Monthly Archives: Czerwiec 2008

A z dziury w skarpecie wyziera palec

Zwykły wpis

Przechodzę kryzys urlopowy.

Przypadłość ta ma kilka bardzo prostych do rozpoznania objawów. Wieczorem, z głową na poduszce, myślisz sobie: „Od jutra urlop. Będę skakać na bungee, malować kredą na chodniku, dowiem się co to takiego to fondue i jak się je je, zadzwonię do kogoś i odpiszę na listy”.

Rano budzisz się, leżysz bezwładnie w betach do 11:00, kiedy spod kołdry wypędza cię wilczy głód. Wleczesz się do lodówki, otwierasz…i bierzesz jedną parówkę na zimno. Wracasz do łóżka, włączasz telewizor i skaczesz po kanałach Nki aż stwierdzisz, że „Miodowe lata”, „Na dobre i na złe”, i „Plebania” nie uleczą twojego samopoczucia. Wtedy zaczynasz szukać pocieszenia na kanałach azerbejdżańskich i nepalskich, docierasz do kanału 488 gdzie pani, całkiem bezczelnie, po polsku wysysa powietrze z worków pełnych ubrań, udowadniając, że 75% więcej miejsca w szafach zmieni twoje życie na lepsze i szczęśliwsze. Wtedy wstajesz, idziesz do własnej szafy, otwierasz i stwierdzasz, że dziś jest dzień pidżamowy. Z workami czy bez.

Uruchamiasz komputer, zaglądasz na onet.eu i czytasz jak dwieście osób beszta dziewczę za to, że odważyła się napisać, że drażnią ją Polacy na Wyspach, którzy nie znają angielskiego. Dziewczę dowiaduje się, że sama jest buraczką, podłą wykształciuchą i powinna się rzucić z wysokiej wieży. Odpisują oczywiście zainteresowani- dotknięci do żywego, więc nikt nie wygrywa. A tobie nie chce się dopisywać bo to jak biec do sklepu po bułki w tłumie maratończyków.

Decydujesz się na film. Na pierwszy ogień leci „Polowanie na Czerwony Październik”, potem na „JFK” i przed porą obiadową, leżysz w pidżamie przekonany, że świat to jedno wielkie kłamstwo, wszędzie czają się rosyjscy demokraci i amerykańcy komuniści. Dzwoni telefon i znajomy ostrzega, żeby nie pić wody z kranu bo pływa w niej jakaś bakteria zjadliwa i ma zamiar tak płynąć jeszcze 2 tygodnie, więc znajomy doradza wodę mineralną Value. Nie wiesz co gorsze, więc gotujesz wodę i rozlewasz po pojemnikach i upychasz do lodówki.

I tak upływa lepsza część dnia. Jedna, zimna parówka zniknęła już w czeluściach jelita, więc wysiłkiem tysiąclecia wymyślasz obiad stulecia. Ziemniaki się nie pieką, żurawiny owszem, na chrupką, czarniawą skorupkę, ponownie postanawiasz dopiec ziemniaki- tym razem na węgielki. Mięsko stygnie, żurawiny się liofilizują a ty wyciągasz z szafki stary dobry makaron i bierzesz jeszcze jedną zimną parówkę do jelitowo. I zapijasz piciem na tej gotowanej wodzie.

Makaron nadaje się do zjedzenia tylko dlatego, że traktujesz go lodowatą wodą, którą wcześniej gotowałeś w pocie czoła, w obawie przed bakterią zjadliwą. Próbujesz zjeść obiad w towarzystwie swojej Drugiej Połowy, na łóżku ale Druga Połowa, w samym środku zdania o rozlewaniu sosu- rozlewa sos na prześcieradło. Pół obiadu jest wrzące, pół letnie niczym nadmorska bryza, nie ma sosu i przegapiasz ostatnią część ulubionego filmu, który telewizja pocięła na drobniutkie kawałeczki i emituje w różnych godzinach- chyba, żeby zmusić widza do tego skakania po kanałach, żeby Nka miała co robić.

W końcu tak cię męczy to wszystko, że zasypiasz przy zapalonym świetle, w dziwnej pozycji i budzisz się w środku nocy z wrzeszczącym kręgosłupem, którego nie udaje ci się uspokoić do rana. Kręcąc się na boki, budzisz swojego Płodzika, który mało rozumie z zaistniałej sytuacji ale i tak buntuje się na swój sposób i kopie cię po pęcherzu. A tam picie z lodówki. Czyli do rana wstajesz do toalety cztery razy, potem zaczynają śpiewać ptaki i znowu budzisz się w pidżamie.

Postanawiasz tego dnia, że się ubierzesz i to wszystko zmieni. Zakładasz więc spodnie z przyczłapką na Płodzika ale cisną cię, więc ściągasz je przy najbliżej okazji…zamieniając na koszulkę nocną.

Myślisz: „Dziś sobie pomaluję i obłożę książki folią termiczną”. Ale żelazko do folii i pędzelki są już odwiezione do nowego domu!

Reklamy

Domu dzień odwiedzin pierwszy

Zwykły wpis

Pojechaliśmy, byliśmy, obejrzeliśmy absolutnie wszystkie kąty.

Planuję rewolucję w ogrodzie, krzaczorów cięcie-gięcie i tylko krzak róży się ostanie. Wygląda na to, że poprzedni właściciele zasadzili bzy i dzięcieliny, żeby jak najmniej zajmować się ogrodem, pozostawiając po środku tylko placek trawy dla dobra kompozycji. Odchwaszczony, przekopany i wyrównany, w przyszłym roku zamieni się w warzywnik, herbarium i co tam jeszcze przyjdzie mi do głowy.

Gorzej z kuchnią. Te paskudne placki koloru na ścianach trzeba będzie skuć bezlitośnie, tym bardziej, że wykończone są jakby ślepy osiemdziesięciolatek dorwał się do szpachelki i radośnie udawał, że nadal ma wystarczająco animuszu, żeby zajmować się pracami tynkarskimi a tymczasem oblepiał zaprawą rury, kurki i opływy. Przy okazji fugowania kafelków, ofugowane nierówno jest wszystko wokół.

