Monthly Archives: Maj 2007

Deszcz, Londyn i coma

Zwykły wpis

Zacząć należy od tego, że od tygodnia pada. I pada. Do tego trzeba wmiksować porywisty wiatr znad Atlantyku, temperaturę od której pingwinom wypadaja pióra i jeszcze trochę tego porywistego wiatru z początku zdania i już wiadomo co i jak. Codziennie dojeżdżam do domu w morkych szmatach, całymi dniami łaże w ociekających deszczem portach i tylko cud broni mnie przez zapaleniem płuc. A na hali jest jeszcze zimniej, więc czego nie wysuszę tyłkiem to pozostaje mokre przez 8 godzin. Pieprzona wyspa…

Jutro wypad do Stolycy. Mamy mocne postanowienie odwiedzenia co najmniej Gabinetu Figur Woskowych i czegoś tam jeszcze, pomieszkania dwóch dni u brata Susła i powrotu do domu w piątek wieczorem.

Temat dziabnął mnie dziś zwojem papieru w głowę. Od paru dni chodzi przedziwnie rozentuzjazmowany i nie wiem czemu. A i tak nie zapytam bo jeszcze się dowiem, że mu sie marzenie spełnia…

Przesypiam 3/4 dnia. Nie piszę, nie rysuje, nie maluję, nawet bezwstydnie nie marnuję czasu grzebiąc bezowocnie w Sieci. Przenoszę manatki w OneiroLand. Dziękuję, dobranoc.

Reklamy

Cisza na planie!

Zwykły wpis

Tornado, huragan i trąba powietrzna to mało powiedziane w porównaniu z tym co działo się wokół mnie od czwartku… Ale wszystko wróciło do normy i szczęśliwa jestem niemożebnie. Robię kanapkę z dżemem, której i tak nie zjem i suszę zęby sama do siebie… 

/30STM, Leto ma poważne problemy osobowościowe i nosi srebrne kalpiochy ogrodowe. Już go wolę na Utubce…/

Drogi Extra Serku! Miło, że się odezwałeś i miło mieć świadomość, że podglądasz przez dziurke od klucza co tu u mnie sie dzieje… :*

Dodatek do Czynszu WYJEŻDŻA! Osobiście kupiłam mu bilet w Ryanie, zapłaciłam (jak przystało na kobietę) nie swoją kartą i liczę dni. 9 czerwca odejdzie mi jeden zapach z głowy. 
Ostatnio powiadał mi o żukach majowych. Władował mi się do pokoju kiedy liczyłam kasiorkę na czynsz i zdemaskował mi skrytkę. Potem spytał kto złapał żuka pod kieliszek od wina i dlaczego koło kubła na śmieci? Odpowiedziałam, że ja. Wpadł jak helikopter przez okno do kuchi, pizgnął o ścianę i stracił przytomność. Więc go nakryłam, żeby zrobić mu rano zdjęcia ze zbliżeniem i wypuścić. A ten cioł, znalazł go rano, przerobił na dżem i wyrzucił. Bo  „to szkodniki som, te majowe, ja się znam na onych, bo łu mnie wy wsi to płaco 6 zeta za 10 kilo i jak się dobrze przysiundzie pod dzewem to i na piwo dla kolegi sie da zebrać…”  Poszłam sobie i zamknęłam się w łazience.

Dziś wprawiłam w osłupienie pół departamentu i o mało co nie poprzepalałam wrażliwych części mózgów moich współpracowników. Gupia Rachela wbiła mnie w kamizelkę odblaskową i posłała wąchać kwiatki. Pootwierałam sobie vany, pozapalałam silniki (ech, te mercedesy grzmiace pod tyłkiem), uruchomiłam agregaty chłodnicze…i właczyłam sobie radio w vanie Temata. Ale Temata nie było, więc nie było i antenki do dokręcenia. Złapałam sobie BBC Classic i nagle parking rozbrzmiał przepiękną muzyka klasyczną na pianiko i jakieś dętki. Nie minęły nawet 4 minuty- na parking wyległo z 10 osób w tym Rachela, kierowcy, nawet piekarze, z autentycznym wyrazem bólu na twarzach. Usłyszałam, ze mam wyłączyć ten  fuckin’ crap i  shitty stuff.  Ponieważ nie wiedziałam za bardzo co to kompozytor, więc poszłam na całego:
-Nie mogę wyłaczyć! To Chopin!
-WHO!!??
-CHOPIN!!
-Fuck him!

To tyle w dziale „Muzyka klasyczna na świecie”.

Uśmiałam się wczoraj jak norka. Zripowałam sobie plik na iPoda i zarykiwałam się dziś na przerwie do łez. 

Z dedykacją dla Lorda Lorda, Vadera (w sumie w tym roku mija mu w końcu 30 lat), Ryszarda i Tilla (jak wpadnie). I dla Lodzika, rzecz jasna. :*

…nie działa mi link…:(

A więc wirus…

Zwykły wpis

Pięć rzeczy, których nigdy jeszcze nie pisałam na blogu? A może w ogóle nikomu nie mówiłam? Lub tylko Mamie?

