Monthly Archives: Sierpień 2010

Hinduskich Zaręczyn część II, podejście II.

Zwykły wpis

Wspominałam jak wsiorbało mi post o Hinduskich Zaręczynach II? Trudno mi dziś opisać wszystko tak dokładnie jak wtedy ale przynajmniej wkleję kilka zdjęć z opisami, żeby pokazać Wam imprezę przez dziurkę od klucza.

Tym razem sala była ozdobiona bardziej tradycyjnie, z siedziskami na podłodze, baldachimem dla pary narzeczeńskiej i poczęstunkiem przygotowanym ściśle według zasad wymaganych w czasie tego typu przyjęcia.

  

Żadnego tym razem alkoholu, bąbelków, soków z pomarańczy- czysta woda i ściśle wegetariańskie potrawy ze ślubnymi deserami symbolizującymi Coś Tam (nie dowiedziałam się dokładnie co. 😦 )

 

   

Tym razem impreza została ograniczona do rodziny najbliższej co zredukowało 500 gości do skromnej grupki osób 300.

  

Była to wersja pierwszego przyjęcia w formie oficjalnej podczas której w tradycyjny sposób obie zapoznane ze sobą w lutym rodziny stały się jedną po tym jak Mistrz Ceremonii nasmarował wszystkim mężczyznom czoła czerwoną farbą i przykleił do niej ziarenka ryżu recytując przy tym teksty w hindi.

Po tym jak obie rodziny zostały ze sobą połączone, każda wywołana po imieniu i nazwisku kobieta podeszła do Panny Młodej i podarowała jej prezent od swojej rodziny oraz z podanego z pudełka przez Mistrza Ceremonii wyjęła szczyptę drobinek obsypując jej głowę i wsypując je do złotej konchy, którą Panna Młoda trzymała na kolanach.

Dużo się szeptało do ucha, dużo całowało, wiele z nich wykonywało ceremonialne gesty nad jej głową. Najstarsza kobieta w rodzinie, o której wspominałam podczas ostatniej relacji długo szeptała jej coś do ucha czym wzruszyła Pannę Młodą do łez.

   
 

Potem wprowadzono Pana Młodego i pochód kobiet powtórzył się. Na tym zdjęciu Mistrz Ceremonii trzyma „łódkę” z darami od ciotki Panny Młodej oraz tajemnicze pudełko z „posypką”.

 

 

Para Narzeczeńska spędziła resztę wieczoru na huśtawce pod baldachimem, w centrum uwagi, przyjmując gratulacje i prezenty, podawano im napoje i jedzenie, śpiewano na żywo.

 

A ja chodziłam sobie, fotografowałam, podjadałam niesamowicie pyszne wiktuały, których składników w większości nawet nie rozpoznałam, nawet po wyglądzie. Suseł pracował a ja chłonęłam ponownie atmosferę szacunku, spokoju radości ze szczęścia Narzeczeńskiej Pary. Oprócz mnie i Brytyjki fotografującej imprezę profesjonalnym sprzętem, po sali klikała bucikami tylko jedna Europejka- z kompletnym brakiem szacunku dla tradycji i powagi zgromadzenia o czym usłyszałam ukradkiem stojąc sobie na tyłach sali. Świeciła pół-gołym ciałem w miejscu gdzie nie wypada pokazać więcej niż pasek talii spod sari i odsłoniętych ramion. Ci Europejczycy….

 

Tak czy inaczej- było pięknie, kolorowo, pachniało drzewem sandałowym a ja nie mogłam napatrzeć się na wzory i kolory sari, ozdoby, misternie malowane henną ręce i stopy. Równo za rok odbędzie się wesele, które początkowo planowane wyprawić w Bombaju. Ale zdecydowano, że na ślub trudno będzie wyekspediować 500 osób na drugą półkulę, więc impreza prawdopodobnie odbędzie się tutaj, w Koziej Wólce. Chcę tam być!

Szkoda, że stracił się tamten wpis, dorysujecie sobie jednak Baśnie 1000 i Jednej Nocy i będzie tak, jakbyście tam byli. 🙂

Z Hinduskich Zaręczyn, z miesięcznym opóźnieniem

Kokain

 
Reklamy

Urodzinowy wspominek

Zwykły wpis

Dziś Maja obchodzi swoje 2 Urodzinki. Jak już wspomniałam wcześniej- tańce i wódka będą w niedzielę, dziś piekę a Maja grzecznie młóci co się jej daje (łącznie z jabłkiem, czyli chyba Mamie dla przyjemności).

Dwa lata temu o tej porze spała w najlepsze ignorując płaczących sąsiadów po tym jak udało mi się uspokoić ją po pierwszym napadzie głodu przez który wyssała sobie malinkę na ramionku. O 5:00 nad ranem pielęgniarka stwierdzi, że dziecko jest głodne (ale siurpryza!) i da jej w końcu butelkę w oczekiwaniu na Kokainkę i jej leniwe wymiona. Dadzą mi zastrzyk w brzuch, zdejmą cewnik i przyniosą mokrego w kubeczku wielkości naparstka.