I podnieśliśmy wykładzinę PVC. Pod spodem znaleźliśmy podłogę ceglaną, mokrawą, ze ślimakiem bezdomkiem, plamy zielonego i czarnego życia prymitywnego i już wiedzieliśmy, że od tego zaczniemy. W drodze powrotnej zajechaliśmy do marketu z budowlanką po szczotki druciane i folię remontową…i trafiliśmy w sam środek wyprzedaży kafli podłogowych. Wybrałam trzy najładniejsze, potem dwa super-top i jeden bez którego nie chciałbym wyjść ze sklepu…ale nie miał ceny. Spodziewałam się 30 funtów za metr kwadratowy a okazało się, że na półce leży ostanie 30 pudełek i kosztują 9 funtów za metr. Ale najważniejsze to jakie to kafle! Drewnopodobne, ciemnobrązowe, z sękami i odpowiednią fakturą. Ze słonecznie żółtymi ścianami i meblami w odcieniach mahoniu, będzie magicznie.

I tak, za tydzień Suseł ze Szwagrem przekopią fundament i zanim się wprowadzimy podłoga będzie idealnie związana. A najważniejsze- nie będzie na mnie zionąć pleśnianym oparem a ja nie będę się bała znieść Majkoskiej w leżaczku do kuchni.

Mam plan na urządzenie kominka ale potrzebuję pobuszować po wyprzedażach, żeby znaleźć miedziany kociołek. Taki, żeby wstawić go na dno kominka, nawtykać do środka drewienek i git.

Wszystkie ściany mogą choć nie muszą być odmalowane ale okazało się, że ściany w całym domu, pod warstwą farby mają tapety. Nie ma więc sensu gładziować i malować tapet, cudnej urody kwieciste wzorce trzeba będzie zerwać.

Rwę się do remontowania ale z Arbuzikiem niewiele mogę. Mam zadyszkę po trzech stopniach schodów, kucam wieki, wstaję całe tysiąclecia, trzymając się kijaszków. Chcę rwać chwasty, zdzierać tynk, opalać rury… a zasypiam na stojąco jak nie zjem batonika.

Właśnie, batonik….

Same żale i upierdliwości

Zwykły wpis

Dalej o Polaczkach i o tym, że z Rodziną najlepiej wychodzi się na idiotę.

Powróciła mara Teściowej u progu. I dokładnie wtedy, kiedy ja będę stawiać pierwsze kroki w przewijaniu i kąpaniu Majkoskiej, Teściowa zawita na Wyspy. Padł na mnie strach blady. Z moją asertywnością i poprzednimi doświadczeniami, zmęczona przejściami szpitalnymi, niepewna w roli mamy, starająca się wszystko ogarnąć i dodatkowo organizować przeprowadzkę mojej Mamy, będę miała Teściową tuż obok. A o tym już kiedyś pisałam.

Kiedy stara wilczyca rodzi małe wilczątka w zaciszu swojej norki, nie sprasza niedźwiedzia, zajączka i lwa, króla wszystkich zwierząt na libację ani nie wysyła kartek do kuzynów królika, żeby wpadli na „obglądanie” osesków. Starym i odwiecznym instynktem przyszłej matki, czy to człowieka czy zwierzęcia jest znalezienie sobie cichej, oddalonej od zgiełku norki. Już świadomość, że w szpitalu będę otoczona całą rzeszą na wpół zainteresownych ludzi jest dla mnie dyskomfortem a ewentualnych znajomych traktuję jako konieczność, która dzięki Bogu kończy się wraz z herbatą na dnie szklanki.

I nie chodzi o to, że nie chcę tu Teściowej. Nie chce nikogo na wpół obcego, do kogo nie mam zaufania i przed kim nie będę miała odwagi paradować w piżamce, z rozwianym włosem.

Ale to najwyraźniej jest traktowane jako FaFaRaFa. Bo już z rozmowy ze Szwagrem wnioskuję, że dobrze nie jest. Powiedział: „Ja tam w szczegóły nie wnikam.” I to mi wystarczyło. A Suseł, chociaż powody starej wilczycy zna i rozumie, Rodzinie ich nie tłumaczy, zastępując je ogólnym i bardzo dyplomatycznym: „No, przyjedzie a parę dni, zrobimy tak, żeby nikomu nic nie uwierało.”.

I do jednego worka pewnie wpadnę razem z FakiJapi, która po raz kolejny pokazała swoją prawdziwą gębę. Na wiadomość o przyjeździe własnej matki, która spragniona od miesięcy marzy o zobaczeniu Wnuka, stwierdziła, że na ten czas będzie gościć znajomych i nie będzie u niej miejsca na matkę. Ja tymczasem już wywęszyłam, że Suseł w całej swojej łagodności będzie woził Teściową do Wnuka, 40 kilometrów dziennie, bo FakiJapi nawet nie raczy dołożyć się do jej pobytu, zupełnie jak rok temu. Postawiłam bana na kursy naszym autem i z góry określiłam gdzie się kończy usługiwanie FakiJapi, nawet jeśli chodzi o kontakty Susła z siostrzeńcem. Bo Suseł lata i bawi się z maluchem a Faki jak zwykle uważa, że to jej przywilej, nic nie dając od siebie. Suseł kupuje zabawki, telewizorek ale czy z tego powodu mamy liczyć na hojność ze strony FakiJapi w stosunku do Majki?
Rok temu wyśmiała go wtedy kiedy przypomniał, że mogłaby coś dorzucić do miesięcznej wizyty skoro ma babcię do wnuka. Tym razem, kiedy usłyszała, że nie może liczyć na to, że Suseł będzie dowoził jej matkę pod drzwi, stwierdziła, że mama musi się liczyć z tym, że w takim razie nie spotka się z Wnukiem w czasie jej pobytu.

Ludzie! Co za zgroza! Suseł i Brat z rodziną dzwonią do siebie cały dzień urządzając telekonferencje, ja siedzę i powtarzam w kółko, że nie jestem zdziwiona bo jak nie potrzebuje jednego i drugiego brata, najbliżej rodziny tak i nie potrzebuje do szczęścia matki. Taka z niej prukwa nieziemska.

Ale w końcowym rozrachunku, ja wychodzę na równie podłą paskudę, bo też „nie chcę jej, kiedy przyjedzie”, nie? A Szwagier nie wnika. Superowo.

***

Wybiłam dziś mojej Rodzicielce branie ze sobą tasaka jako niezbędnego utensylia kuchennego. Również 6 kubków, kilku ulubionych patelni i zestawów sitek. Żadnych narzędzi mordu ani cedzaków!

***

Ja za to kupiłam dziś cztery ręcznie malowane filiżany ze spodeczkami, w kratki, paski, groszki kropcie.

Odebraliśmy w piątek klucze do domu i jutro jedziemy z pierwszym transportem pudeł i pudełek. Pojedzie kołyska, walizka Majki (jeszcze nie ma jej na świecie, a już ma więcej bagażu niż ja, kiedy przyjeżdżałam na Wyspy!), szklarnia ogrodowa, opalarka, wiertarka, donice i wszystko to co już może powoli zagrzewać miejsce w Domu.