1.Ja miałam z 5 lat, kolega może 3. Bawiliśmy się przednio cały wieczór, dopóki on nie zaczął jeść moich kredek. Nie świecowych. Takich ołówkowych, drewienkowych. Gryzł, odłupywał długie drzazgi, żuł i pomieszane ze śliną połykał. Patrzyłam przerażona i piszczałam, że od tego się pochoruje. Kiedy goście wyszli, spytałam Mamy co by było, gdyby ktoś zjadł kredkę? Mama odpowiedziała, że można by umrzeć po kilku dniach, gdyby drzazgi wbiły się w przełyk i żołądek. A więc ponad dwa tygodnie żyłam w centrum koszmaru. Kiedy Mama wracała z pracy, czekałam na wiadomość, że „ten chłopczyk umarł od zjedzenia kredki, ty pytałaś o kredkę, dlaczego nie powiedziałaś”? Bałam się każdego dzwonka do drzwi, telefonu, listu w skrzynce. Absolutna trauma. A jemu nic się nie stało- Houdini pieprzony.

2.Nie poszłam do bierzmowania. Ponieważ byłam wyjątkowo pokorną nastolatka, należy to zaliczyć jako bunt mego wieku. Był rok 1991, może 1992, pół klasy zafascynowane było Fredziem Mercurym (niedawno zeszłym) i dla wielu był to pierwszy kontakt z homoseksualizmem w ich młodym życiu. Żeby poszerzyć swoją wiedzę w ignorowanym przez wszystkich temacie, ja z koleżanką odważyłyśmy się spytać Księżulka na lekcji Religii: gdzie po śmierci idą homoseksualiści?

-Wyjdź z klasy.
-Nie, ja chcę wiedzieć.
-Wyjdź z klasy, koleżanka też.
-Nie!
-Wynocha!

No to poszłyśmy. Koleżanka nie wzięła tego do siebie, ja tak. Kiedy przyszło do nauk przed bierzmowaniem, usiadłam naprzeciw tego obrzydliwie rudego homofoba i na zadane pytania odpowiedziałam: Dzień Zmarłych jest 1 kwietnia, Maryjka z Jezuskiem podróżowała na łosiu, trzeciego pytania nie rozumiem. Kazał mi zabrać zeszyt i sobie iść. Nagle przestało mi być potrzebne trzecie imię.

3. Skłamałam. Przez wiele miesięcy obserwowałam jak koleżanki w pracy kręciły wałki aż dym szedł. Na kupony, reszty, napiwki, punkty programu lojalnościowego… Kiedy w Wysokiej Góry przyszli Panowie w garniturkach pytać co i kto, powiedziałam, że nic nie widziałam na własne oczy ale słyszałam, jak się chwialiły: ta, ta i ta. Poleciały. Ja nie. Zarabiałam 450-500 zł miesięcznie i utrzymywałam z tego siebie i Mamę na zasiłku z MOPsu.

4. Ściągałam na sprawdzianach od 3 klasy sz. podstawowej do końca studiów. Osiągnęłam mistrzostwo w wymyślaniu metod na skonstruowanie ściągi doskonałej. Tajemne zwoje łączone nitką, harmonijki o szerokości 1cm i długości 1,5 metra zadrukowane czcionką 4, notatki ołówkiem na ławce, czytane pod światło, mistrzowsko dopracowane gotowce podmieniane tuż przy biurku wykładowcy i najlepszy numer na maturze pisemnej z angielskiego: nauczyciel czytający tekst był tak ululany (zresztą jak całe 4 lata), że nikt nie zrozumiał ani słowa z przeczytanego bełkotu. Dramat, tragedia, wszyscy patrzą po sobie spanikowani. A ja poszłam sobie do biurka komisji, przysiadłam na zydelku, żeby „skorzystać ze słownika” i odczytałam cały tekst z kartki leżącej do góry nogami na stole. Jeszcze podziękowałam pod nosem odchodząc a pan od bełkotu, nic nie zauważywszy grzecznie mi odpowiedział „Proszę bardzo”. 

5. Kiedy zmarł Papież, zamiast okazać minimum żalu, beztroskim tonem obwieściłam: No i po papieżu. To zmieniło tor mojego życia i może dlatego dziś jestem tu gdzie jestem.

 Dziękuję.

Polityka, mordobicie i potencjalni kochnakowie

Zwykły wpis

Spadam w satystykach deparamentu na pysk. Miesiąc temu wisiałam sobie na samym dnie w kategorii „Gdzie są k***a moje jajka, czyli klient przegląda reklamówki ze swoimi zakupami”, teraz spadłam poniżej krytyki w kategorii „85% normy, czyli noga za nogą aż wybije 14:00”. Jak mnie Susan spyta czemu jestem rubbish, powiem jej, że mam gdzieś ją, jej statystyki, inne departamenty  i Ryszarda, tak oni mają mnie.