  

A potem już z górki. Rano Kokainka wstanie i pójdzie do kibelka (co po pierwszym w życiu użyciu nocnika jest moim kolejnym wielkim osiągnięciem w tym temacie) i nawet wróci do łóżka sama. Kiedy przyjdzie Suseł postanową spróbować zmienić Pannie Dziuni pieluszkę bez niczyjej pomocy i okaże się to całkiem łatwe. A potem będą się gapić. 🙂

Dwa lata temu.

Dziś Panna Dziunia nauczyła się turlać po podłodze do Taty, rozmawiała z Babacią z Polski przez telefon:
-Hajooo?
-…
-A neke neke?
-…..
-Ciejś! Hajoooo!

zjadła pół litra Onkena ze zbożami i asystowała przy pieczeniu. Przy okazji odkryłam tajemnicę jej nowego powiedzonka:
-Nie-ko!
Po prostu- kiedy czegoś jej wybitnie nie wolno, wyjmujemy jej to z rączek mówiąc „Nie Kochanie”. I stąd mamy „Nie-ko” kiedy ona coś ma i nie chce oddać. Proste, nie?

Taka Panna Dziunia. 🙂

 

 

 

Zwierzów w porządku alfabetycznym nocny pochód

Zwykły wpis

A skoro już o inteligencji było, pochwalę się jak Kokainka zbudziła się nocy pewnej z zagadką do rozwiązania i jak po dziś dzień wszyscy się z niej śmieją.

Dźwięk nocny.

Kokainka obudziła się i leży. Nie rusza się i nasłuchuje. Wiem na pewno, że zbudził Dźwięk bo „nagrał” mi się na mózg i nadal go słyszę. Następuje tu dialog wewnętrzny z Kokainką w roli głównej i jedynej:
-Co to za dźwięk?
-Dziwny, nie?
-No, taki… nijaki taki.
Kokain odtwarza Dźwięk z głowy w kółko i w kółko próbując go do czegoś przykleić.
-E, ale taki organiczny był.
-No, na pewno nie dźwięk domu, bo domowe znamy.
-No, zgodzę się. Taki zwierz chyba jakiś tak robi!
-Jaki?
-Nie wiem. Może alfabetycznie??
-Dobra.
-A… jak ….albatros!
-………… nie, to nie albatros tak robi. Co dalej?
-„B”

……. i zatrzymała się Kokain na „E” całkiem już rozbudzona bo nagle za oknem „K” jak „KOT” przypomniał się po raz drugi siedząc na kuble na śmieci i sierpniując w niebogłosy.

Do dziś się ze mnie śmieją w domu. Jak tylko zawieszam się, żeby sobie coś przypomnieć pytają:

-ALBATROS?

Jak usłyszałam, tak nie uwierzyłam póki nie usiadłam

Zwykły wpis

O tym, że brytyjska młodzież stała w innej kolejce kiedy rozdawali współczynniki IQ dużo sie mówi. Że dzieci przetestowane niedawno z wiedzy o przyrodzie pochwaliły się, że krowy hibernują na zimę, że nie wiedzą co się dzieje z pszczołą po użądleniu, że pieczarki to jedyne jadalne grzyby itp. Kilka dni temu dziewięcioletnia dziewczynka wskazała na moich oczach na zdjęcie jeża i spytała:
-Mamo, czy to jest jeż?
-Pokaż.- straszna sekunda ciszy- Tak, to jeż.

Ale Ta historia wali na kolana. Panna 17 czyli siedemnastoletnia dziewczyna, pracująca w naszym sklepie zaniemogła wieczora pewnego i na drugi dzień w pracy się nie pojawiła. Ponieważ zasady „bycia zaniemożonym” nakazują kontakt z firmą osobisty, poczekali sobie długie 3 dni i Panna 17 w końcu zadzwoniła z usprawiedliwieniem: urodziła dziecko. Tak o. Wieczorkiem se wzięła i wycisnęła.

??? W 27 tygodniu (czyli jak ja w tym tygodniu), bez zapowiedzi urodziła malusieńkiego wcześniaka po tym jak nikomu i to absolutnie NIKOMU nie powiedziala, że jest w 6 miesiącu ciąży bo….. i tu najlepsze:

…bo pół roku temu zrobiła sobie test ciążowy ale nie umiała odczytać wyniku, siedziała, myślała, czytała ulotkę, która niewiele jej powiedziała aż w końcu zdecydowała:
-Jak za 9 miesięcy urodzi się dziecko to znaczy, że ten plusik znaczy „TAK”.

I tak sobie chodziła. Nie była u lekarza, nie miała żadnych badań, nie powiedziała rodzicom, z tego co wiem do kolejki do ojcostwa ustawiło się dwóch apsztyfikantów z załogi. Jeden z dniówki, drugi z nocki. Czyli w sumie sensownie, jak jeden działał, drugi spał i na odwertkę.