Biorę ze sobą miarkę, notesik i aparat. Skoro mam urlop, już mogę zacząć szyć zasłony i planować gdzie co postawić.

***

Z okazji urlopu, mam w planie siedzieć i malować w Corelu Painterze X aż mi ręka uschnie. Suseł dokonał aktu hakerstwa na oprogramowaniu, które codziennie straszyło mnie konsekwencjami łamania prawa i zbliżającym się końcem trajala. Teraz mogę bezkarnie i całkiem bezczelnie odkrywać tajemnice cyfrowych akwareli i binarnych akryli, szkicować i eksperymentować inspirowana miesięcznikiem Corela i ich kursami artystycznymi. Jak się odważę, wkleję pikczersa.

***

A teraz coś do śmiacia.

Najpiękniejsza scenka z udziałem angielskiej niewiedzy i ignorancji.

Scenka przy kasie, czekamy na autoryzajcę Team Leadera, ja pukam długopisem w blat, Klientka z Synem stoją i potulnie czekają. Klientka wpatruje się w puszkę Akcji Charytatywnej Roku 2008. Akcja ta jest dość ciekawa, szczególnie dla Polaka. Przeznacza zebrane pieniądze na cele hospicjów wspomagaych przez organizację „Marie Curie Cancer Care”. Nikt tu nie wie kim była Marie Curie, dlaczego jej imieniem nazwano organizację zajmującą się osobami w terminalych stadiach chorowby nowotworowe, ot jakaś tam Maryśka.

Klientka wataruje się więc w żółte logo akcji, nazwę i nagle wybucha z autentycznie zbolałą miną:
-Boże, to okropne! Po francusku moje imię znaczy RAK!
-Co??
-Rak! Tu jest napisane!- i pokazuje palcem:

Marie Curie
Cancer Care

-Że po francusku Marie to „cancer” a Curie to „care”. To okropne!

Zaniemówiłam i kilka razy zaczynałam czytać napis na puszce na nowo zanim zakliknęła mi w głowie ścieżka myślowa Klientki. Całkiem zresztą inteligentnie wyglądającej, z Synem okularnikiem, spokojnym, z rozgarniętym spojrzeniem.

Kiedy zakumkałam, padłam jak siedziałam.

-Nie, to nie znaczy „cancer care” po francusku. To imię i nazwisko polskiej laureatki Nagrody Nobla, wybitnej chemiczki, która umarła na białaczkę w wyniku prac badawczych nad odkryciem pierwiastków radioaktywnych. Naprawdę nazywała się Maria Sklodowska, Curie po mężu Francuzie.
-Doprawdy! No cóż, to w sumie lepsze niż nazywać się „rak”!

W sumie miała rację, nieważne, że noblistka, naukowiec, ważne że nie rak. Przynajmniej odsunęłam smutek z jej liczka. I kręciłam głową z niedowierzania do wieczora.

Taka oto jest ta wiedza ogólna w kraju, gdzie wojnę wygrali Anglicy ratując cały świat od zagłady a że do ME w piłce nożnej się nie zakwalifikowali bo po co? Tak, po co?- przeczytałam w nagłówkowym artykule brukowca. Autor stwierdził, wyrażając tym opinię całego narodu, że ME to żadna tam frajda, trzeba by było po meczach jeździć, narażać się na kontakt z innymi narodowościami, piwo pić…a tak można siedzieć w domu, do pubu wyskoczyć, niech sobie tam za piłką latają, jak gupki. Anglicy! O Świętej Piłce Nożnej! Na pierwszej stronie!! Świat się kończy. 🙂 Jak dzieci.

A jeśli chodzi o gazety, Anglicy są na dnie rozpaczy i krok od ubóstwa graniczącego z wizją Londynu z XVIII wieku- brudne, niedokarmione dzieci taplające się w płynących rynsztokach, męższczyźni harujący w fabrykach i kopalniach i ich kobiety składające pens do pensa za skubanie kurczaków i usługi cielesne dla arystokratów, odziane w brudno- szare suknie, których kolor zlewa się z kolorem rynsztoka. Codziennie można przeczytać jak „potwornie wzrastają”, „idą po spirali” ceny ż
ywności i koszty utrzymania rodziny. Skandal! Cena ziemniaków śmiała wzrosnąć o 10 pensów w porówaniu z ceną z lata 2004! 10 pensów! Co ten rząd sobie myśli, że Anglik ma zarzucić picie piwa w pubie i jedzenie czipsów przy 42 calowym telewizorze? Bo wszystko idzie w górę?

Dla przeciętnego Anglika, życie staje się nie do zniesienia, ulice pełne emigrantów, nożowników i zboczeńców, drożeją czipsy, a paliwo jest tak drogie, że niedługo zaczną porzucać pracę, bo na piechotę za daleko. I zaczną zasialać rzesze bezrobotnych współziomków, którzy mnożą się jak króliki wypasieni na zasiłkach od państwa, przełączający kanały w poszukiwaniu programów propagandowych jak emigranci podbierają im lukratywne posady w supermarketach i skazują im dzieci na biedę.

Z piątkowej gazety- łzawy artukuł o rodzinie zarabiającej 22 000 funtów rocznie, która na łamach dzieli się swoim nieszczęściem. Wyobraźcie sobie- po zapłaceniu czynszu, opłat za media, paliwa, zakupie jedzenia…zostaje im 100 funtów miesięcznie na własne wydatki! I co najgorsze, rodzinne wypady za miasto muszą ograniczać do 2 z 4 miesięcznie! Zgroza! 100 funtów po wszystch tych, straszliwych opłatach drążących kieszeń!!

Kiedy oburzona prycham w gazetę, współpracownicy pytają się o powód mojego wzburzenia. I nie wierzą, że w Polsce taka rodzina ma 1000 zł na miesiąc, po opłatach i kosztach życia codziennego nie stać ich na buty dla dziecka, podręczniki a opłatę za gaz odkładają na następny miesiąc, kiedy nie będą płacić za prąd. Samochodu nie mają, wszędzie chodzą na piechotę bo tramwaj kosztuje tyle co chleb, szkoła żąda nowego mundurka a zakupy robią tylko w Biedronce gdzie nie o jakość ale o cenę idzie.

Nie wierzą, że ceny potrafią skoczyć o 40% w ciągu roku, nie są w stanie wyobrazić sobie 24% bezrobocia w kraju i jak to tak, żeby spodnie dla dziecka kosztowały tyle co wizyta w restauracji. A chodzicie czasem gdzieś? Do pubu? A co z kinem? Z socjalizacją? Takie drogie rozmowy telefoniczne? I Internet? A czemu chodzą piechotą, przecież nogi bolą!

