Monthly Archives: Listopad 2009

Świątecznie i Majowo

Zwykły wpis

Moje kieszenie są pełne notatek. Postanowiłam zapisywać sobie wszystko o czym warto by Wam napisać, kieszenie pękają…. a ja po powrocie z pracy maluję kuchnię. W łazience nadal czeka jedna ściana a ja wzięłam się za kuchnię. Łazienka czeka bo Kokainka umyśliła sobie cud natury i od tygodnia tłucze pustą dyńką w ścianę bo nie wie co dalej.

A było tak… Kokainka poszła na kasy na pół godzinki. Do taśmy podpłynęła pani słusznej posturki i wyłożyła biustonosz w kolorze nieba o rozmiarze N (Nieprawdopodobnieobszernościowy). Używając obu rąk, Kokainka przeciągnęła biustonosz nad skanerem…. i zamarła. Bo na (sporej wielkości kartonie) tekturce reklamującej produkt wydrukowali Kokaince wzór do łazienki. Taki wymarzony i wyśniony. Sprytna Kokainka spytała więc szybciutko czy przypadkiem nie chce zostawić wieszaka w sklepie i na co Pani Obszerna zgodziła się chętnie i już po chwili Kokainka pobiegła do szafki na górę, schować swój cud przez pożądliwymi oczami innych.

A w czym problem? Na czarnym, matowym tle nadrukowali wzorek czarnym, błyszczącym lakierem, więc ani skaner ani aparat nie dadzą mu rady. Więc od tygodnia chodzę i myślę jak przetrasportować wzór do Corela, powiększyć, wydrukować na giga formacie, wyciąć, nakleić na grubaśny karton, pomalować i przykleić na ścianę. Jak widzicie, wszystko mam obmyślone, prócz jednego kroku. 😦

Tymczasem, przy okazji malowania kuchni odkryliśmy kolonie i kultury obcych, gromadzące się na ścianie za narożnikiem. Jakoś tak sprytnie dosunęliśmy mebel do rogu, że naturalna wilgoć kuchni zbierała się na regipsie aż zainteresowali się nim kosmici. Dziś eksterminowaliśmy więc kosmitów Domestosem i opalarką, zamienialiśmy drzwi, skrobaliśmy framugę, malowaliśmy ściany, szpachlowaliśmy, szlifowaliśmy… idą Święta. Jedni myją okna, inni rysują po ścianach wzorki.

Suseł odbił lufcik, który zamalował poprzedni właściciel i teraz wilgoć z gotowania pójdzie w niebo.

Przy okazji oczywiście- pozdrowienia dla poprzedniego właściciela, którego wiecznie żywy duch partacza nadal towarzyszy nam na każdym kroku. Dziś lufcik, wczoraj drzwi od boilera, jutro pewnie się okaże, że dom stoi na starym indiańskim cmentarzysku. Dzięki Bogu, to tylko upierdliwości, żadne poważne wady.

***

Święta uważam więc za zainaugurowane. A już na pewno w pracy. Noszę na piersi kiść dzwoneczków na złotych wstążkach i całymi dniami podryguję i kręcem nadwoziem w takt świątecznopodobnych pieśni, którymi raczy nas TESCOwy głośnik. Piewrsze dwa tygodnie doprowadzały mnie do szału, teraz odnajduję perwersyjną przyjemność w upajaniu się hitami takimi jak np ten.

A więc stoję sobie na wysokiej drabinie, spoglądam na sklep z bardzo wysoka i wtóruję „kolędzie” RAP PA PA PAM!!!!

Mam też przemyślenia. George Michael ma poważny problem i już czwart rok z rzędu przekonuję się, że jest gwiazdą na taką skalę, że aż nmikt nie ma sumienia powiedzieć mu że każdego roku robi z siebie ofiarę losu.

Last Christmas, I gave you my heart
But the very next day, You gave it away
This year, to save me from tears
I’ll give it to someone special

Wnioskując z jego słów ma poważne problemy w kwestiach inwestycyjnych. Raz po razie decyduje się na zamrożenie swoich ruchomości na niepewnej lokacie a po odniesionej porażce, wyszukuje na rynku kolejną i obiecuje akcjonariuszom, że tym razem to traf w dziesiątkę.

Kiedy wysnułam tą teorię, Joe zaproponował lepszą: ktoś powiedział Georgowi Michaelowi, że karta dawcy organów jest trendy i na topie, więc popłynął w temacie na całego. Nie doczytał jednak drobnego druku a i nikt mu nie powiedział , że przy przeszczepach w grę wchodzą odrzuty lub niezgodności tkankowe, oraz, że raz podarowany organ jest tak jakby bezużyteczny. A już na pewno po roku trzymania w lodówce.

Podsumowując: NIENAWIDZĘ TEJ PIOSENKI!!!!!! i zawsze nienawidziłam. Tym bardziej, że z jakiegoś chorego powodu Anglicy uważają ją za kolędę (sic!) i puszczają tę parszywiuchę na jednej liście z Nat King Cole’m i jego „Christmas Songiem”.

***
Napisałam do Cejrowskiego po tym jak skończyłam jego książkę. Automat odpisał, że WC jest w Meksyku, podał datę powrotu, więc czekam.

***
***

MAJA. 😀

Maja to dziecko natury. Maję trzeba poddawać kompletnej biologicznej odnowie po każdym spacerze, bo lezie w każde błoto jakie widzi i zanim uda się dobiec, wkłada w nie rączki albo kijaszka, albo placka bucikami… Rzuca się pleckami na mokrą, jesienną trawę i robi : „Uaaaaaa……” z przyjemnością taką jakby kładła się na pościel z jedwabiu. Ze spaceru wraca więc mokra, z butami i nogawkami w błocie, z rękawiczkami w błocie, z kijaszkiem w rączce, zimnymi polikami i jest bardzo nieszczęśliwa z powodu końca spaceru. Aha, specjalizuje się w robieniu Halloween przez cały rok, czyli podchodzi i wali ludziom piąstkami do drzwi.

Maja nadal je prawie tylko brokuły. Rano jajeczka dwa, parówka i chlebek z serkiem albo omlet z serkiem i parówką (choć składniki te same, przynajmniej inaczej wygląda), potem jabłko (całe, nieobrane broń Boże) a na obiadek makaron świderki i brokuł. Piszę jeden brokuł (sztuk raz) bo zjada CAŁEGO na posiedzenie, popychając nowym kwiatkiem poprzedniego. A makaron sam, żadnego sosku! Rozsmakowała się również w kisielku a serki homogenizowane je 4 na raz. Ogląda bajkę i łazi od telewizora do sofy na kolejną łychę aż opróżni cztery kubeczki.

Maja nie jest gruba, choć jest pulchna. W porównaiu z angielskimi chucherkami w jej wieku jest ten tego, jakby dużawa. Ale niezależnie od tego co je i na co ma ochotę, na wzrost nie mamy wpływu. I tu właśnie leży problem. Bo Maja waży 15kg. A powinna 10,5kg. Tyle to ważyła w 6 miesiącu życia, choć jeszcze wtedy mieściła się w tabelkach. Teraz już się nie mieści. Wszystko dlatego, że jest wyższa od 97% dziewczynek w jej wieku (damy-czytelniczki wiedzą co to siatka centylowa) i choć ma 15 miesięcy, ubranka 18-24 msc pasują na nią na styk. Zaledwie. Wczoraj kupiliśmy 10 par nowych body i okazało się, że o zapasie centymetrów można pomarzyć. Pasują ślicznie ale na dwulatkę. I jakąś inną. Strach się bać co będzie dalej.

Maja mówi językiem plemienia Gołapupa i doskonale ją rozumiemy. Język jest kompletnie chaotyczny, składa się z niekończących się wiązanek sylab jak: A kabaka baka maka! Ale sposób w jaki Maja je z siebie wyrzuca nie daje najmniejszych wątpliwości co do intencji. Jeśli akurat grozi paluszkiem, to znaczy, że ma ci coś bardzo ważnego do zakomunikowania i spodziewa się, że przyłączysz się do dyskusji, przyznasz rację i okażesz skruchę. Jeśli ciągnie cię za rękę do jakiegoś przedmiotu i używając tych samych słów, kładzie ci rękę na tym czymś, znaczy to, że masz jej to otworzyć lub zamknąć (zależnie od sytuacji). Jeśli pokazuje ca coś paluszkiem sama, masz użyć rzeczownika, który co prawda nic jej nie powie na temat tej rzeczy ale nie każdy musi o tym wiedzieć. A więc pyta o wszystko: pokrywka, obieraczka, koperta, karta płatnicza, ładowarka, spinka, śrubokręt… Każde słowo jest równie ważne. Cioto? Cioto?