A więc urodził się wcześniak. Bez badań, bez uprzedzenia, z problemem wystąpienia o macierzyński, leży sobie w inkubatorze trzeci tydzień i jest- Jajko Niespodzianka Panny 17 z Trudnościami Odróżniania TAK od NIE i Całym Tym Pokomplikowanym Cholerstwem Jakim Jest Życie.

Dwa latka. Dwa. 2. Ktoś mógłby spytać: kiedy to zleciało?

Zwykły wpis

Mam do wykorzystania 28 dni urlopu. Mogę go nie wykorzystać i dostać za niego sianko na konto w maju, lub…. iść na urlop w połowie września i doczekać Maleńtasa w błogich objęciach własnego domu. Walczę ze sobą i nie wiem co robić.

Nie chcę już pracować. Turlam się z pracy jak stary wieloryb, jest niewygodnie siedzieć, nie mam już pracowniczych spodni, bo wyrosłam w dwa dni ze wszystkich teskowych wymysłów. Pozwolili mi siedzieć we własnych dżinsach z przystawką ale przyjemność to żadna- dupczak się odparza i tyle. Dostałam też koszulkę z nadrukiem firmowym bo wyrosłam z koszulek mundurkowych i wyglądam jak fluś. W wielkim namiocie. Butelka picia to już 750ml a nie 500ml na 6 godzin pracy, bo piję jak smok i latam jak z pęcherzem. Kieszenie mam wyładowane żelkami „Sea creatures”, na śniadanie biorę już 9 składników nie 6, do tego dwa banany, trzy mandarynki i herbatniki…. i ssie mnie z głodu po 20 minutach.
Na dworze jest duszno i parno od tego cholernego sierpniowego deszczu, jest mi ciężko i pod górkę gdziekolwiek idę. Baniaczek mam większy niż z Majkiem i chociaż na kilogramy nadal mam dużo do osiągnięcia, siada mi kolano.

Aaaaaa!!!

Ale: śpię jak dziecko, nie mam zgag, które dobijały mnie z Panną Dziunią a Maleńtas nie miewa chronicznych czkawek co minut 7. Czyli, że plusy są.

Panna Dziunia obchodzi swoje 2 Urodzinki w piatek ale wyprawiamy dancing w niedzielę. Będzie ręcznie robiony tort, który obmyślam już od dwóch miesięcy, pianka z galaretkami wielkości namiotu drużynowego i włoska tarta z pieczywem czosnkowym. Dla nas alkoholu żadnego a dla Dziuni i Dzieciaka, oranżada z pływającymi plasterkami truskawek. Baloniki, muffinki miętowe i wszechobecne żelki bo kiedy Dzieciak nas odwiedza, czekolada jest zakazana. I już wszystko kupiłam. Oprócz truskawek. Zamknęłam w szafce na kluczyk na wypadek gdyby Suseł albo Rodzicielka postanowili skontrolować jakość pomidorków koktajlowych albo cukru pudru. Z nimi nic nie jest bezpieczne.

Zamawiam już tylko pogodę na jedno popołudnie i będzie pięknie.

Dwa latka. Dwa. 2. Ktoś mógłby spytać: kiedy to zleciało?

Frrrrransuski sziq o poranku czyli klip-klop, klip-klop…

Zwykły wpis

…klip-klop, klip-klop….

Nie podniosłam głowy bo moją uwagę przyciągneły chodaki drewniaki obciągnięte krowim futrem. Macie ten obraz?

Rozczochrany, ślepia zapluszczone, łapy jakieś takie niezgrabne, plama na koszuli, dolne guziki rozpięte i wystający obwłosiony pęp (pępek to coś ładnego i małego). Pęp.

Uwierzylibyście, że prawie rok temu z własnej, nieprzymuszonej woli położyłam swoją rączunię na stole i dałam temu osobnikowi gmerać w moich ścięgnach??

Dzisiejszego poranka w TESCO Dr.A. jakoś rozczarował. Spojrzany okiem obiektywnym wyglądał raczej jak specjalista od plecenia koszyków z wikliny (i to topornych) niż chirurg specjalista w najlepszej klinice w kraju. Nie chciał torrrrrby, grabiami zamiast rąk upuścił kartę, wziął zakupy na ramiona i poklapał w stronę wyjścia.

O blackoucie, pół-Hiszpańczyku, snach proroczych, oku, utraconej pracy, młodym pasikoniku, praniu zakupów i histaminie.

Zwykły wpis

Szła sobie Kokainka w zeszły czwartek na autobus. Szła, podżerała ulubione żelki, rozglądała się po lecie, w końcu doszła na przystanek, usiadła i zaczęła oglądać „Horych Doktorów” na iPodzie.