Załamuję ręce i złość mnie bierze. Wielka złość. Tacy są zbici i skrzywdzeni przez życie, płacąc rachunek za trzy wózki żarcia i pierduł, bez których można się spokojnie obejść- elfie skrzydła dla córki, po 42 funty i kostium supermana dla synka – „Patrz, ile ty mnie kosztujesz!”

Żenada, ale dość o tym.

Branocki.

Poleczka z overlockiem

Zwykły wpis

Już. Przede mną 10 miesięcy urlopu.

Ostatnie dwa dni były jak koszmar z popularnej ulicy. I im bardziej starałam się być miła, tym bardziej cudownym sposobem klientom udawało się ujść od kasy z życiem. Sobota pobiła wszelkie rekordy. I kiedy od rana cieszyłam się klientką Polką, która okazała objawy życia wewnętrznego, po południu zarykiwałam się od śmiechu nad pewną młodą Poleczką, która…. a było tak.

Kasuję, kasuję, nagle za plecami słyszę polskie ujadanie. Odwróciłam się raz, młoda Kasjerka walczyła z wielkim pudłem z maszyną typu ‚overlock’ Toyoty a przy kasie stała Poleczka z Mamusią. Poleczka dwudziestoparoletnia- doszorowana, uczesana i ubrana ale Mamusia zdradzała pochodzenie córeczki- szara kufaja pikowana, szare, suche włosy, brak sztucznej szczęki i pogardliwe spojrzenie maskujące zagubienie wśród obcych..
Pudło było pokaźnej wielkości i wagi a naklejka głosiła, że zawartość chroniona jest elektronicznym prztylkiem, wrzuconym do środka. Kasjerka otworzyła pudło, co Poleczka skomentowała głośnym Bur Bur, i stwierdziła, że pudło jest za głębokie żeby dojrzeć co jest na dnie. Wzięła więc ładunek i poniosła do bramki, żeby sprawdzić czy zabezpieczenia jest w środku czy podarować sobie szukania czegoś co nie istnieje. Mamusia poleciała za Kasjerką jak na smyczy, rozglądając się na boki, jakby szukając pomocy bo „kradną jej overlocka!”. Kasjerka zatrzymała się przy bramce, Mamusia wjechała jej na plecy i popchnęła razem z pudłem, bo nie spodziewała się awaryjnego stopu. Kasjerka zdezorientowana poinformowała, że tylko sprawdza czy pudło zapiszczy na bramce! Mamusia – totalnie zaskoczona zdziwiła się, że mówią do niej po angielsku (cud na Wyspach). Wtedy Córeczka zawyła na pół sklepu, głosem pewnym i zadziornym:
-Szi not spik inglisz!- jakby to było tak cholernie oczywiste.
-Ty też nie za dobrze- pomyślałam ale dalej obserwowałam scenkę.
Matka spojrzała na Córkę dając do zrozumienia, że oto mają do czynienia z jakąś kretynką! Biega z pudłem i coś mówi po angielsku- debilka…
Wtedy rozpoczęło się na dobre. Poleczka zaczęła nawijać coś do Kasjerki ale takim tonem, jakby właśnie reklamowała butelkę PoloCocty w Społem, dwadzieścia lat temu. Głośno, z pretensją, pochylając się agresywnie nad blatem. Odwróciłam się ponownie i zrobiło mi się niedobrze. Miała rozdymane nozdrza i pogardę na pysku. Kasjerka nic nie rozumiała. Wtedy przypomniała sobie, że ma za plecami Polkę, okręciła się na krześle z przestraszonym spojrzeniem.

Help!

I poprosiła o pomoc w tłumaczeniu. Poleczka ani myślała zrezygnować z chińsko- angielskiego i nadal nawiajała, głośno jak syrena alarmowa.

-Garanti! Aj łont garanti bikos i want abrołd!

Zaczęłam więc tłumaczyć Kasjerce, że dziewucha chce gwarancji i obie tłumaczyłyśmy, że w Anglii wystarczy paragon ze sklepu, potwierdzający zakup. Nie wystawia się już książeczek z pieczątką i podpisem kierownika sklepu! Poleczka ni ustępowała, tymczasem zaczynała się rozglądać na boki, sugerując, że obie jesteśmy kretynkami i tracimy jej czas. Mamusia prychała jak klacz i wydymała puste wargi.
W końcu kategorycznie stwierdziłam, że nie dostanie nic więcej i wydruk kasowy w zupełności wystarczy. Poleczka ustąpiła, odpuściła i wyjęła portfel. Kiedy odwracałam się w swoją stronę, po raz pierwszy po polsku, krzyknęła do mnie na cały sklep, komentując Kasjerkę:

-ALE Z NIEJ BURAK, CO? – obie panie ryknęły szyderczym śmiechem.

I tak oto zrobiło mi się niedobrze. Bardzo. Wstyd i źle. Paskudnie. Zamarzyło mi się zmienić paszport.

A rano było tak pięknie. Do kasy podeszła pewna dystyngowana dama, która od niedawna pracuje w moim sklepie, na nocnej zmianie, ładując w przysłowiowe póły. Od Susła wiem, że owa dama jest przemiłą osobą wykształconą, prze wiele lat śpiewała we Wrocławskiej Operze a teraz przyjechała do Anglii na kilka lat podreperować rodzinny budżet. Co zobaczyłam na taśmie? Wódkę i zakąskę? Oczywiście, że nie. Normalne jedzenie, coś słodkiego, dwa ozdobne talerze na owoce, wazon i świeże kwiaty. Pięknie się przywitała, uśmiechem i spojrzeniem ocznym, podziękowała równie uroczo.

Przemoc, igły, alkohol i futbol

Zwykły wpis

Zostałam ofiarą przemocy domowej. :/

Po pracy czekał na mnie na parkingu. Kazał wsiąść do auta i powiózł za miasto tak szybko, że rączkami zakrywałam oczki. Wciągnął za łapę do mieszkania i siła usadził na łóżku… i wtedy wcisnął mi do ręki pilota. Kazał siedzieć, mecz oglądać, smsy słać i nigdzie od szkła nie odchodzić aż się nie skończy. Nawet picie przyniósł i prowiant. A potem pojechał z powrotem do pracy, sprawdzając czy ma odpowiednio naładowaną komórkę.

Nie wykonałam rozkazu.