Maja nadal kocha książeczki. Zaryzykowaliśmy i dostała do oglądania książeczki o Tygrysku i Kubusiu, od Cioci, z prawdziwymi kartkami i nie podarła ani jednej. Kiedy znudzi ją bajka, idzie w kącik, wyciąga książeczki z półki, siedzi i kartkuje. Ale książkę telefonic
zną rozniosła w strzępy. I je swoje kredki świecowe lub raczej ostrzy je przez obróbke skrawaniem.

Maja uczy się kochać. I to chyba najważniejsze z całego postu. 😀 Maja tuli się do nóg kiedy tylko wchodzi się do salonu z kuchni. Podbiega i wtula nos między nogi, obejmuje rączkami i tuli aż tamuje krwi obieg. I całuje. Co chwila odrywa się od zabawy, podłazi na zmianę to do mnie, to do Susła i daje buzi. A potem sobie idzie. Tuli też misie i lale i Bostonka. A jak nie ma co tulić, obejmuje się ramionkami i mówi : „Aaaa!” kołysząc na boki. Jeśli chodzi o Bostonka, kładzie się obok niego na podłodze, z główką blisko pyska i całuje w nos. FUJ! Bawi się z psem jak równym sobie. Ucieka z piskiem póki jest gdzie a potem goni z piskiem, póki Boston ma gdzie uciekać. I tak w kółko po kuchni. Daje mu do pyska łopatkę i prowadzi za sobą a potem się zamieniają. Problem pojawia się kiedy Maja przynosi mu książeczkę. 😦

Maja i jej kochanie nie kończy się nawet kiedy zasypia. Obejmuję rączkami za szyję, przytula policzek do policzka i nie puści! póki nie zaśnie na amen. Albo jedną rączką mizia sobie we włoskach, drugą mnie. Czesze Tatusia grzebieniem i karmi własnym jabłuszkiem.

Dziecko zakochuje się na całego powoli i nieodczuwalnie aż wszystko wybucha pewnego dnia jak fajerwerki. A my mamy fory, bo kochamy je przecież na długo przed tym zanim się urodzi. I długo trzeba czekać na cień czułości ze strony Dzidzi. Ale jedno objęci łapkami za szyję i przytulenie się rekompensuje te wszystkie miesiące oczekiwania i odpłaca jak nic innego na świecie.

I tym oto łzawym akcentem… dobranoc.

Reklamy

Retrospekcje czyli walentynkowy luty 2005 i sesja w toku

Zwykły wpis

Zima zrobiła szoł. Wyszła rano a tu śnieguś flajusiaaaa! Po 30 minutach czekania na przystanku potupałam na inny przystanek. A tu tramwaj jak marzenie właśnie stoi na przystanku. Biegusiem wpadam i cieszę michę bo jest szansa, że nie spóźnię się do roboty. Lecz ten tramwaj nie odjechał z przystanku. Tory były tak zasypane śniegiem, że motorniczy z jakimś pasażerem yyych… yyy.. i nie przestawili zwrotnicy. Więc zostało mi tuptanko po śniegu. Wyglądałam jak misiu z plątającymi się nóziami, wracający z nocnej imprezki. Śpiewałam sobie całą drogę jakieś przyśpiewki i nutki przedziwne. Rozdziewiczałam śnieżne poletka których nikt jeszcze nie zdążył zadeptać…

Tupu tupu i spóźniłam się 30 minut. Fajnie bo i tak byłam jedną z pierwszych w robocie.

Jestem chora, nie mam termometru ale skali by zabrakło. Czuję jakbym zapadała w letarg. Żadnego ruchu, nie mówcie do mnie, zasłońcie zasłonę, ciii…….Misiek dzwonił z roboty, niby nic się nie stało, że nie przyszłam dziś na dodatkową fuchę ale….ktoś tam jak był chory to przychodził…ble ble ble. Życie i zdrowie jest jedno a komu jest potrzebny pracownik z zapaleniem płuc? No bo musiałabym wyjść z domu o 23:00 (niedziela), na dworze -8*C, żeby dotrzeć tam na 00:00 (sic!), całą noc ozdabiać salę na Walentynki… Po trzech godzinach snu wstać i wrócić tam (poniedziałek), na 8:00 żeby stać na zmianie do 15:00 we wtorek.
A przy okazji Walentynki gó..o mnie obchodzą bo nawet nie mogę ich spędzić tak jak bym chciała. Od 4 lat nie spędziliśmy Walentynek razem bo zawsze jesteśmy tego dnia w Firmie potrzebni.
W tym roku postanowili chyba, że potrzebują mnie 36 godzin a potem mogę sobie dostać zapalenia płuc- bylebym przychodziła do pracy oczywiście!
Wrrrrrr….! Jeszcze trochę machnę łapą na awans i wybiorę ścieżkę prawdziwej kariery. Nie mam zamiaru, w przyszłości tak jak G. trwać na posterunku tak długo aż mnie Pogotowie wyniesie tylnymi drzwiami na podtrzymanie ciąży. Nie jestem oczywiście w ciąży ale kto wie jak wyglądać będzie moja praca w tej Firmie za 2,3 lata?
Wracam do betów. Mam wyzdrowieć do jutra do godziny 18:00! Żeby usługiwać Zakochanym Parom Idiotów z gorączką. A może to ja jestem Idiotką?

Walentynki

Wczorajszy dzień to katastrofa na skalę miasta. Nasuwają mi się trzy wnioski:
a) była pełnia- odrzucony bo nie było pełni
b) wypuścili wszystkich wariatów na przepustki- odrzucony bo nikt nie biegał po ulicach w białych kaftanach
c) stan zakochania wiąże się z permanentnym i totalnym zidioceniem- teoria przyjęta, są na to dowody:

Dowód nr 1 Instynkt stadny
Zakochane parki zamiast siedzieć i miziać się w domu, w deszczu, pizgawicy niemiłosiernej wystawali w ogonku jak za mięsem, nawet godzinę, żeby dostać się do Restauracji i zjeść coś ohydnego

Dowód nr 2 Kobiety nie kochają róż
Facet kupuje różę, ona acha i ocha i olewa ją zostawiając w najbliższym lokalu na stole. Wszystkie dziewuchy przyniosły wczoraj do domu naręcza kwiatów skompletowane z tego co przyniosły i porzuciły wczoraj Niunie i Słoneczka i Żabcie.

Dowód nr 3 Testosteron
Podejrzewam, że 14 lutego każdego roku poziom testosteronu we krwi facetów osiąga poziom krytyczny. Faceci przepychają się, dziabią łokciami, furkają na współtowarzyszy kolejki, robią pokazowe awantury jednocześnie osłaniając plecami Niunie, które obserwując  poczynania swoich samców miziają się różami w okolicy nosów.

Dowód nr 4 Awantury
Facetom wydaje się, że jeżeli zrobią awanturę kelnerom, wezwą Kierownika Sali, będą żądali satysfakcji na zewnątrz- ich Słoneczka pomyślą, że dostąpiły zaszczytu usidlenia najbardziej odważnego, bohaterskiego i opiekuńczego samca w okolicy. W rezultacie Panowie robią z siebie totalnych idiotów na których z irytacją patrzy cała sala. A na Niunie z zachwytem.

Dowód nr 5 Nie masz wyglądu, miej kasę
Osobnik o wyglądzie Nijakim (Kijem, przez szmatę z dwudziestu metrów żadna nie chciałaby go tknąć) wydzierał z portfela po 100 zł coraz głośniej żądając stolika i Kierownika Sali. Kiedy dotarł do 400 zł, zwolnił się akurat jeden stolik. Podczas wizyty  zażądał kiści balonów w kolorze kurwisto-krwistym bo „moja Partnerka zasługuje na to co najlepsze”. Zaoferował 350 złotych. Kelnerka (mądra dziewczyna) wytargowała 10 zł i przyniosła my 40 balonów na sznurku. Cieszył się jak dziecko. Zostawił 20 groszy napiwku i ciągnąc rozanieloną pannę za rękę pewnie wrócił do domu, żeby skonsumować związek.

Dowód nr 6 W Walentynki publiczny sex jest ok
Właściwie, gdyby pogasić światła na sali i zostawić ich samych przy stolikach, na bank ktoś musiałby płacić alimenty. Jakichkolwiek określeń bym nie użyła- wiecie o co chodzi. Biedne, wygniecione, ściskane, wymacane dziewczęta poprawiające włosy, panowie obciągający koszulki, prostujący rozpaćkane krawaty- po wspólnym pobycie w toalecie trzeba wyglądać jak ludzie….
W sumie dantejskie sceny.

Wróciłam do domu po 10 godzinach pracy i pacłam się spać o 5:00. Moja Walentynka po 12 godzinach pracy cichutko pochrapywała obok. Bez pokrzykiwań, demonstracji siły i uroku, kwiecistych bzdetów, balonowych absurdów. Dostałam od Misia koszulkę na którą naprasował w pracy zdjęcie Borga z podpisem „We are the Borg, resistane is futile, You will be assimilated” (tłum. Jesteśmy Borg, opór jest daremny, zostaniesz zasymilowany.). Kto zna Star Trek wie o co chodzi. Kto nie zna, na swój star-trekowo-science-fictionowy sposób tekst jest baaardzo romantyczny.