I nagle…

W uszach Kokaince zaszumiało, coś się zapchało, obraz stał się węższy, dźwięki niższe i spowolnione, zlała się potem i usiadła na chodniku pod wiatą. Jakaś kobieta z wnuczką zdążyła tylko podejść i spytać czy aby źle się czuje…

…i zrobiło się ciemno.

A kiedy już się rozjaśniło, kobiecina nadal stała nad Kokainką i nie wiedziała co robić. Się zemdlało. Dziesięć minut potem wszystko było już w jak najlepszym porządku (pomijając drżące kolana i mokrą koszulkę), przyjechał autobus i przepuszczona przez grono emerytek, Kokainka zajęła miejsce przy oknie.

Kiedy tylko Suseł wrócił z pracy pojechaliśmy na Oddział Położniczy. Krewki nie było sensu już pobierać, po 4 godzinach, zmierzyli ciśnienie, opukali, osłuchali, omacali gdzie się dało, łącznie z łydkami. Przyszła jedna położna, potem druga. Przyniosła ze sobą aparacik do słuchania serduszka Maleńtasa ale inny niż zwykle. Przyłożyła do Baniaczka i szuka. Nic. Nadal nic. Kokainka zbliżyła się do skraju przepaści, kiedy położna stwierdziła, że słuchawka jest za duża dla Maleńtasa i poszła po mniejszy aparacik. 25 sekund trwało wieki. W końcu wróciła, przyłożyła i po kolejnych sekundach agonii… Maleńtas przyznał się do Mateczki i dał się osłuchać- zdrowy, silny i rozbrykany jak młody pasikonik.

A potem przyszedł lekarz.

Kochani! Na świecie są jednak lekarze: konkretni, myślący, wyjaśniający, uważnie słuchający, traktujący pacjenta jak źródło informacji a nie ochłap mięsa na leżance. Wysłuchał wszystkiego, spytał nawet o kupczaną regularność lub jej ewentualny brak. Osłuchał nawet płucka, niczym Dr. House szukając niewidocznej infekcji mogącej stać w tle niewyjaśnionych wydarzeń na przystanku autobusowym. Wykazał się poetycznym poczuciem humoru…
-…i wtedy, bez żadnej zapowiedzi poczułam, że nadchodzi coś…złego.
-Jak poczucie zbliżającej się, nieuniknionej katastrofy?
-Właśnie tak!
Coś sobie zapisał.

Zapisał tak sobie cała stronę A4 w mojej niebieskiej teczce, narysował sobie nawet moje płucka i jakąś strzałeczkę a do tego całe mnóstwo faktów i fakcików, łącznie z godzinami zdarzenia. Opowiedziałam mu o swoich palpitacjach które jakoś częściej zdarzały się w tym tygodniu, więc wypytał o wszystkie sercowe problemy jakie miałam, wcześniejsze badania na serce i spytał w końcu czy być może jestem zestresowana. Odpowiedziałam, że wiadomo, jak się jest w ciąży to jest się zestresowanym za dwoje ale od kiedy mam pewność, że będę miała cesarkę, nie boję się świadomie. I sama się zanalizowałam psychologicznie stwierdzając, że pewnie nadal martwię się podświadomie, skoro oprócz tego co dzieje się w pokoju, zza ściany słyszę jak jakaś rodząca cichutko kobieta zachłannie wsysa w siebie gaz i tlen z maski. Suseł nie słyszał, ja słyszałam jakby dyszała mi nad karkiem. Psyyyyyyyt…..psuuuuuuuuu…

Pan Doktor postawił w końcu diagnozę niczym w filmie medycznym:
-Dało mi do myślenia, kiedy powiedziałaś, że najpierw długo szłaś a potem siedziałaś na przystanku. Te pół godziny wystarczyło, żeby krew spłynęła w dużej ilości o nóg. Jest taki mechanizm, który zapobiega takim sytuacjom, ale w ciąży nie działa. Otóż: mózg zauważa, że w dolnej partii ciała jest za dużo krwi, wysyła informację i wytwarza się chemikalium, którego zadaniem jest rozrzedzić krew, żeby zaczęła szybciej krążyć i wróciła do góry. Ale! Na drodze jest Dzidzia. Więc rozrzedza się nadmiernie krew w górnej połowie ciała, bo Dzidzia uciska żyłę główną brzuszną i nagle mózg sam staje się niedotleniony. I już.

I wtedy przypomniałam sobie, że jak patrzyłam na własne stópki, były jakoś tak bardziej różowe niż zwykle.

Kazał zgłosić palpitacje ponownie i choć dwa lata temu z Majką miałam 24 test kardiologiczny (ten ze swędzącymi przyczłapkami, które doprowadzały mnie do szaleństwa), kazał go sobie ponownie zażyczyć. W dniu pracy, kiedy będę siedziała, szła, jechała, szła i gotowała. A nie miała dzień wolny i oglądała Discovery. Jeszcze osłuchał i opukał, obejrzał oczki w rożnych pozycjach i postawił podpis w karcie.