/O, chyba o to mu chodziło. Ludki w białych skarpetkach biegają po trawie i się uśmiechają. To to?/

A więc rozkazu nie wykonałam, byłam już na siusiu i po słodkie, potem byłam po loda a teraz mam ekran zasłonięty laptopem. Zła ze mnie żona, zła. Będzie Suseł zły jak wróci i się dowie, że nie patrzyłam w szkiełko jak przykazał i co rusz spuszczałam akcję z oka.

I smsa nie mogę mu wysłać bo przecież postanowiłam poszusować po sieci a do tego potrzebuję telefonu, na sznurku, za oknem. Kołem mnie łamać, ot co.

***

Wprosiłam się na wizytę. Przyszedł tydzień 28 a tu ani listu ani zaproszenia na oddawanie krwi, smarków i łez? Więc sama poszłam i okazało się, że dobrze bo mieli awarię systemu i sami nie wiedzieli gdzie poszły listy a gdzie nie.

Nie kłuli. To dobrze. Spotkałam młodą panią Doktórkę, tą samą co 2 miesiące temu słuchała moich wynurzeń na temat tokofobii. Dała mi książeczkę o pokonywaniu własnych fobii i kazała się ustosunkować przed wizytą u pani od świrów. Broszurka fajna, papierowa ale trochę nie przyklejona do tematu bo opowiada jak pokonać strach przed pająkiem ale nic nie wspomina przed strachem przed salą, że tak to ujmę- porodową (czytaj: salą kaźni). Radzi na ten przykład oglądać zdjęcia pająków, potem przejść na filmy, potem potrząsać zamkniętym słoikiem z upolowanych arachnopotworem, potem otwierać słoik itd. Jak to się ma do rodzenia? Jak pięść do nosa. Ani nie mam zamiaru oglądać żadnych zdjęć części niesfornych „przed, po i w czasie”, ani rozkoszować się naturalistycznymi scenkami z filmów nakręconych przez kamerę leżącą na podłodze, upuszczoną przez omdlałego tatusia, ani odwiedzać oddziałów, ani tym bardziej czymkolwiek potrząsać!
Cierpiący na lęk wysokości mogą/nie muszą próbować się wspinać na słup wysokiego napięcia trzy razy dziennie, za każdym razem o centymetr dalej ale jak odejdzie im ochota albo ładunek w spodniach będzie za ciężki na wspinaczkę, wrócą do domu i odhaczą kolejną próbę. A przyszła mateczka cierpiąca na tokofobię ma tę przyjemność, że ma przed sobą 9 miesięcy powolnego, świadomego zbliżania się do Chwili 0, która z każdym tygodniem staje się coraz bardziej nieunikniona, coraz bardziej przerażająca i znikąd pomocy. Nie może sobie wycisnąć oseska na próbę, żeby sprawdzić jak daleko uda się jej pokonać strach, nie może w połowie wyciskania zmienić zdania i zacząć jeszcze raz w przyszłą środę po południu. Ne może poprosić o próbne skurcze, próbne znieczulenie poprzez wbicie igły w kręgosłup ani o próbne pochlastanie zadka skalpelem.

Tymczasem im więcej o tym myślę, tym częściej widzę samą siebie oczami wyobraźni pędzącą ulicą, z rozwianym włosem, gołym tyłkiem, w tej śmiesznej szpitalnej koszulince, ciągnąć za sobą rurki i sznurki i trzymając Arbuzika, żeby nie zgubić. Biegnącą daleko, za morze i las, tam gdzie nie ma szpitali, igieł, lekarzy, fartuchów, wózków, jeżdżących łózek, linoleów i tępych skalpeli.

Biedna ta Kokainka, biedna.

Jak powiedziałam pani Doktór- nie mogę się doczekać Majci, od trzech miesięcy jestem najszczęśliwszą inkubatorką na świecie, kolejne dwa miesiące będą coraz szczęśliwsze bo bliższe bejbisiowi…ale to co po środku- to czarna, potworna dziura, w którą wiem, że muszę wskoczyć.

I nie pomaga mi przekonywanie, że personel jest profesjonalny i wie jak postępować w takich przypadkach. Dadzą mi Panadol, wyślą do domu, a kiedy już wrócę na czworaka, będą się uśmiechać i pytać jak tam widoki z poziomu podłogi? Będziemy mieli do pokonania 20 kilometrów podczas których ja umrę ze strachu cztery razy, nie wspominając o tym, że Suseł może być w pracy i zanim dojedzie do domu, ja w samym środku zawału serca, będę stała z torbą szpitalną, u wylotu na szosę, ściskając kurczowo znak ograniczenia prędkości do 30 mil/h tak mocno, że ograniczenie skoczy do 90.

Z rodzeniem jest tak, jak to ujęła uroczo Angouleme Sapkowskiego: „Są takie chwile w życiu kiedy trzeba zacząć srać albo zwolnić wychodek”. Ulotki, broszurki, pogawędki a czas mija.

Tymczasem Majcia ma się doskonale i w chwili obecnej uwielbia mleko truskawkowe. Pani Doktór otworzyła tabelki z pomiarami, spojrzała na wyniki USG sprzed 2 miesięcy i aż jej brwi opadły na kark. Bo nie wiem czy wspominałam ale Majka w wieku 20 tygodnie miała wszystkie kości dłuższe o 0,5 do 1,5 od normy. Foremne, kształtne ciałko młodego wielorybka. Zarządziła więc ponadplanowe USG, żeby zobaczyć jak sprawy miewają się teraz (a przy okazji pewnie określić czy na prawdę nie będą mnie musieli ciąć, tak jak mi się marzy?).

No i znowu obejrzeliśmy sobie Fasolinkę- dupkę, główkę, kartoflany nosek a techniczka pomierzyła o wyszło, że Majcia postanowiła zdawać maturę o czasie i już nie rosnąć jak bambus. Idzie idealnie po krzywej wzrostu a my mamy dodatkowe zdjęcie szlachetnego profilu Jejmości.

A co do badań. Naczytałam się swego czasu na forach opinii polskich matek w angielskich szpitalach i póki sama nie doświadczyłam, załamywałam ręce nad zacofaniem wyspiarskiej medycyny.

90% matek twierdziło, że miało tylko dwa skany USG przez cały czas, musiały prosić się o badania krwi itp. więc zniechęcone i zmartwione latały do Polski raz w miesiącu do prywatnych klinik, gdzie wałkowano je, międlono i prześwietlano do pięt w poszukiwaniu tego czego nie było. Ta sama ilość twierdziło, że słyszało bicie serduszka tylko raz przez całą ciążę, w 20 tygodniu, podczas skanu anomalii.

Może, może w Londynie albo jakiejś innej pipidówie. Ale jak na razie, mieliśmy 3 skany, pozostały jeszcze 2, krew mi utaczają na hektolitry co wizytę (oprócz tej), błagają o próbki sików a serduszko dane mi było słyszeć już…6 razy.