Truteń

Płacą mi te 5,70 za godzinę a ja co? Cały dzień: bujałam się na piętkach, spałam na stojąco, wyżerałam rurki do deserów, robiłam sobie filiżankę za filiżanką ciepłego mleka z czekoladą, orzeszkami i bakaliami….Truteń! Pogadałam, popierniczyłam farmazony, popodpierałam się na łapie…poopowiadałam to i tamto…Potem zjadłam kluchy z pomidorami i oto jestem z domu. 3:00 w nocy. Czy będzie to oryginalne jeśli powiem, że wynudzona jestem i spać mi się chce?

Brian

Popłakałam się wczoraj trzy razy. Tyle razy złapałam na różnych kanałach TV wiadomość o małym, siedmioletnim Brianku, który umarł w szpitalu po 4 dniach walki o życie. Uratował od śmierci wiele osób, dostanie pośmiertny medal za odwagę, rodzice oddali jego organy do przeszczepów… a ile z tego dla niego samego? … Będę pamiętać jego przerażony głosik puszczany w Wiadomościach: „Psyjezdzajcie, u mnie się pali, w mieskaniu!” Taki malutki, taki przerażony i taki odważny. I tylko tyle dla niego.

Syndrom opadających powiek

Nie chce mi się już nawet myśleć o tym, co jeszcze głupiego wymyślili dziś nasi Klienci. Wolę myśleć, że jest 3:39 nad ranem a ja zaraz legnę w pozycji horyzontalnej i odpłynę w niebyt. A rano zaczne się przygotowywać do ostatniego (oprócz magisterki) egzaminu ustnego w życiu. Usłyszałam dzisiaj, że wyglądam jak: Kurczak, Kaczuszka, Robaczek Świętojański. Co cholipka, Dzień Sympatii dla drobiu i robactwa? Chyba muszę zmienić fryz, bo z tym kurczaczkiem to nie pierwszy raz się zdarza. ………Dobra, złapałam się na tym, że ostatnie 5 minut wpatrywałam się tępo w ekran. Ślinię się mentalnie. Koniec.

Egzamin

Mam w mózgu kaszę Krupczatkę. Dwa dni przygotowywałam się do egzaminu z 3 semestrów. Niby nie dużo, niby nie trudne, ble ble ble. Jedyne dostępne na naszym roku notatki pochodzą od półanalfabetki, więc jest dobrze 🙂 Wszyscy trzęsą portami, panikuja na GG, zmieniają opisy z histerycznych na katastrofalne.
Jest nas na roku 11 osób. To szansa, że każdego z nas K. przemagluje aż do żeber. A jak mu się skończy cierpliwość i tematy ogólne to zacznie „zapierdalać po szczegółach”.
I tu wchodzę ja i S., bo aż o 14:00. Wybrałam S. na swoją parę bo już nie raz zdawałam z nim ustnie i wiem jedno: czegokolwiek bym nie powiedziała i tak jest to mądrzejsze od tego co on powie. Robi z siebie pawiana, np:
-Zebry są w kratkę.
-Co? co? Jakie są?,
-A co ja powiedziałem?,
-Powiedział Pan, że zebry są w kratke…,
-Nieeee, wogóle nie to chciałem powiedzieć, co ja chciałem powiedzieć?… aha! że zebry NIE są w kratkę!.
Ja próbuje się nie śmiać, S. ma śmiertelnie poważną minę, egzaminator traci wątek. S. zaczyna budować napięcie od początku: -No to co ja mówiłem… zgubiłem się…. itd itd. Grunt to wejść na egzamin z idiotą. 🙂
To nasz ostatni egzamin przed magisterką za kilka miesięcy. Już nic mądrego nas nie nauczą, teraz wszystko zależy od nas. Jessooooo, straszne! Od miesiąca moja magisterka stoi w polu i robi za stracha na wróble. Ale pocieszam się, minęło 6 miesięcy, każdy ma 3/4 roboty gotowe a W. nadal zastanawia się czy nie zmienić tematu. To dopiero kretyn! Poświęca się pracy. W czerwcu powinien zostać magistrem i podjąć pracę w swojej firmie legalnie- z tytułem. A tym czasem nie zrobił jeszczenic, żeby go zdobyć. Jak się okaże, że nie zrobił magisterki to go wywalą na zbity pysk. Jak mu to tłumaczę to twierdzi, że go tam kochają i się z nim nie rozstaną. A jak przyjdzie magister ze świeżym dyplomemi tą samą widzą to kogo wybiorą? no, kogo? Aha! nie W.! Jego sprawa.

Idę, zrobię jakąś herbatkę, żeby te motylki z brzucha przegonić bo dziwnie mi jakoś…

Słonko znowu zagląda do pokoju i wiecie co? Ptaszorki ćwierkają na drzewie bardziej wiosennie niż wczoraj….wioooosna.

Redakcja map i atlasów – 5,0!!

Tak, tak, jestem genialna, dziękuję…Przy okazji ostatniego ustnego egzaminu sesyjnego w życiu odkryłam złota zasadę powodzenia na wszystkich egzaminach….:NAUCZYĆ SIĘ!
Prawda jakie to proste?…Dwa dni siedzenia i już ferie. No tak …te niestety potrwają tylko do jutra do godziny 16:00 ale zawsze to coś. Idę ściągnąć białą koszulę bo mi szyję odetnie…


Uczciwa konkurencja

W mojej bramie Internet dostarcza firma A. Profesjonalna grupa młodych ludzi, studentów Politechniki jest na każde zawołanie. Sami przyjeżdzają zanim się człowiek zorientuje, że coś szwankuje w sieci. Smpatyczni, szybcy i co najważniejsze- znają się na swojej robocie. Placimy tylko 36 zł miesięcznie.
Wczoraj przyszli panowie z firmy Generation, czy jakoś tak i poprosili o klucz do strychu, żeby rozpocząć montowanie nowej sieci w budynku, dla chętnych, którzy dotąd nie podłączyli się do A. Poszurali, pobrzęczeli i poszli oddając klucz.
Wieczorem, ok godziny 22:00 najpierw siadło łącze na kompku drugim pokoju, potem i nasz Hal stracił połączenie. Switch świecił tępo, nie dało nic resetowanie, wyłączanie korków. Nic, null,zero.
Rano, o godzinie 8:00-sami- przyjechali chłopcy z A. I co się okazało?
Panowie z konkurencyjnej firmy internetowej otworzyli sobie w południe klapę od dachu, zamknęli drzwi do strych
u na klucz i grzecznie go nam oddali. W nocy przyszli z drugiej bramy dachem, wleźli na strych gdzie poprzecinali wszystkie kable, wypruli je ze ścian i potłukli wszystkie switche i bebechy ze skrzynki, którą otworzyli łomem jakimś. Wynieśli się tak jak przyszli- dziurą w dachu.

Okazało się że firma Generation czy jak jej tam robi takie wałki wszystkim firmom internetowym na jakie się natknie. Potrafią bez wiedzy i zgody użytkownika przełączyć go do swojej sieci i zarzucać go fakturami. Jak się coś zepsuje to przyjeżdżają po tygodniu.
Panowie z Generacji przyszli jak gdyby nigdy nic po klucz do strychu. Przy okazji zapytali czy nie chcielibyśmy Internety w ich sieci. Jaaasne…..
Mama spuściła ich ze schodów. Zaproponowała, żeby znowu weszli sobie przez dach ( tutaj Panom szczęki opadły). Poinformowała Panów, że sprawa demolki sieci została zgłoszona na Policję. Nawet się nie awanturowali. W milczeniu poszli sobie nawet nie komentując.
Machamy im łapką.
Ciekawe jak zamierzają wejść do budynku z kablami. Chyba zostaje im podkop pod piwnicami. Na zdrowie.
      

Styczeń Roku Pańskiego 2005 czyli Retrospekcje

Zwykły wpis

A więc na Retrospekcje czas nadszedł. Wstępnie umawiamy się na piątki,choć nie gwarantuję, że publikacji nie przeniosę na niedziele. Początkibyły niemrawe, sama nie wiedziałam do czego mi blog ale z czasemznalazłam w nim odrobinę dobrej zabawy.