Wtedy Suseł spytał się skąd pochodzi Pan Doktór i okazało się, że brak diagnozy: ‚It’s fine, it happens, You’re ok, go back home, take Paracetamol and call us when You die” spowodowany był faktem, że Pan Doktór jest w połowie Hiszpanem i to uczonym sztuk medycznych w Europie (dlatego zachował akcent). Rozpłynęliśmy się w pochwałach. Kazał następnym razem kłaść się na ziemi, przyjeżdżać jak najszybciej, bez wahania ani wątpliwości czy zamartwiania się- bo po to jest.

Kokainka została w piątek w domu, w sobotę poinstruowała Team Leaderów, że jeśli nie będą mogli mnie znaleźć- pewnikiem będę leżeć plackiem w kantorku obok Customer Service Desk i co mają zrobić jak już zlegnę, zdjęta niemocą natury hydraulicznej.

Prawdziwi lekarze istnieją. Noszą zielone czapki ale są faktem.

A przy okazji, spełnił się mój proroczy sen (już drugi w krótkim okresie czasu). Śniło mi się jakieś 2 tygodnie temu, że poszłam Gdzieś, weszłam do pokoju, gdzie stało łóżko i sprzęt do USG. Położyłam się w oczekiwaniu na Lekarza, który pół nocy nie chciał się zjawić, więc co chwila zerkając na włączony aparat- postanowiłam sama sobie pojeździć po Brzuchaczu i resztę nocy oglądałam sobie Maleńtasa w 3D. Taki miałam sen. A w rzeczywistości? Kiedy wyszła druga położna, odwróciłam się i okazało się, że za głową łóżka stoi… włączony aparat USG. A lekarz nie zjawiał się dobrą chwile i bardzo kusiło, skoro sen był taki fajny.

A drugi sprawdzony sen miałam w nocy przed naszą wycieczką nad Ocean. Pamiętacie, że odpłynął sobie, pozostawiając na piasku ripplemarki, czyli te takie maleńkie wydmy tworzone przez fale. Śniło mi się, że razem z Susłem położyliśmy łapy na aucie przyszłości- skóra i komóra, elektryczny napęd, milion koni mechanicznych, czarna, sportowa sylwetka- samochód marzeń. We śnie nazwałam go Bentley Ripllemark. Jakież było moje zdziwienie kiedy kilka godzin potem, w realu stanęłam w obliczu 3 km piasku pokrytego ripllemarkami jak daleko sięgnąć okiem?

***

Jakiś szpitalny tydzień mamy. Szwagierka w szpitalu w Londynie na kamienie żółciowe, ja na wizytacji porodówki o 20:00 a nasz Boston zaliczył trzy wizyty u weterynarza bo dostał infekcji trzeciej powieki i wyglądał jak Rocky IV. Leżał, dyszał i puchł a z oka leciała mu krew z ropą. Rodzicielka już żegnała się z pupilem.

***

W niedzielę poprzednią byliśmy na Przyjęciu Zaręczynowym u Hindusów Odsłona II. Mam zdjęcia i relację ale w głowie. Bo napisałam, wkleiłam i już już, kobyłka u płota kiedy szukając myszki kliknęłam ma pasek Onetu „Randkuj kiedy chcesz” i wpierdoliło mi pół wieczora pisania. Obraziłam się.
A czemu ZNOWU piszę w Onecie? Bo mój ulubieniec Bill coś spaprał tu i ówdzie i kiedy piszę w edytorze tekstu i wklejam całość do bloga, słowa łączą się w węże i spędzam kolejne dwie godziny na spacjowaniu każdego słowa z osobna.

***

Maleńtas jest grzeczny, choć kiedy nie jest, okazuje się, że nie lubi spędzać czasu w Matuli na leżąco, jak Maja zwykła lubić (głowa po lewej, piętki po prawej). Lubi spędzać czas w pionie. Więc kiedy się przeciąga albo próbuje gdzie jest dno w tym basenie- łoi mnie po pęcherzu tak okrutnie, że łzy lecą. Ale poza tym jest grzeczny bardzo.