Ale wyjaśnieniem tej drastycznej różnicy (hej, mieszkam w Dolinie Krzemowej położnictwa?0 może być ta krótka oto historia. Pewna mateczka założyła specjalny topik na którym poskarżyła się całemu światu jak tępa jest angielska służba zdrowia bo:
a) pierwszy wywiad trwał 20 minut
b) kiedy przyniosła siuśki w słoiku, pani wsadziła do niego tylko papierek lakmusowy, określiła odczyn próbki a resztę wylała
c)oddała jej słoik, razem z workiem, (..) chyba, żebym użyła go sobie jeszcze raz (..)

Czytając tą mrożącą krew w żyłach historię o zaniedbaniach w zaciszu papierka lakmusowego, pomyślałam, że dziewczyna musi mieć rację i może być w niebezpieczeństwie, chociażby ze względu na tak krótki wywiad medyczny.

I kiedy sama niosłam swoje płyny do badania, w słoiczku po Nesce, zawiniętym w worek, czekałam tylko na podobną scenkę. I co? I doczekałam się, toczka w toczkę identyczną sytuację. Pani zanurzyła w słoiku papierek i odłożyła na bok, wylała zawartość do zlewu i oddała mi.

ALE. Ale ponieważ mówię po angielsku biegle i nie obca jest mi terminologia medyczna (oglądałam wszystkie Ostre Dyżury) i nie wstydzę się języka w gębie, od razu wszystkiego się dowiedziałam.
Otóż: papierek, jest lakmusowy, też ale tak naprawdę to 10 badań w jednym
. Ponieważ na całej długości ma obszary wrażliwe na różne czynniki: białko, krew, cukier, kilka hormonów itp. i po odczekaniu kilku chwil pojawia się na nim tęczowa gama kolorów, którą pani technik odczytuje według wzornika i w razie niepokojących wartości, odsyła do laboratorium.
A słoik? Nie oddaje go, żeby sobie w nim później nosić do pracy sałatkę warzywną. Szpitale nie przyjmują słoików czy gąsiorków na wino z prostej przyczyny- nie podpisują umowy na recykling szkła i nie mogą umieszczać go w koszach z plastikiem, papierem czy niebezpiecznymi substancjami. Proste, co?

A wywiad? Mój trwał prawie 3 godziny. Bo miałam co powiedzieć. Bo znałam historię medyczną swojej rodziny, Suseł swojej, z nazwami, objawami i częściami ciała. Umiałam opisać, wytłumaczyć, pani po chwili zaczęła zadawać coraz więcej pytań i robiła niezbędne notatki o wszystkim co mi się przytrafiło w życiu na polu medycznym.

Kluczem stało się znowu to samo hasło: język. W końcowych uwagach, kolejnym członkom personelu napisała: excellent english. I nikt mnie z kwitkiem nigdzie nie odesłał.

Dobra, dość tego pola medycznego.

***

Dziś nasi hipoteczni przedstawiciele wymielili się kontraktami. Co oznacza, że powiedzieliśmy sakramentalne Tak i od dziś, oficjalnie- Dom jest nasz. Za tydzień odbieramy klucze i możemy szaleć! Czyli akcja Kartonada, odsłona druga.

***

Do odejścia na urlop macierzyński zostało mi dni pracy 7. W sobotę za tydzień, kupię sobie wielką butlę Łiskacza Value, drugą butlę Smirnoffa i jeszcze jedną Absoluta, torbę lodu, zmieszam wszystko razem we wiadrze i wypiję duszkiem. Upierdolę się jak młoda norka i stracę kontrolę nad czynnościami fizjologicznymi, z tego szczęścia.
Nie? Że ja niepijąca muszę być? Co na to Majka? Cholera, odmawiają mi największej przyjemności związanej z rozstawianiem się z pracą na 6 miesięcy.

Byłoby tak pięknie, bym sobie leżała pod kaloryferem, nuciła „I’ma little Lamb, lost in the wood…” i świętowała…

***

Czas na mleko z Nesquickiem. Na litr. Mecz jak był nudny tak jest, tym bardziej, że oglądam wersję niemieckojęzyczną. A że nie mówią kwiecistym językiem Tilla Lindemanna, mało rozumiem. Tyle, że wyłapuję jak przy piłce jest ten, no, Krzynówek. To wtedy, kiedy słyszę „Tszczynóe”.
Smsa Susłowi wysłałam, powodu do kolejnego nie ma, ale to chyba dobrze, że jest, to znaczy, że ktoś wygrywa, nie?

PS. Zanim wcisnęłam guziczek publikacji, zrobiło się „einc cu einc” na trawie.

Kilka słów do AOLa, coś o zabawkach i ponownie o wychowaniu

Zwykły wpis

Mamy pełnię lata, 30 w cieniu, podlewam kwiatki trzy razy dziennie. Pół trawnika czeka na dokoszenie, moczę groch na zupę grochową i nie chcę iść jutro do pracy. To w skrócie. I cieknie nam pralka, więc toniemy pod stertą prania a do rzeki daleko. Mam 105 cm w pasie, ważę 12 kilo więcej przez te wszytskie płyny hamulcowe w Arbuziku, piję jak smoczyca po ostrym chlaniu i latam na pipi jak z chorym pęcherzem. Jem wszystko co popadnie, sałatę z paprykarzem, fasolę z kurczakiem, wszystko zalewam czarną porzeczką, pogryzam orzeszkiem i chcę jeszcze. Ważne, że Majci smakuje.

Co można napisać po tygodniowej nieobecności będąc mną? Zdarzyło się milion rzeczy, miałam miliard przemyśleń, niektóre z nich wybitnie złośliwe, na miriady można liczyć momenty kiedy klęłam jak szewc na brak łączności ze światem…

Tatku, bzik.

Doszło do tego, że zaczęłam notować o czym mam pisać na serwetkach i odwrotach rachunków kasowych bo nieprzebrane skarby tematów znikają zanim się obejrzę. :/

Suseł uzbroił się dziś w cierpliwość i zasiadł do telefonu gotowy postawić AOLowi biurka na głowach. Z tym naszym AOLem to jest tak, że mamy z nimi kontrakt już 2,5 roku- znamy bezczeli, choć dotąd nie mogliśmy narzekać. Problem pojawił się kiedy zmieniliśmy dom a wraz z nim odnowiliśmy kontrakt, zamówiliśmy PSIII i na dodatek BT zmieniło nam numer telefonu. Dla operatora AOLa to jak najwyraźniej za dużo. A cała rozrywka ma się powtórzyć za miesiąc, kiedy znowu się przeprowadzimy, tym razem przekraczając granicę hrabstwa, ponownie zmieniając numer… i znowu będziemy czekać na Godota uparcie dotykając kabla językiem, żeby sprawdzić czy już lecą bity czy nie?