Na początku wartowspomnieć, że w tym okresie Kokainka studiowała dziennie, pracowałanocnie, jej tydzień miał 10 dni a każdy był taki sam. Suseł pracował wtym samym przybytku co Kokainka, tylko że bardziej nocnie niż dzienniewięc ciągle się mijali. Kokainka stołowała się w Misiu uniwersyteckim iwielkimi krokami zbliżała się do obrony pracy magisterskiej. Miała trzykoty w całej gamie odcieni i całe dnie spędzała przy komputerze.Czasem, żeby pisać magisterkę. Były to też czasu muzycznej posuchy, bood połowy lat 80, Kokainka cierpiała na chroniczny brak muzycznegoIdola. W Winampie leciało mało i bardzo komercyjnie. Ale nie na długo…

Styczeń roku Pańskiego 2005

Jakiś poniedziałek

Jaksię grzebie w Sieci to zawsze można wygrzebać coś nowego. Ja właśniewygrzebałam sobie bloga. Wszyscy mieli tylko nie ja. No, to jestem naczasie. Może to mnie zmobilizuje do pisania memuarów. A więc nazajęciach- jak co tydzień- wybór pomiędzy Alzheimerem a Parkinsonem.Obie Panie działają na mnie nasennie. „Napisaliśmy” kolejne kolokwium wpostaci gotowca. Skserowaliśmy wiedzę potrzebną do ostatniej sesji wżyciu. A w międzyczasie? Mało. Pomarańcza zjedzona pod ławką jakjabłko, Kawał Krzysia:
-Synu, jak tak na ciebie patrzę- wykapany ojciec!
-Nie Mamo, ja jestem z wytrysku.

Po zajęciach. Siedzę w tramwaju, dwóch Studentów stoi obok i rozmawiają o „tramwajowych romansach”:
– I wiesz- ja na nia, ona na mnie, wiesz tak macha rzęsami, ale potem wysiadła…
 Na to drugi, tu następuje najlepsze:
-Ja też kiedyś jechałem i stała obok mnie taka laska, wiesz, takawyjebana z twarzy (chyba piękna, domyśliłam się), i wiesz- ja na nią,ona na mnie… wysiadła przy Hali Targowej, i czuj: samochód jąpierdolnął na przejściu…(pokręcił głową)- już taka kurwa, piękna niebędzie…
Obaj jeszcze chwilkę kontemplowali niefortunnie straconą urodę (wyjebaność twarzy?) i zmienili temat.
 Brzydkapogoda, brak zimy, pizga jak w kieleckim…. W TV leci nowa „Diuna” alenie oglądam- Jak Mu’adib to tylko MacLachlan… No, ale ćwiczeniaczekają.

Wtorek

Zajęcia…nuuuda. Kilka godzin całkiem bezproduktywnego klikania myszką. Obiad wMisiu (Barze Mlecznym Również dla Profesora)- łazanki, które nigdy nieleciały nad polem z kapustą, buraczki zapodawające piwnicą, alekiszona… mmmm mniami! Nad talerzem rozmowa o tolerancji i o tym, żejak ktoś sobie zrobitunele w policzkach to nie może pić piwa. Nic mądrego (ani głupiego)dziś nie usłyszałam…ludzie wychodzą z formy albo ja się starzeję.Tylko tyle, że jestem damską wersją Hulka Hogana!… Przy moim wzrościei wadze?…. co najwyżej damską wersją Cezarego Pazury. ).Podestylowalismy wyciągi barwne i na tym się skończyła edukacja nadziś.
Ana co dzień: ja ci zrobię ćwiczenie 3, ty mi zrobisz ćwiczenie 7. Takmniej więcej wygląda handelek zadaniami na naszym roku. Kiedy terminycisną, nawet nie płacimy sobie nawzajem, tylko stosujemy barter.Nieuczciwe? Raczej praktyczne. Jest nas na roku tylu, że można policzyćna palcach dwóch rąk. Jeden ma szybki komputer, drugi rewelacyjnierysuje, innemu ręka z Rapidografem nie zadrży. Tak uczymy sięwspółpracy. Wymiany umiejętności. Tak będzie wyglądać nasza praca. Wramach wymiany siedziałam wczoraj do 3:40 i wysmarowałam czteryrysunki- jedna ręka, każdy inny. No i jak na szpilkach, wysiedzieliśmydziś ostatni wykład na studiach. Teraz, to już z górki… Ostatniasesja w życiu rozsadza skorupkę a ja znowu układam się w sen zimowy.

Środa

 Padai pizga! Aż strach wyjść z domu. A muszę. Nadszedł długo oczekiwanydzień, kiedy muszę iść do roboty (odruch wymiotny). Postoję, pokasujecudze pieniądze, powciskam kit, posprzątam ,poszoruję i padnę w domujak kupka nieszczęścia. I kolejne trzy noce z rzędu nieprzespane.LUDZIE! przestańcie pętać się po nocach po Rynku, dajcie nam iść dodomu i odespać! …Co tam, i tak nikt nie posłucha.

Czarnakocia na kolanach, biała układa futerko na tapczanie, beżowa..pewnierobi coś całkiem pozbawionego sensu. Ja rozumiem, że jest w wieku wktórym koci mózg przeżywa różne fluktuacje związane ze wzrostem , corekompensuje sobie nieustannym wyżeraniem resztek z kubła (pfe!). Alejedno mnie zastanawia: w chwilach wolnych od bezsensownego dyndania nafirance albo baraszkowania z pięciogroszową monetą po całym pokoju,Frycia robi coś czego nie rozumiem. Towarzyszy każdemu do toalety(jakby stawiała grubą kasę na to kto z domowników co będzie robił dokibelka). Jak już się znudzi widokiem człowieka siedzącego na Tronie,nieodmiennie zwraca uwagę na kąt w łazience, który absolutnie niczymsię nie wyróżnia. Wpatruje się w róg przy podłodze, trąca Nic łapką,strzyże uszkami, niucha. Czasami nawet wbiega do łazienki jakby ją ktośgonił, hamuje przy Rogu jakby przez zaskoczenie chciała sprawdzić, czycoś się tu zmieniło od czasu kiedy byłam tu przedtem (10 minut temu).Może to jakiś chochlik domowy, może obserwuje mikroby…

Czwartek

Czyktoś mógłby wyjaśnić mi co to właściwie jest POZIOMNICA laserowareklamowana ostatnio w tv? Znam słowo POZIOMICA- urządzenie służące doustalania poziomu lub pionu, ale poziomnica nic mi nie mówi. Użycietego słowa musiałoby pociągnąć za sobą (konsekwentnie) zmianę słów”poziomo” na „poziomno” na przykład. Bzdura publicznie akceptowana.

No, czemu sie dziwić? Wystarczy posłuchać moich wykładowców, kwiat kadry uniwersyteckiej, psia mać:

Dr Sz.-R. (pani astronom):
(…)Materia kurczy się do środka.(…)
 (…)Bardzo, do złudzenia przypomina mi to chyba Księżyc.(…)
 (…)Sondy, które wylądowały na dole.(…)
 (…)Fobos- taki wielki kamień(…)
 (…)Tu mamy Saturn, z pierścieniem imponującym.(…)
 (…)(o komecie Halleya) I uwalniają się takie związki chemiczne z…eee…głowy.(…)
 (…)To jest nasza Galaktyka a konkretnie to nie jest nasza Galaktyka. (…)
 (…)gęstość snopa światła(…)

dr S (ekonomista i prawnik):
(…) Powietrze tu jest, bo gdyby nie było, to ja bym tu do was nie mówił a wy byście tutaj nie przyszli.(…)
 brak wskaźnika: (…)Nie ma tu żadnej wolnej laski, a ja mam swoją schowaną…(…)

dr S. (geolog)
 (…)Himalaje to taka kupa kamola.(…)
drK.: (hydrograf) (…) Pijecie wodę prosto z kranu, a potem jaknasikacie w łóżko, to się dziwicie, że pod kołdrą tak jasno, że czytaćmożna. (…)
(…)Lodowiec, to jest taki zamarznięty lód.(…)

drBabcia P (historyk geografii).: -Więc idę sobie po Sępolnie, patrzę atu całkiem dobry globus mi na śmietnik wyrzucili. Wzięłam, bo tylkolekko obtłuczony był. A że w Polsce dobrych globusów już się nie robi,to stoi u mnie na biurku i oko cieszy. Tylko kurz mi go zjada.(…)
(…)złoty, pozłacany czyli grawerowany.(…)
 (…)Pisanie ściągów(…)

Piątek

Zcyfrowym aparatem wędrowałam kiedyś po wrocławskim Ostrowie Tumskim.Przystanęłam przy Młynie Maria i akurat kiedy ustawałam się do zdjęcia,minął mnie Polak- szara kurtka, rozczochrany, zapyziały, niedomyty.Mijając mnie, pełen nienawiści wysyczał: SZWABICA! Zamurowało mnie. Nobo czy osoba, która stoi przy zabytku z aparatem w ręku od razu musibyć podłym, złym obcokrajowcem, rozpychającym się w cudzym kraju?Przyznaję: odpaliłam mu wiązanką najbardziej polskich i szeleszczącychbluzgów jakie znałam. Wiał, zawstydzony, aż sie kurzyło.