***

Wyprawka dla Maleńtasa jest już prawie gotowa. Dziś pojechaliśmy na carbud po raz pierwszy od czerwca i choć Kokainkę trafiła wyjątkowo niemiła wersja kataru siennego połączone ze światłowstrętem- kupiłam coś cudnego, choć tylko jednym okiem działającym. Akurat jakaś Polka oglądała pakunek niezdecydowana. Kokainka kocha Kubusia Puchatka, więc stała z boku i mruczała pod nosem swoje wiedźmowate: „idź sobie, wcale ci się nie podoba, maupo! Idź sobie!” Więc kiedy jeszcze bardziej niezdecydowana poradziła się koleżanki, uradziły, że dojdą do końca rzędu i najwyżej wrócą. Kiedy odeszły, rozbebeszyłam pakunek i okazało się, że jest to zestaw: oryginalna, nigdy nie używana kołderka do łóżeczka dziecięcego z Kubusiem Puchatkiem wyszywanym dodatkowo pluszem, ochraniacz na łóżeczko 360* z Kubusiem, prześcieradełko z gumką z Kubusiem i ta taka podkładka na materac przeciwsikowa, z falbanką w dół, z Kubusiem. Za 10f. W sklepie dałabym ze 40f. A że rząd był długi, Maupa nie wróciła na czas…dwie godziny potem wszystko razem wywirowało się w pralce i okazało się, że nasz ogród jest węższy niż długość ochraniacza na łóżeczko i zabrakło mi sznura na pranie. Rodzicielka znalazła u kogoś śliczny kocyk polarkowy w kolorze blue, sprzedająca chciała się pozbyć wyprawki dla chłopczyka i dorzuciła dwa kocyki dziurkowane dla niemowlaka, zasłony w błekitną pepitkę z uszami do zaczepiania ich na ścinie i kolejny ochraniacz, tym razem typu quilt, z Nexta. Za 50p.

Suseł znowu powiększył kolekcję DVD a ja kupiłam sobie książkę o malarstwie japońskim, wazonik na kominek, koszyczek pleciony na kominek i tylko brakuje mi żółtego gerbera, żeby było tak jak sobie umyśliłam. Maja akurat płakała bo Tata poszedł w druga stronę, więc jakaś pani ulitowała się nad usmarkańcem i wręczyła Mai misia. Maja misia ukochała od pierwszego wejrzenia. Do kolekcji książek na „Za kilka lat” dostała jeszcze Kubusia Puchatka Dzieła Zebrane w cudnym wydaniu, razem z wierszykami oraz helikopter, którego upatrzyła sobie i już, bo mu się kręci i brzęczy.

Zasmarkana i ślepa na jedno oko padłam plackiem pod drzewem na polu za parkingiem i Suseł zmieniał opatrunki z mokrych i zimnych chusteczek na ryju. Całkiem jak za dawnych czasów, kiedy alergia odbierała mi sens życia. Dostałam tabletki od GP ale biorę tylko kiedy histamina leci mi uszami.

***

O blackoucie, pół-Hiszpańczyku, snach proroczych, oku, utraconej pracy, młodym pasikoniku, praniu zakupów i histaminie.

Zwykły wpis

Szła sobie Kokainka w zeszły czwartek na autobus. Szła, podżerała ulubione żelki, rozglądała się po lecie, w końcu doszła na przystanek, usiadła i zaczęła oglądać „Horych Doktorów” na iPodzie.

I nagle…

W uszach Kokaince zaszumiało, coś się zapchało, obraz stał się węższy, dźwięki niższe i spowolnione, zlała się potem i usiadła na chodniku pod wiatą. Jakaś kobieta z wnuczką zdążyła tylko podejść i spytać czy aby źle się czuje…

…i zrobiło się ciemno.

A kiedy już się rozjaśniło, kobiecina nadal stała nad Kokainką i nie wiedziała co robić. Się zemdlało. Dziesięć minut potem wszystko było już w jak najlepszym porządku (pomijając drżące kolana i mokrą koszulkę), przyjechał autobus i przepuszczona przez grono emerytek, Kokainka zajęła miejsce przy oknie.

Kiedy tylko Suseł wrócił z pracy pojechaliśmy na Oddział Położniczy. Krewki nie było sensu już pobierać, po 4 godzinach, zmierzyli ciśnienie, opukali, osłuchali, omacali gdzie się dało, łącznie z łydkami. Przyszła jedna położna, potem druga. Przyniosła ze sobą aparacik do słuchania serduszka Maleńtasa ale inny niż zwykle. Przyłożyła do Baniaczka i szuka. Nic. Nadal nic. Kokainka zbliżyła się do skraju przepaści, kiedy położna stwierdziła, że słuchawka jest za duża dla Maleńtasa i poszła po mniejszy aparacik. 25 sekund trwało wieki. W końcu wróciła, przyłożyła i po kolejnych sekundach agonii… Maleńtas przyznał się do Mateczki i dał się osłuchać- zdrowy, silny i rozbrykany jak młody pasikonik.

A potem przyszedł lekarz.

Kochani! Na świecie są jednak lekarze: konkretni, myślący, wyjaśniający, uważnie słuchający, traktujący pacjenta jak źródło informacji a nie ochłap mięsa na leżance. Wysłuchał wszystkiego, spytał nawet o kupczaną regularność lub jej ewentualny brak. Osłuchał nawet płucka, niczym Dr. House szukając niewidocznej infekcji mogącej stać w tle niewyjaśnionych wydarzeń na przystanku autobusowym. Wykazał się poetycznym poczuciem humoru…
-…i wtedy, bez żadnej zapowiedzi poczułam, że nadchodzi coś…złego.
-Jak poczucie zbliżającej się, nieuniknionej katastrofy?
-Właśnie tak!
Coś sobie zapisał.