Wtedy ja będę już na urlopie i zamiast spędzać bezproduktywnie godziny na dyskusjach z Rodzicielką na temat kolory ścian w nowej kuchi- będę siedzieć na stołku i patrzeć w ścianę białą. Bo z Arbuzikiem i AOLem ani nie pomaluję ani nie pogadam :/

Dziś końcowe metry w sztafecie „Hipoteka”. Dostaliśmy ostatnie papiurki, podpisaliśmy grzecznie i jedziemy złożyć podpis krwiom własnom. Ale to zaraz po tym jak zjem jajecznicę o której kwieciście opowiadał mi Susełek zapewniając, że będzie gotowa za minut 5. Pół godziny temu. A potem wział telefon w garść i poszedł do ogródka besztać AOLa. A ja kcem chlepka chociaż!

PS. Po dłuugiej i owocnej rozmowie z konsultantem dowiedzieliśmy się takich newsów, że aż sama do nich zadzwonię i powiem co o nich myślę. Trzy już razy dzwoniliśmy do łosi z pytaniem gdzie jest PSIII. A to adres nie taki, a to akurat wyszły, a to czekają na dostawę. Okazało się, że:
**wcale nie zmienili naszego adresu, nie zanotowali, że chcemy zmienić anbonament, że coklowiek zamówiliśmy… To jakim ja się pytam cudem, dzwoniąc do nich, każdy konsultant miał pełne dane i gotową hisoryjkę na temat położenia geograficznego Plejki?
Co więcej, skoro nie zmieniliśmy adresu ani abonamnetu to :
**kto, gdzie i jakim śrubokrętem dłubie w szafce rozdzielczej już ósmy tydzień, żeby w pocie czoła zapuścić nam bity, jak zaklinają się konsultanci?
I skoro, jak łatwo ustalić nikt nie grzebie rzeczonym śrubokrętem to:
**jakim cudem dzisiejszy konsultant stwierdził, że AOL ma problemy techniczne z naszą linią i potrwa to jeszcze TRZY TYGODNIE??

Ja się pytam!! Bo jak wezmę sama tą słuchawkę to Pakistan na Pakistanie nie ostanie!

Wczoraj pojechaliśmy obejrzeć Maleńswto Małej Mi. Maleństwo jest takie małe, że bez trudu zmieściłoby się w koszyczku z nićmi Nimbli. Wszytsko ma małe i śliczne. Mała Mi natomiast swoim tradycyjnym sposobem „Byłam, widziałam, mam koszulkę” zanegowałą mój plan używania peluch tetrowych I pieluch jednorazowych (bo po co?), poklepała mnie zapewniając, że „poczekaj, sama będziesz miała dość” (Maleństwo ma 3 tygodnie) i uśmiała się na moje ostatnie zakupy.

O zakupach to zaraz, a w ten sposób umniejszyła mi radość i zmusiła do bronienia pomysłu, że dziecko powinno mieć ładny pokoik niezależnie od tego ile kup dziennie robi do pieluchy, jak często otwiera ślipka i za ile lat zacznie korzystać z naszych prezentów.

Ale osądźcie sami.

Kupiłam wanienkę do kąpania. Z korkiem w dnie, żeby nie rozlewać wody przy wylewaniu dziecka do wanny lub klozetu. Z miską podzieloną na dwie komory na moczenie i pranie drobnicy. Z gąbką do mycia, z termometrem do wody, z kocykiem w kopertkę…A wszystko to w ślicznym miodowym kolorze z przewodnim tematem misia przy kąpaniu, w postaci zestawu.
Okazało się, że wanienka nie jest potrzebna. Chociaż miski to im brakuje bo mieli ale dziś jest w garażu a w sklepie akurat nie mieli.

Kupiłam matkę do przewijania, nieprzepuszczalną i podkładkę pod prześcieradełko, też nieprzepuszczalną, żeby nie musieć kupować nowego materaca co większe sikanie. Po co? Najwyraźniej nie wiadomo a ja jestem młoda i gupia matka co „nie była, nie widziała i koszulki nie kupiła”.

Mamy kołyskę. Pomijam fakt, że za bezcen i mamy ją zamiar sprzedać kiedy tylko Majcia zacznie wystawiać łebek znad barierki. Po co mi kołyska? Łóżeczko tak samo, po co? Ich Maleńswto śpi w wózku spacerowym rozstawionym w salonie i też jest dobrze.

A wczoraj pojechaliśmy na carboot i poszalałam. Majcia ma śliczny, mały pokoik, na ścianie po poprzednim małym lokatorze został wymalowany akrylem słoń w śpioszkach, z balonikiem, ściany mają łagodny kremowy kolor, są półki na zabawki i takie tam „zbędności”. Czy to ważne ile miesięcy musi minąć zanim Majcia zacznie wyciągać łapki po zabawki? Czy mam czekać z kupnem każdej zabawki zanim nastąpi moment kiedy będzie potrzeba? Czy może wcale nie kupować zabawek ani nie dekorować pokoiku, przecież dziecko nie doceni bo pakuje wszystko do pyska niezależnie czy to kamień czy bułka i ma głęboko w czekoladowym oczku wizualny walor swojego otoczenia? A może mam hodować kukłę, która tak samo tępym wzrokiem wpatruje się zarówno w ludzi i przedmioty, tak jak widzę to często, kiedy spoziera na mnie coś małego z dna wózka klienta?

I tak oto pożałowałam, że pochwaliłam się, że kupiłam Majkoskiej … domek dla lalek. Ale nie taki plastikowy, różowy, gdzie wszystko się łamie i stanowi zagrożenie dla życia i zdrowia otoczenia i to nie tylko ze względu na kolor. Prawdziwy, drewniany, solidny, wielki domek. Z pięcioma pomieszczeniami, wiktoriańskimi okienkami, otwieranym dachem i mnóstwem drewnianych mebelków, z otwieranymi drzwiczkami, szufladkami, nawet wanną, kuchenką, lampami stolikowymi, kotem, psem i czterema ludkami z ruchomymi rączkami i nóżkami, żeby mogły siedzieć w salonie albo leżeć w łóżeczkach. Wszystko pomalowane na piękne, żywe kolory, wymagające tylko kilku podmalowań bo domek był najwyraźniej centrum życia jakiegoś dziecka a drewniany piesek oczkiem w głowie. Pewnie właśnie dlatego sam już oczków nie ma.