Innymrazem, siedząc na przystanku, robiłam zdjęcie kościoła który stoi,ściana w ścianę z budynkiem Filologii Polskiej UWr. Starsza paniprzyczepiła się do mnie zaczynając tymi słowami:
-Co?Podoba się! Zdjęcia robi! TO JEST U N I W E R S Y T E T! Szprechasz poPolsku? Rozumiesz? Ale teraz Nasz a nie Wasz! Co, nie w smak wamSzwabom, co?
Jasię tylko uśmiechałam bez słowa czekając na dalszy ciąg. Trwało todobrą chwilę. Cały przystanek zwrócił już na mnie uwagę. Kiedy Babsztyljuż się zapienił, odpowiedziałam uważnie artykułując każde słowo:
-Wiem,że to Uniwersytet. Studiuję na nim filologię polską ( co zasadniczo niejest prawdą, bo studiuję geografię :). Nie szprecham po polsku tylkomówię. I nie tylko po Polsku ale i po angielsku, rosyjsku i niemiecku.Ale Pani jak widzę- nie bardzo.
Ach! Ach! Co się działo!
-Patrzcie!Jaką mamy niewychowaną młodzież! Chamstwo na każdym kroku!- Piałamatrona, chociaż z każdym zdaniem z coraz mniejszym przekonaniem. Potemzmyła się niepostrzeżenie, pewnie przepuścić tramwaj udając kupowaniecebuli u ulicznej handlarki.

A tak w ogóle, to czemu ciągle ktoś się mnie czepia, że jestem Niemką?

Sobota

WFirmie Nowa Miotła. Ale, ale! Wcale nie najgorsza! Wbrew obawom, więcejprzywilejów, milsza atmosfera, ustalone zasady, żadnej wolnejamerykanki, wszyscy równo i we współpracy. Szok! No i awans nahoryzoncie, po 3.5 roku pracy. Cholibka, łzawię ze wzruszenia.

CDN

Dziś rozwiązanie konkursu i coś co zrobi Wam dobrze.

Zwykły wpis

No dobra. Czas na odpowiedzi.

1. This Year
2. Next Year
3. Potato
4. Water
5. Butter
6. Bottom
7. Tatties- ziemniaczki podobnie jak spuds (pyrki)
8. Bottles
9. Ta czyli dzięki
10. Brekkie czyli przerwka na śniadanko
11. Ey? czyli Co?
12. She/He went czyli w slangu: Ona/on pedział, że gupia Frania ma romansa z gupim Jaśkiem.

Z tym wen(t) to jest trochę tak: ..so she went that he went that she’sa an old bag an then he went that she an old bag… and so on. I tak właśnie rozmawiają nastolatki.

A ze zwycięzcą mam problem.
Neko -7
Gretus -7
Karolina P- 6
Gosia M- 8
i kilka osób, które na wieść, że gra toczy się o Marmite zrezygnowały po jednym strzale w obawie otrzymania nagrody. 😀

A więc Gosia!!!- Tatataaaaa! Proszę nastawić rączki:

 

A konkurs językowy będzie wracał kiedy tylko ktoś zagnie na mnie parol. Dziękuję!

…a opowiadałam Wam kiedyś jak Kokainka….

Zwykły wpis

Konkurs w toku. Mamy już faworyta, choć jak na razie nikt nie ustrzelił całej dwunastki. Za świetną radą ogłaszam więc, że nagrodą w konkursie jest słoik Marmitu, taki ekstra duży.

***

A z kolejną radą nie wiem co zrobić. Neithan zażyczył sobie poznać dzieje Kokainki sprzed 2007 roku i jakby na to nie spojrzeć, jest co poznawać. Bo Kokainka pisze bloga tu czy tam od 2005 a archiwalne zapisy leżą głęboko w szufladzie .Gazety i marnieją. Niestety, tamten blog został… no cóż, powiedzmy, że zbrukany niepowołaną obecnością, więc zamknęłam go definitywnie i mogę oglądać wpisy tylko od kuchni ale od czego ma się opcję Kopiuj/Wklej?

Neithan chce początków w UK. Super. Ale do każdego początku prowadzi jakiś koniec, przyjazd do UK nie pojawił się o tak, kiedy to Kokainka wyrwała pewnego dnia z łóżka i poleciała w koszuli nocnej na Lotnisko Międzynarodowe im. M.Kopernika (z jednym terminalem i odrapaną wieżą kontrolną, która wygląda jak budka na ludy w wesołym miasteczku). Nie, nie. Do tego prowadziły wcześniejsze losy …i tu właśnie pojawia się problem. Gdzie zacząć? Od czego? I komu pokiełbasi się cała historia wcześniej- mnie czy Wam? Albo Neithanowi?

Jakieś sugestie czy raz w tygodniu lecimy z retrospekcją? 😀

Everyon’ crankin’ up a marley

Zwykły wpis

Dziś będzie o języku, czy raczej o jego żywym ujęciu.

Angielskiego uczyłam się aktywnie 12 lat, biernie kolejne 9, przy czym ekstremalnie intensywnie ostatnie 4 lata. I właśnie o tą ekstremalną intensywność dziś mi chodzi.

Opowiadałam Wam kiedyś jak to było pierwszego wieczora w UK, na lotnisku Stanstead? Było strasznie. Wyprysnęłam z samolotu i poleciałam w póły obejrzeć książki w lotniskowej księgarni- prawdziwy angielski! Wytężałam słuch zachwycając się ogólnym bełkotem podróżnych i serce mi rosło, bo choć w ogólnym zamieszaniu nie o zrozumienie szło ale o fakt, z każą chwilą było coraz piękniej. W końcu miałam możliwość użyć swojej matury, obu- pisemnej i ustnej na piątki.

Po wyjściu z terminala przyszło nam spędzić 2,5h na ławeczce w oczekiwaniu na autobus do Oxfordu gdzie jednak wielu Anglików się nie nadarzyło. Nic dziwnego, Anglik prosto z drzwi samolotu wsiada do własnego samochodu i odjeżdża. Z nami zebrał się mały tłumek: jakiś Japończyk, polski tata z córeczką, grupka pakerów, tez Polacy i kilka par anglojęzycznych lecz cicho mówiących.

Przyjechał autobus i wysiadł z niego wielllllki, oliwkowy kierowca w odblaskowej kurtce. Wypalił fajkę, odcedził kartofelki i zaczął pakować nasze bagaże do autobusu. Kiedy doszło do mnie zapytał:
-Biuhegrjbdklfjvbdlsvuisrplbvgisdf?
-…?
-Biuhegrjbdklfjvbdlsvuisrplbvgisdf?
– . . . ??
-Biuhegrjbdklfjvbdlsvuisrplbvgisdf?????
-/MAMO!!!/ WHAT???

Kierowca rzucił więc moją walizkę do środka bagażnika, jak leciało i tłum wepchnął mnie między fotele rozdzielając od Susła i Truffla.

Umarłam i poszłam piechotą do piekła. Co ja zrobiłam? Gdzie ja jestem?? Nie umiem języka! Nie zrozumiałam ani jednego słowa! ANI JEDNEGO? Co ja zrobiłam?? Ja wysiadam, chcę do domu!!! Wysiadam!!
Całą drogę histeryzowałam wewnętrznie i darłam sobie włosy z nosa z rozpaczy, że popełniłam największy błąd w życiu a moi nauczyciele języka powinni wrócić do szkół, żeby im pieniądze oddali.

W Oxfordzie trzeba było przesiąść się do pociągu. Kolejne 3 godziny spędziłam na kartkowaniu wszystkich możliwych ulotek dostępnych w poczekalni ale kawy nie poszłam z Susłem kupić.
-Chcesz iść sama?
-!!!! /rozpaczliwe kręcenie głową/
-Idź, masz tu kaskę.
-!!!!!!!!

Po po wylądowaniu w nowym domu zaszyłam się na tydzień, z dala od Anglików i nieufnie dałam się prowadzić na zakupy i oglądania okolic aż przyszedł czas na rozmowę kwalifikacyjną w TESCO. Poszłam jak na ścięcie, w lustrze widziałam u siebie wielki, czerwony plastikowy nos klauna, z którego wszyscy będą się śmiać jak tylko otworzę tą swoją kwalifikowaną paszczę. I stał się cud. Bo w czasie rozmowy z Lavetą (nie bez kozery „laweta”, mogłaby uciągnąć korale samochodów w drodze do maszyny z batonikami), zrozumiałam absolutnie każde słowo i zanim się zorientowałam już gaworzyłam o dwóch kranach i moich poprzednich zajęciach. Wyszłam mocno zszokowana.

Kilka dni potem, już zatrudniona spytałam jedną z nowych koleżanek jak to mogło być z tym kierowcą? Spytała dokąd dalej jechał tamten autobus. Do Birmingham, odpowiedziałam.
-A. B’ghm! Nie dziwota więc, że nic nie zrozumiałaś, oni nie rozumieją się nawzajem. Powiedziałaś, że to był Pakistańczyk? No, to cud, że rozpoznałaś w tym ludzką mowę!

