robię się coraz mniejsza. Najchętniej usiadłabym gdzieś na zydelku i nie wstawała. Przerwy zrobiły się niemiłosiernie krótkie bo nie mam wrażenia, że odpoczywam. Budzę się wypompowana, zmęczona, nie mam siły jeść a potem szukam wokół cuksa. :)W czasie powrotu do domu siedzę w foteliku jak gumowa lala z dziurką w stopie. Kręci mi się w głowie, szumi, robi mi się słabowato co rusz…no jakiś koszmar. Dziś wytoczyłam baterię Centrów i piguł z wyciągiem ze szczęki rekina ale coś mi się w tym nie podoba.

Starzeję się, jeszcze trochę zaczną brać z mojej półki, jak mawiał mój Tato.