I co usłyszałam? Że SOBIE kupiłam, bo po co Majce?

Dzięki Bogu, nie pochwaliłam się co jeszcze kupiłam, bo też poszalałam. Stawiając na klasyki literatury i wychowanie bez agresji, SuperBohaterów, LazyTownów, Scooby Doobów i innych wymysłów telewizji XXI wieku, rozglądam się za kompletem książek „Peter Rabbit”, Kubusiem Puchatkiem (bo ponad 50 letnie wydanie jakie mam długo nie przetrwa w dziecięcych rączkach). Mam już kompletną Narnię, „Gdzie szumią wierzby”… taki głupi zamiar mam, żeby czytać dziecku jak mi czytała Rodzicielka. A jej Babcia.

W czasie tego rozglądania się za książeczkami, stanęłam i wlepiłam wzrok w pełną brygadę pluszaków Kubusia Parchatka, nowiusieńkie, duże postacie, wiernie zaprojekt
owane i uszyte…i nie mogłam się oprzeć. Ponieważ Prosiaczka już mam (w 7 rozmiarach), mam też Osiołka, kupiłam więc od Mamy z Synkiem: Kubulca, Tygryska, Pana Sowę, Królika i Kangurzycę z Maleństwem.
Synek był najwyraźniej bardzo przywiązany do swoich pluszaków bo oddał je z uśmiechem dopiero wtedy kiedy zaprezentowałąm Arbuzika i zapewniłam, że idą w dobre rączki.

Dobrze, że nie przyznałam się więc do tej brygady Milnego. Aż uff.

A potem przypomniała mi moja Rodzicielka. Jak to ją wyśmiewały sąsiadki kiedy od pierwszego tygodnia mojego życia puszczała mi bajki z magnetofonu szpulowego. W kółko Calineczkę, Piotrusia Pana, a potem z adapteru- całe góry winylowych opowieści o królewnach, smokach i rycerzach. Wyśmiewały ją od wariatek, pukały się w głowy ale kiedy przyszło do mówienia, ja nawijałam jak katarynka, nie połykałam końcówek, nie zdrabniałam „ciotusia- pielusia”, nie upraszczałam sobie wymawiając „lowel” zamiast „rower” a ich dzieci, rodzone w tym samym czasie, na widok słoneczka wydawały z siebie ogólnie pojęte Uuuaagaahaaaa! Bo dla nich dziecko zaczynało być jednostką myślącą w dniu inauguracji podstawówki. Ich krzyżyk im na drogę.

Ciekawe co bym usłyszała gdybym przyznała się, że już teraz Majcia słucha muzyki klasycznej bo ją uspokaja i nie lubi Metalliki. Chyba, że te podskoki i salta to wczesne wprawki przed majtaniem wdzięcznie główką tuż przy barierce pod sceną? 😛

Temat traktowania dziecka jak bezwolnej kukły nie schodzi mi z czołówki tematów do przemyśleń przy kanapce. Nie twierdzę, że wychowywały mnie SuperNianie, że nikt nie popełniał błędów, nie bywał zmęczony, zniecierpliwiony (szczególnie względem takiego upartego osła jak Kokainka). Sama ostatnio wspominałam jak krwawe i pełna prucia flaków opowieści o porodach pozostawiły we mnie, no cóż, niezatarty ślad. Ale wychowałam się w rodzinie w której dziecko to indywidualna osobowość, chętna do nauki, poznawania świata, zachęcana do odkrywania nowego na najmniejszy sygnał zainteresowania nową dziedziną. Może sto razy byłam z Babcią w Muzeum przy Ogrodzie Botanicznym, gdzie całymi godzinami jako dziewusia metr dwadzieścia, stałam na zydelku podsuwanym przez starszą panią pilnującą ekspozycji i zaglądałam w mikroskop aż mi oko więdło. A tam kłebiły się prehistoryczne owady w bursztynach, motyle jaja, żucze odnóża i łuski złotych smoków. Jako ośmiolatka lubiłam Muzeum Narodowe i Muzeum Poczty, potem chodziłam na zajęcia z lepienia w glinie, papieroplastyki, malarstwa dla dzieci, baletu, tańca towarzyskiego, w domu można było mnie zostawić z Encyklopedią Larousse’a na całe wieki a ja zaczarowana oglądałam zdjęcia krewetek, stygnącej lawy, Pigmejów z drewienkami w egzotycznych częściach ciała i popiersi Darwina.

Może dlatego, że moje Rodzicielki były z wykształcenia nauczycielkami i wiedza była dla nich wartością nadrzędną? Czy dlatego nigdy, kiedy zadawałam ciągi pytań i to na co jeździ tramwaj i dlaczego zimno mi rączki kiedy wystawiam je przez okno samochodu, nie otrzymywałam byle jakiej odpowiedzi. Babcia wycinała mi z Przyjaciółki dział ciekawostek, Mama przynosiła do domu każdą książkę o nauce jaką dostawała na stan w księgarni, do przeczytania i oddania, jeśli była droga jak operacja na otwartym sercu.

Ja i Suseł jesteśmy tacy sami. Wiedza nie jest dla nas konsekwencją nudnych godzin spędzonych w klasie, kiedy na dworze wagarowicze grają w piłkę. Jest Celem. I chociaż już skończyliśmy naszą drogę w blaskach kaganka Ministerstwa Edukacji nie ma dnia, żebyśmy nie rozmawiali na tematy związane z fizyką, matematyką, biologia, geografią… Naszą ulubionym kanałem na Nce jest Discovery Historia a moje półki uginają się od książek o tematyce wyżej wspomnianej. U licznych znajomych na półce stoi i dumnie wypina grzbiet katalog Argosa.

Ale to oni się ze mnie nabijają. Dziwy to, dziwy. Będzie wojna, oj będzie.

Dziś wpłaciliśmy depozyt i pozostały już ostatnie formalności przez odebraniem kluczy. Nie obyło się bez zgrzytu, bo NatWest zażyczył sobie nie włączać opłat urzędowych w kredyt i musiałam iść do banku i brać 2000 pożyczki na poczet znaczków skarbowych, kosztów manipulacyjnych itp. Szczęście mamy, że jestem klientem wzorowym, nie mam debetów i nie zasysam z kart więcej niż mogę. Pieniądzory dostaliśmy od ręki ale spłacać je przyjdzie miesięcy 30. Kurka franca.

Na tą okoliczność zrobiłam się piękną, dobiłam konto rachunkiem za tą urodę i jest mi z tym dobzie. I Susłowi się podoba.