I tak to było.

Potem przechodziłam kilka kryzysów językowych objawiających się absolutną, organiczną odrazą do angielskiego do tego stopnia, że wracałam z pracy do domu, chowałam się pod kołdrą i czekałam aż ostygnie mi mózg. Miałam wrażenie, że jeżeli jeszcze kiedykolwiek usłyszę jedno angielskie słowo- zwariuję.

Wielu z Was, mieszkających w UK spyta się jednak- przecież akcenty łapie się szybko a potem już z górki! To w czym problem? Po tylu latach nauki?

A w tym, że mamy pecha mieszkać w centralnej Anglii, znanej wszystkim Anglikom z poronionego akcentu będącego mieszaniną wszystkich możliwych akcentów Wielkiej Brytanii. To miasto jest jedynym takim punktem we wszechświecie gdzie wystarczy przejść się w dół ulicy a klient na rogu nie będzie wiedział o co go prosisz pokazując papierosa. Spytajcie kogo chcecie o ten akcent. Każdy zaśmieje się i powie: A! TEN akcent!

Epopeje możnaby pisać o tym jak Anglicy używają języka, żeby utrudnić sobie życie i jak wąskie mają horyzonty jeśli chodzi o używanie słów bliskoznacznych. Jako początkująca supermarkeciarka co rusz natrafiałam na takie np scenki:
-Scuse me, wher’s Colmans?
-Colmans?
-Colmans.
-What is Colmans?
-…ya noe, Colmans.
-Great. Is it food?
-Yeah.
-What kind of food?
-….Colmans, ya noe.

Nie, słowo „musztarda” nie było tu najwyraźniej na miejscu.

Pewnego razu udało mi się doprowadzić pewną, brodatą, starszą matronę do furii. Podeszła i z miejsca przykuła moją uwagę długimi, splątanymi włosami sterczącymi jej gęsto z brody. Nie mogłam odwrócić wzroku, bardzo się starałam (znacie mnie) ale te włosy krzyczały do mnie: Wyrwij nas! Wyrwij!!
Więc, ona do mnie mówi a ja gapię się na fryzurkę i uważnie słucham.
-I’m lookin’ fo tweeza.
I powtarza się wymiana informacji ze scenki z Colmansem. Z każdym powtórzeniem matrona bardziej purpurowieje, kiedy zaczynam tłumaczyć, że znam prawdopodobnie tysiące rzeczowników (więcej niż ty, babo) ale TWEEZA nie jest żadnym z nich. Kiedy ustaliłyśmy, że nie, nie jest to jedzenie, ubranie, przyrząd kuchenny ani kosmetyk poprosiłam uprzejmie o demonstrację. Zdesperowana … zaczęła udawać…. że wyrywa sobie włosy z tej okropnej brody!!! Była sina ze złości i tak wyrywała i wyrywała aż mi serce pękło i wskazałam na półkę za jej plecami. Gdyby chciało jej się wcześniej rozejrzeć, oszczędziłaby sobie niemałego wstydu. Od tego czasu (a minęły już 4 lata) omija mnie łukiem i nigdy o nic nie pyta.

Kolejną scenką, którą muszę pozostawić potomnym jest scenka z pewną młodą damą, która o 6:00 rano przyszła na zakupy i miała pecha, bo w zasięgu wzroku miała tylko mnie i Truffla, jedna w jednej alejce, druga w drugiej. A rzecz się działa na dziale owocowo- warzywnym.
Młoda dama BARDZO SIĘ ŚPIESZYŁA i biegała tam i z powrotem w poszukiwaniu czegoś. Wypadła z za zakrętu, prosto na mnie i wrzasnęła, już zdenerwowana:
-Wher’a ajons??? /Gdzie są „ajons”?
-Irons? Upstairs, housware. / -Żelazka? Na piętrze, wyposażenie domu.

FUKNĘŁA na mnie jakby jej kto nasadził popcornu w zadku, wrzasnęła coś i wyprysnęła w kierunku kas, zostawiając mnie całkiem zdezorientowaną. Wtedy z alejki obok wyjechała Truffel i mówi:
-Wiesz, co za dziwną babę dopiero co miałam. Biega po warzywnym i pyta się gdzie są żelazka. Odesłałam ją na górę a ta powiedziała coś nieładnie o obcokrajowcach i poleciała do ciebie. Czego szukała?
-Żelaz… Jezu- ONIONS! Cebuli!!!!!!

I tak to właśnie żyje się w miasteczku po środku Anglii.

Pewnego razu przyszedł do mnie jeden ze współpracowników i spytał:
-Łe’spat(e)? -(to (e) to taki przydech indiański).
-Jak to gdzie? Na lodówkach, na górnej półce, nad szynkami.
Spojrzał jak na wariatkę i odszedł. Za chwilę wrócił z koleżanką:
-Jej szukałem.- a koleżanka miała na imię Pat. Nie pasztet. Chociaż…

Innego razu moja Team Leaderka kazała mi pójść i prznieść „Cappin Form”. Poszłam. Jak tu nie zrobić z siebie kretynki i nie szukać igły w stogu siana albo gruszek na wierzbie? Podreptałam wtedy do Robka, który przecież pracował z nami w tym przybytku duraków i spytałam co to jest „Cappin Form”. Wybałuszył się i stwierdził, że nie wie. Nie miał też pojęcia co znaczy w ty wypadku słowo „cappin” ani z czym sie to je. Odpuściłam i na szczęście po przerwie Form się znalazł i ładnie podziękowano mi za szukanie. Męczyło mnie to tygodniami, więc pewnego razu poszłam do drugiej Team Leaderki i spytałam co może oznaczać słowo „cappin”? Też się wybałuszyła. Kiedy cichutko opowiedziałam jej o co chodziło… okazało się, że miał to być „Delivery Van Capping Form” a „capping” w tym wypadku to prośba o ograniczenie zamówień ze względu na awarię wozu. Czapeczkowanie, pomyślałby kto.

Na zakończenie: koniecznie opiszcie mi trochę swoich wpadek a przy okazji, konkurs. Kto z Was zgadnie co oznaczają wymienione słowa. Ostrzegam, że pisownia jest ściśle fonetyczna i trzeba wypowiedzieć je na głos, żeby magia zadziałała. A słowa te są dowodem na to, że życie i praca wśród tysięcy klientów rozwija inteligencję, abstrakcyjne myślenie i umiejętności survivalowe.

1. Dyśje
2. Nekśje
3. Poeoł
4. Ło-e
5. Ba-a
6. Bo-om
7. Tatis
8. Bo-eys
9. Ta!
10. Brekie
11. Ey???
12. She/he wen

No, to ja Wam życzę powodzenia. A Czytelnikom z Polski, którzy biegają na kursy językowe przypominam- NIC nie zastąpi kontaktu z bezzębnym nativ-speakerem z wózkiem pełnym frytek. Nic a nic. A tym, co myślą inaczej- oby b’ghamscy kierowcy autobusów fruwali na innych chmurkach.

Everyon' crankin' up a marley

Zwykły wpis

Dziś będzie o języku, czy raczej o jego żywym ujęciu.

Angielskiego uczyłam się aktywnie 12 lat, biernie kolejne 9, przy czym ekstremalnie intensywnie ostatnie 4 lata. I właśnie o tą ekstremalną intensywność dziś mi chodzi.

Opowiadałam Wam kiedyś jak to było pierwszego wieczora w UK, na lotnisku Stanstead? Było strasznie. Wyprysnęłam z samolotu i poleciałam w póły obejrzeć książki w lotniskowej księgarni- prawdziwy angielski! Wytężałam słuch zachwycając się ogólnym bełkotem podróżnych i serce mi rosło, bo choć w ogólnym zamieszaniu nie o zrozumienie szło ale o fakt, z każą chwilą było coraz piękniej. W końcu miałam możliwość użyć swojej matury, obu- pisemnej i ustnej na piątki.

Po wyjściu z terminala przyszło nam spędzić 2,5h na ławeczce w oczekiwaniu na autobus do Oxfordu gdzie jednak wielu Anglików się nie nadarzyło. Nic dziwnego, Anglik prosto z drzwi samolotu wsiada do własnego samochodu i odjeżdża. Z nami zebrał się mały tłumek: jakiś Japończyk, polski tata z córeczką, grupka pakerów, tez Polacy i kilka par anglojęzycznych lecz cicho mówiących.

Przyjechał autobus i wysiadł z niego wielllllki, oliwkowy kierowca w odblaskowej kurtce. Wypalił fajkę, odcedził kartofelki i zaczął pakować nasze bagaże do autobusu. Kiedy doszło do mnie zapytał:
-Biuhegrjbdklfjvbdlsvuisrplbvgisdf?
-…?
-Biuhegrjbdklfjvbdlsvuisrplbvgisdf?
– . . . ??
-Biuhegrjbdklfjvbdlsvuisrplbvgisdf?????
-/MAMO!!!/ WHAT???