Zapisał tak sobie cała stronę A4 w mojej niebieskiej teczce, narysował sobie nawet moje płucka i jakąś strzałeczkę a do tego całe mnóstwo faktów i fakcików, łącznie z godzinami zdarzenia. Opowiedziałam mu o swoich palpitacjach które jakoś częściej zdarzały się w tym tygodniu, więc wypytał o wszystkie sercowe problemy jakie miałam, wcześniejsze badania na serce i spytał w końcu czy być może jestem zestresowana. Odpowiedziałam, że wiadomo, jak się jest w ciąży to jest się zestresowanym za dwoje ale od kiedy mam pewność, że będę miała cesarkę, nie boję się świadomie. I sama się zanalizowałam psychologicznie stwierdzając, że pewnie nadal martwię się podświadomie, skoro oprócz tego co dzieje się w pokoju, zza ściany słyszę jak jakaś rodząca cichutko kobieta zachłannie wsysa w siebie gaz i tlen z maski. Suseł nie słyszał, ja słyszałam jakby dyszała mi nad karkiem. Psyyyyyyyt…..psuuuuuuuuu…

Pan Doktor postawił w końcu diagnozę niczym w filmie medycznym:
-Dało mi do myślenia, kiedy powiedziałaś, że najpierw długo szłaś a potem siedziałaś na przystanku. Te pół godziny wystarczyło, żeby krew spłynęła w dużej ilości o nóg. Jest taki mechanizm, który zapobiega takim sytuacjom, ale w ciąży nie działa. Otóż: mózg zauważa, że w dolnej partii ciała jest za dużo krwi, wysyła informację i wytwarza się chemikalium, którego zadaniem jest rozrzedzić krew, żeby zaczęła szybciej krążyć i wróciła do góry. Ale! Na drodze jest Dzidzia. Więc rozrzedza się nadmiernie krew w górnej połowie ciała, bo Dzidzia uciska żyłę główną brzuszną i nagle mózg sam staje się niedotleniony. I już.

I wtedy przypomniałam sobie, że jak patrzyłam na własne stópki, były jakoś tak bardziej różowe niż zwykle.

Kazał zgłosić palpitacje ponownie i choć dwa lata temu z Majką miałam 24 test kardiologiczny (ten ze swędzącymi przyczłapkami, które doprowadzały mnie do szaleństwa), kazał go sobie ponownie zażyczyć. W dniu pracy, kiedy będę siedziała, szła, jechała, szła i gotowała. A nie miała dzień wolny i oglądała Discovery. Jeszcze osłuchał i opukał, obejrzał oczki w rożnych pozycjach i postawił podpis w karcie.

Wtedy Suseł spytał się skąd pochodzi Pan Doktór i okazało się, że brak diagnozy: ‚It’s fine, it happens, You’re ok, go back home, take Paracetamol and call us when You die” spowodowany był faktem, że Pan Doktór jest w połowie Hiszpanem i to uczonym sztuk medycznych w Europie (dlatego zachował akcent). Rozpłynęliśmy się w pochwałach. Kazał następnym razem kłaść się na ziemi, przyjeżdżać jak najszybciej, bez wahania ani wątpliwości czy zamartwiania się- bo po to jest.

Kokainka została w piątek w domu, w sobotę poinstruowała Team Leaderów, że jeśli nie będą mogli mnie znaleźć- pewnikiem będę leżeć plackiem w kantorku obok Customer Service Desk i co mają zrobić jak już zlegnę, zdjęta niemocą natury hydraulicznej.

Prawdziwi lekarze istnieją. Noszą zielone czapki ale są faktem.

A przy okazji, spełnił się mój proroczy sen (już drugi w krótkim okresie czasu). Śniło mi się jakieś 2 tygodnie temu, że poszłam Gdzieś, weszłam do pokoju, gdzie stało łóżko i sprzęt do USG. Położyłam się w oczekiwaniu na Lekarza, który pół nocy nie chciał się zjawić, więc co chwila zerkając na włączony aparat- postanowiłam sama sobie pojeździć po Brzuchaczu i resztę nocy oglądałam sobie Maleńtasa w 3D. Taki miałam sen. A w rzeczywistości? Kiedy wyszła druga położna, odwróciłam się i okazało się, że za głową łóżka stoi… włączony aparat USG. A lekarz nie zjawiał się dobrą chwile i bardzo kusiło, skoro sen był taki fajny.

A drugi sprawdzony sen miałam w nocy przed naszą wycieczką nad Ocean. Pamiętacie, że odpłynął sobie, pozostawiając na piasku ripplemarki, czyli te takie maleńkie wydmy tworzone przez fale. Śniło mi się, że razem z Susłem położyliśmy łapy na aucie przyszłości- skóra i komóra, elektryczny napęd, milion koni mechanicznych, czarna, sportowa sylwetka- samochód marzeń. We śnie nazwałam go Bentley Ripllemark. Jakież było moje zdziwienie kiedy kilka godzin potem, w realu stanęłam w obliczu 3 km piasku pokrytego ripllemarkami jak daleko sięgnąć okiem?

***

Jakiś szpitalny tydzień mamy. Szwagierka w szpitalu w Londynie na kamienie żółciowe, ja na wizytacji porodówki o 20:00 a nasz Boston zaliczył trzy wizyty u weterynarza bo dostał infekcji trzeciej powieki i wyglądał jak Rocky IV. Leżał, dyszał i puchł a z oka leciała mu krew z ropą. Rodzicielka już żegnała się z pupilem.

***

W niedzielę poprzednią byliśmy na Przyjęciu Zaręczynowym u Hindusów Odsłona II. Mam zdjęcia i relację ale w głowie. Bo napisałam, wkleiłam i już już, kobyłka u płota kiedy szukając myszki kliknęłam ma pasek Onetu „Randkuj kiedy chcesz” i wpierdoliło mi pół wieczora pisania. Obraziłam się.
A czemu ZNOWU piszę w Onecie? Bo mój ulubieniec Bill coś spaprał tu i ówdzie i kiedy piszę w edytorze tekstu i wklejam całość do bloga, słowa łączą się w węże i spędzam kolejne dwie godziny na spacjowaniu każdego słowa z osobna.

***

Maleńtas jest grzeczny, choć kiedy nie jest, okazuje się, że nie lubi spędzać czasu w Matuli na leżąco, jak Maja zwykła lubić (głowa po lewej, piętki po prawej). Lubi spędzać czas w pionie. Więc kiedy się pr
zeciąga albo próbuje gdzie jest dno w tym basenie- łoi mnie po pęcherzu tak okrutnie, że łzy lecą. Ale poza tym jest grzeczny bardzo.

***

Wyprawka dla Maleńtasa jest już prawie gotowa. Dziś pojechaliśmy na carbud po raz pierwszy od czerwca i choć Kokainkę trafiła wyjątkowo niemiła wersja kataru siennego połączone ze światłowstrętem- kupiłam coś cudnego, choć tylko jednym okiem działającym. Akurat jakaś Polka oglądała pakunek niezdecydowana. Kokainka kocha Kubusia Puchatka, więc stała z boku i mruczała pod nosem swoje wiedźmowate: „idź sobie, wcale ci się nie podoba, maupo! Idź sobie!” Więc kiedy jeszcze bardziej niezdecydowana poradziła się koleżanki, uradziły, że dojdą do końca rzędu i najwyżej wrócą. Kiedy odeszły, rozbebeszyłam pakunek i okazało się, że jest to zestaw: oryginalna, nigdy nie używana kołderka do łóżeczka dziecięcego z Kubusiem Puchatkiem wyszywanym dodatkowo pluszem, ochraniacz na łóżeczko 360* z Kubusiem, prześcieradełko z gumką z Kubusiem i ta taka podkładka na materac przeciwsikowa, z falbanką w dół, z Kubusiem. Za 10f. W sklepie dałabym ze 40f. A że rząd był długi, Maupa nie wróciła na czas…dwie godziny potem wszystko razem wywirowało się w pralce i okazało się, że nasz ogród jest węższy niż długość ochraniacza na łóżeczko i zabrakło mi sznura na pranie. Rodzicielka znalazła u kogoś śliczny kocyk polarkowy w kolorze blue, sprzedająca chciała się pozbyć wyprawki dla chłopczyka i dorzuciła dwa kocyki dziurkowane dla niemowlaka, zasłony w błekitną pepitkę z uszami do zaczepiania ich na ścinie i kolejny ochraniacz, tym razem typu quilt, z Nexta. Za 50p.

Suseł znowu powiększył kolekcję DVD a ja kupiłam sobie książkę o malarstwie japońskim, wazonik na kominek, koszyczek pleciony na kominek i tylko brakuje mi żółtego gerbera, żeby było tak jak sobie umyśliłam. Maja akurat płakała bo Tata poszedł w druga stronę, więc jakaś pani ulitowała się nad usmarkańcem i wręczyła Mai misia. Maja misia ukochała od pierwszego wejrzenia. Do kolekcji książek na „Za kilka lat” dostała jeszcze Kubusia Puchatka Dzieła Zebrane w cudnym wydaniu, razem z wierszykami oraz helikopter, którego upatrzyła sobie i już, bo mu się kręci i brzęczy.

Zasmarkana i ślepa na jedno oko padłam plackiem pod drzewem na polu za parkingiem i Suseł zmieniał opatrunki z mokrych i zimnych chusteczek na ryju. Całkiem jak za dawnych czasów, kiedy alergia odbierała mi sens życia. Dostałam tabletki od GP ale biorę tylko kiedy histamina leci mi uszami.

***