Kierowca rzucił więc moją walizkę do środka bagażnika, jak leciało i tłum wepchnął mnie między fotele rozdzielając od Susła i Truffla.

Umarłam i poszłam piechotą do piekła. Co ja zrobiłam? Gdzie ja jestem?? Nie umiem języka! Nie zrozumiałam ani jednego słowa! ANI JEDNEGO? Co ja zrobiłam?? Ja wysiadam, chcę do domu!!! Wysiadam!!
Całą drogę histeryzowałam wewnętrznie i darłam sobie włosy z nosa z rozpaczy, że popełniłam największy błąd w życiu a moi nauczyciele języka powinni wrócić do szkół, żeby im pieniądze oddali.

W Oxfordzie trzeba było przesiąść się do pociągu. Kolejne 3 godziny spędziłam na kartkowaniu wszystkich możliwych ulotek dostępnych w poczekalni ale kawy nie poszłam z Susłem kupić.
-Chcesz iść sama?
-!!!! /rozpaczliwe kręcenie głową/
-Idź, masz tu kaskę.
-!!!!!!!!

Po po wylądowaniu w nowym domu zaszyłam się na tydzień, z dala od Anglików i nieufnie dałam się prowadzić na zakupy i oglądania okolic aż przyszedł czas na rozmowę kwalifikacyjną w TESCO. Poszłam jak na ścięcie, w lustrze widziałam u siebie wielki, czerwony plastikowy nos klauna, z którego wszyscy będą się śmiać jak tylko otworzę tą swoją kwalifikowaną paszczę. I stał się cud. Bo w czasie rozmowy z Lavetą (nie bez kozery „laweta”, mogłaby uciągnąć korale samochodów w drodze do maszyny z batonikami), zrozumiałam absolutnie każde słowo i zanim się zorientowałam już gaworzyłam o dwóch kranach i moich poprzednich zajęciach. Wyszłam mocno zszokowana.

Kilka dni potem, już zatrudniona spytałam jedną z nowych koleżanek jak to mogło być z tym kierowcą? Spytała dokąd dalej jechał tamten autobus. Do Birmingham, odpowiedziałam.
-A. B’ghm! Nie dziwota więc, że nic nie zrozumiałaś, oni nie rozumieją się nawzajem. Powiedziałaś, że to był Pakistańczyk? No, to cud, że rozpoznałaś w tym ludzką mowę!

I tak to było.

Potem przechodziłam kilka kryzysów językowych objawiających się absolutną, organiczną odrazą do angielskiego do tego stopnia, że wracałam z pracy do domu, chowałam się pod kołdrą i czekałam aż ostygnie mi mózg. Miałam wrażenie, że jeżeli jeszcze kiedykolwiek usłyszę jedno angielskie słowo- zwariuję.

Wielu z Was, mieszkających w UK spyta się jednak- przecież akcenty łapie się szybko a potem już z górki! To w czym problem? Po tylu latach nauki?

A w tym, że mamy pecha mieszkać w centralnej Anglii, znanej wszystkim Anglikom z poronionego akcentu będącego mieszaniną wszystkich możliwych akcentów Wielkiej Brytanii. To miasto jest jedynym takim punktem we wszechświecie gdzie wystarczy przejść się w dół ulicy a klient na rogu nie będzie wiedział o co go prosisz pokazując papierosa. Spytajcie kogo chcecie o ten akcent. Każdy zaśmieje się i powie: A! TEN akcent!

Epopeje możnaby pisać o tym jak Anglicy używają języka, żeby utrudnić sobie życie i jak wąskie mają horyzonty jeśli chodzi o używanie słów bliskoznacznych. Jako początkująca supermarkeciarka co rusz natrafiałam na takie np scenki:
-Scuse me, wher’s Colmans?
-Colmans?
-Colmans.
-What is Colmans?
-…ya noe, Colmans.
-Great. Is it food?
-Yeah.
-What kind of food?
-….Colmans, ya noe.

Nie, słowo „musztarda” nie było tu najwyraźniej na miejscu.

Pewnego razu udało mi się doprowadzić pewną, brodatą, starszą matronę do furii. Podeszła i z miejsca przykuła moją uwagę długimi, splątanymi włosami sterczącymi jej gęsto z brody. Nie mogłam odwrócić wzroku, bardzo się starałam (znacie mnie) ale te włosy krzyczały do mnie: Wyrwij nas! Wyrwij!!
Więc, ona do mnie mówi a ja gapię się na fryzurkę i uważnie słucham.
-I’m lookin’ fo tweeza.
I powtarza się wymiana informacji ze scenki z Colmansem. Z każdym powtórzeniem matrona bardziej purpurowieje, kiedy zaczynam tłumaczyć, że znam prawdopodobnie tysiące rzeczowników (więcej niż ty, babo) ale TWEEZA nie jest żadnym z nich. Kiedy ustaliłyśmy, że nie, nie jest to jedzenie, ubranie, przyrząd kuchenny ani kosmetyk poprosiłam uprzejmie o demonstrację. Zdesperowana … zaczęła udawać…. że wyrywa sobie włosy z tej okropnej brody!!! Była sina ze złości i tak wyrywała i wyrywała aż mi serce pękło i wskazałam na półkę za jej plecami. Gdyby chciało jej się wcześniej rozejrzeć, oszczędziłaby sobie niemałego wstydu. Od tego czasu (a minęły już 4 lata) omija mnie łukiem i nigdy o nic nie pyta.

Kolejną scenką, którą muszę pozostawić potomnym jest scenka z pewną młodą damą, która o 6:00 rano przyszła na zakupy i miała pecha, bo w zasięgu wzroku miała tylko mnie i Truffla, jedna w jednej alejce, druga w drugiej. A rzecz się działa na dziale owocowo- warzywnym.
Młoda dama BARDZO SIĘ ŚPIESZYŁA i biegała tam i z powrotem w poszukiwaniu czegoś. Wypadła z za zakrętu, prosto na mnie i wrzasnęła, już zdenerwowana:
-Wher’a ajons??? /Gdzie są „ajons”?
-Irons? Upstairs, housware. / -Żelazka? Na piętrze, wyposażenie domu.

FUKNĘŁA na mnie jakby jej kto nasadził popcornu w zadku, wrzasnęła coś i wyprysnęła w kierunku kas, zostawiając mnie całkiem zdezorientowaną. Wtedy z alejki obok wyjechała Truffel i mówi:
-Wiesz, co za dziwną babę dopiero co miałam. Biega po warzywnym i pyta się gdzie są żelazka. Odesłałam ją na górę a ta powiedziała coś nieładnie o obcokrajowcach i poleciała do ciebie. Czego szukała?
-Żelaz… Jezu- ONIONS! Cebuli!!!!!!

I tak to właśnie żyje się w miasteczku po środku Anglii.

Pewnego razu przyszedł do mnie jeden ze współpracowników i spytał:
-Łe’spat(e)? -(to (e) to taki przydech indiański).
-Jak to gdzie? Na lodówkach, na górnej półce, nad szynkami.
Spojrzał jak na wariatkę i odszedł. Za chwilę wrócił z koleżanką:
-Jej szukałem.- a koleżanka miała na imię Pat. Nie pasztet. Chociaż…

Innego razu moja Team Leaderka kazała mi pójść i prznieść „Cappin Form”. Poszłam. Jak tu nie zrobić z siebie kretynki i nie szukać igły w stogu siana albo gruszek na wierzbie? Podreptałam wtedy do Robka, który przecież pracował z nami w tym przybytku duraków i spytałam co to jest „Cappin Form”. Wybałuszył się i stwierdził, że nie wie. Nie mi
ał też pojęcia co znaczy w ty wypadku słowo „cappin” ani z czym sie to je. Odpuściłam i na szczęście po przerwie Form się znalazł i ładnie podziękowano mi za szukanie. Męczyło mnie to tygodniami, więc pewnego razu poszłam do drugiej Team Leaderki i spytałam co może oznaczać słowo „cappin”? Też się wybałuszyła. Kiedy cichutko opowiedziałam jej o co chodziło… okazało się, że miał to być „Delivery Van Capping Form” a „capping” w tym wypadku to prośba o ograniczenie zamówień ze względu na awarię wozu. Czapeczkowanie, pomyślałby kto.

Na zakończenie: koniecznie opiszcie mi trochę swoich wpadek a przy okazji, konkurs. Kto z Was zgadnie co oznaczają wymienione słowa. Ostrzegam, że pisownia jest ściśle fonetyczna i trzeba wypowiedzieć je na głos, żeby magia zadziałała. A słowa te są dowodem na to, że życie i praca wśród tysięcy klientów rozwija inteligencję, abstrakcyjne myślenie i umiejętności survivalowe.

1. Dyśje
2. Nekśje
3. Poeoł
4. Ło-e
5. Ba-a
6. Bo-om
7. Tatis
8. Bo-eys
9. Ta!
10. Brekie
11. Ey???
12. She/he wen

No, to ja Wam życzę powodzenia. A Czytelnikom z Polski, którzy biegają na kursy językowe przypominam- NIC nie zastąpi kontaktu z bezzębnym nativ-speakerem z wózkiem pełnym frytek. Nic a nic. A tym, co myślą inaczej- oby b’ghamscy kierowcy autobusów fruwali na innych chmurkach.

Sprostowania ciąg dalszy, czyli część 2, w której nauka ścisła niewiele ma do roboty

Zwykły wpis

Dziś czas na kolejne wyjaśnienie, tym razem dlaczego kalendarz Majów
miałby być powodem do kopania schronu?

Jeśli chodzi o definitywny koniec-koniec, to wierni zgromadzeni wokół mojego idola (NOT!) Patricka Geryla wierzą, że w dniu 21 grudnia 2012 Wielkie Koło zatoczy krąg, dojdzie do (kolejnej) katastrofy, która (znowu) zmiecie z powierzchni Ziemi naszą cywilizację i zmusi naszych przywódców do wybrania garstki ludzi, którzy odpłyną statkami na drugi koniec balii zacząć od nowa. Bo Majowie tak przepowiedzieli. Kropka.

Kalendarz Majów nie kończy się otóż w 2012, jak mówią liczni nie/zorientowani. Starożytni nigdy nie wspominali, że czas skończy się tego dnia i wielkie PLOP! pochłonie wszystko co istnieje. Twierdzili jednak i nadal twierdzą, szepcząc głosami zwojów i papirusów, że data ta jest ważna ze względu  koniec Wielkiego Cyklu, który dla Majów był jak dla nas koniec roku podatkowego. Milion i 872 tysiące dni lub 5 milionów, 125 tysięcy lat to dla Majów okres, kiedy historia zatacza krąg i rozpoczyna się od nowa. W czasach rozkwitu, cywilizacja Majów stworzyła rachubę czasu opartą na upływie małych, większych i największych cykli, które zawierają się w sobie niczym coraz mniejsze kółeczka. Największy z Cykli rozpoczął się wraz z powstaniem wszechświata, mniejsze wraz z powstaniem Majów, najmniejsze określają cykle księżycowe, pory siania i plonów, okres ciąży u kobiet, kapibar i waleni itp.

Nie tylko Majowie ale zasadniczo wszyscy Indianie obu Ameryk i tego co po środku postrzegają czas inaczej niż my. My wybiegamy w przód, rozważamy to co było, tracimy czas, zyskujemy na czasie, nie mamy go, lub mamy go mnóstwo, Indianie są. Tu i Teraz. A to co było czy będzie, warte jest tylko wspomnienia jeśli w przeszłości wydarzyło się coś, co miało wpływ na obecną sytuację plemienia i co przyniosło jakąś naukę i doświadczenie. A przyszłość jako taka się nie liczy. Będzie, to fajnie, nie to też żadna różnica. Dlatego właśnie kalendarz Majów opowiada o wielkich cyklach przeszłości aby przekazać wiedzę, natomiast o przyszłości wie tylko tyle, że jeden cykl się zamknie a rozpocznie następny.

Według Majów, świat (Wielki Cykl) rozpoczął się 11 sierpnia 3114 p.n.e i od tego czasu powoli cyka sobie okrążenie, które ma zakończyć się 21 grudnia 2012 roku. Jednak uważni badacze, którzy zamiast pogoni za chwytliwą sensacją zadali sobie trud przetłumaczenia starożytnych tekstów ze zrozumieniem wynikającym ze znajomości mentalności i wierzeń Majów, od razu odpowiadają, że Koniec Cyklu oznacza ważny moment Oczyszczenia, nowego początku, nowej szansy, wejścia ludzkości na nowy poziom istnienia, porzucenia zła i okrucieństwa, które toczy ludzkość na rzecz ponownego zwrócenia się ku swojemu wnętrzu.

I tu wkraczają nowi sensaci. Bo kiedy tysiące szamanów z całe świata, z dziesiątek kultur i wierzeń próbuje tłumaczyć przybyszom z Zachodu, że Ziemia potrzebuje oczyszczenia a ludzkość uzmysłowienia sobie swojego położenia i zrobienia kroku na przód- do nas dociera to jako bełkot miłośników drzew i korzonków. Coś tam, jakiś malowany w dżapońskie znaki cudak mówi coś o bożkach jezior i oczyszczaniu się i poszukiwaniu jaźni… program przyrodniczy fajny ale czas przełączyć na „Taniec z Gwiazdami”. 

Ślad tego źle dosłyszanego i zrozumiałego nurtu da się wywęszyć na półce z herbatą Yerba Mate, w sklepie zielarskim gdzie przy dźwiękach plumkania z CD „Sounds of Nature” pani ekspedientka demonstruje działanie wahadełka z kryształu i poleca pieprz cayenne na kolki i skrofuły świetnie działający. Druga pani, z działu z książkami o żyłach wodnych i BSM pod ladą czyta „Życie na Gorąco” i modli się o szybkie nadejście 17:00, kiedy wyjdzie ze sklepu na świeże powietrze bo ile można siedzieć w tym czadzie jaśminów, drzew z sandała i innych smrodzideł?? I ma dość nawiedzonych pięćdziesiątek, które wpadają do sklepu z rozwianym włosem i opowiadają od wejścia, że nocą, po wieczornym zażyciu ginsengu zgwałcił je sukkub a mąż spał obok, ze słuchawkami na uszach, słuchając tych programów komputerowych z gazety co mają mu naprostować elektroencefalogram.

Nasza Matka Ziemia już dawno poszła w zapomnienie. Ludzie coraz rzadziej pamiętają o tym, że planeta karmi, płodzi i zabija i nie ma w tym nic nienaturalnego czy brudnego. Brzydzą nas (ludzkość kultury zachodniej) brudne podeszwy butów, nierzadko z czystą, mokrą ziemią mamy do czynienia kiedy wywiniemy orła w pogoni za autobusem, przecinając skwerek zasiany psimi kupami. Kupna marchewka jest czysta jakby nigdy nie siedziała korzeniem w dół, dzieci sądzą, że Milka to fioletowa krowa, która daje czekoladę, marszczymy noski na myśl o wejściu do obory a oglądając programy przyrodnicze (w oczekiwaniu na „Taniec z Gwiazdami”) z oburzeniem obserwujemy jak zły jaguar pożera biedną kapibarę, drapieżnik jeden. Podstawowe zasady bycia częścią przyrody już dawno wyszły nam z krwi. Ci co jeszcze pamiętają o Pachamamie jako o rodzicielce wszystkiego co żyje dziś wieszają sobie na szyjach plastikowe, nanizane na sznurek korki od butelek po CocaColi i kiedy tylko mogą, uciekają z dżungli do cywilizacji, gdzie bezdomni i bezrobotni umierają z głodu, pogardzani przez wszystkich, którzy uważają się za lepszych tylko dlatego, że noszą majtki od 2 roku życia.

Firmy New Age’owe robią kokosy na wmawianiu nam, że siedzenie w pozycji lotosu nie tylko poprawi nam krążenie w strefie niesfornej ale również ukoi niechęć do sąsiada, FengShui twierdzi, że źródłem naszych problemów jest złe ulokowanie sofy ze sztucznej skóry a o tym co naprawdę brudne i wynaturzone ani słowa. A brudne mamy myśli i sumienia, brudzimy Ziemię całkiem fizycznie i siebie, całkiem mentalnie. Produkujemy plastikowe góry śmieci, drążymy, kopiemy i depczemy bez opamiętania. Uważamy Michaela Jacksona za półbożka gotowego wstać ze swojej złotej trumny na zawołanie a awarię „att webmail” za koniec świata. Kłamiemy, oszukujemy, tworzymy nieistniejące domki z kart i zamykamy w nich najbliższych, żeby żyli w przekonaniu, że jeśli ojciec donosi na szefa to tylko po to, żeby zagarnąć jego premię i kupić „nowy rodzinny samochód rocznik przyszły”.

Nawet sami szamani nie wiedzą już gdzie się kończy plemię a zaczyna Totalna Ściemka.

Oczyszczajmy się więc ludzie, w oczekiwaniu na nadejście 2012, bo chociaż w telewizji twierdzą, że wychodzenie do ludzi z wągrem w trudno dostępnym miejscu graniczy z towarzyskim świętokradztwem, to może się okazać, że wyjdzie na Majów- do nieba bram lepiej jest iść z brudnymi nogami niż z brudną aurą. Albo w ogóle bez.