Dla przykladu: Suzie po raz ostatni spojrzała na mnie obojgiem oczu 3 miesiące temu, kiedy obiecała mi, że powie mi jakie są dostępne wakaty w firmie. Od tego czasu stałam się przezroczysta jak morska bryza, nawet na zebraniach m’gosów, stojąc tuż obok mnie udawała, że ma mnóstwo przestrzeni wokół. W tym tygodniu pojawiła się druga Personalna, która będzie dzielić obowiązki z Suzie Tlenionym Wąsem. Wczoraj: wchodzę sobie do sklepu w cywilu, w końcu trudna do rozpoznania bo bez mundurka a tu stoi Suzie z Nową i podziwiają. Podziwiają, Suzi wskazuje paluszkiem tu i tam, uśmiecha się, Nowa kiwa głową, też się uśmiecha, brakuje tylko dzieci biegnących z kwiatami. I wtedy Suzie zauważa mnie. I na pół sklepu piszczy: –Hello Kokain, Are You All Right?, -dołączając do tego uśmiech numer 7 i Zainteresowanie w Oku. Aż się odwróciłam, żeby sprawdzić czy to na pewno o mnie chodzi i czy nie mówi do mojego cienia. Odpowiedziałam półdupkiem. Sucz tleniona, no? Na pokaz przyzna się do znajomości z samym Diabłem, jeśli doda to jej splendoru i pokaże jak kocha pracowników za których jest odpowiedzialna.

/Słucham mojej komórki, która od 3 godzin dzwoni nieustannie. Dawca Czynszu. Nie odbieram. Klucz pod wycieraczką./

Idę sobie dzisiaj, idę. Patrzę- do piekarni przyjęli nowego gościa. Matko, jaki brzydki! Zero brody, potem nos, wielki polik (nie policzek), cipki zamiast oczu. Myślę sobie, że firma już całkiem nie dba o to czy klientowi się zrobi niedobrze przy okazji kupowania chleba. Patrzę sobie, ma portki i koszulkę całkiem jak nasz Polaczek z piekarni. Podchodzę bliżej…Jezusku Przenajświętrzy! Toż to Polaczek! Z twarzą jak Crash Test Dummie, oba policzki jak balony na hel, oczy podbite na czarno, pokiereszowane usta, rozcięta broda. Już pomyślałam, ze przeszedł zabieg prostowania przegrody nosowej i bardzo się bronił, kiedy okazało się, że ostatniej nocy, czterech angielskich wyrostków spuściło mu potężne bęcki na Crossie. Bęcki pod tytułem: „You Fuckin’ Polish” nagrały się na kamerę internetowa i zanim wzeszło słońce, chłopcy siedzieli w pierdziołku. Polaczek ma pękniętą kość 
policzkową, zerwane nerwy przy oku, rozcięte usta i potłuczone żebra. 
A wygląda jak Dzwonnik z Notre Damme. Co to się wyrabia w tym mieście…

Sensacja goni sensację. Dowiedziałam się dziś, że w styczniu Rachelka, biedna, delikatna ofiara samczych zbrodni, podała jakiegoś facia do sądu o gwałt. Sąd nie okazał zrozumienia i troski oddalając powód, ponieważ wyszło na jaw, że ów jurny pan był od pół roku jej kochankiem. O czym poświadczyło licznie zebrane grono znajomych. Tymczasem Rachelka zaczęła malować usta, wiązać włosy i tyrać na dniówkach i nockach, aż nie jeden zaczął się zastanawiać po co Rachelce tyle kasy? No i sie okazało! 😀 Ktoś jej wkręcił film, że ma nocce na Tajemniczego Wielbiciela! Więc maluje usteczka wąskie jak Kanał Panamski szminką w kolorze prostytucji i ładuje w póły po 16 godzin na dobę, żeby przyuważyć potencjalnego kochanka. Kobieta dobrze po 30, mąż, dwoje dzieci, dom i reputacja cienka jak wafelek. A zaledwie rok temu wyskrobała dziecko Wielkiego Bębna! Dwa miesiące poźniej oglądała gwiazdy z Peterem Małpą i nocowała w samochodzie na parkingu, bo mąż-potwór nie chciał jej wpuścić do domu. Ach, nowoczesne kobiety…:D

Idę spać, bo Dawca Czynszu za chwilę przekroczy próg domu, jak zapowiedział w sms’ie. Po co napisał to do mnie, nie wiem. Mógłby w ogóle nie wracać. Może mam mu przygotowac kąpiel i bąbelki w kieliszku? Zarządzam ewakuację w kierunku pokoju.

Jutro fajrant, więc wypiję mocną herbatę i zaszaleję- obejrzę sobie film. Ach, to szalone życie na emigracji…

Dobranoc.

PS. Najważniesz informacja dnia wyleciała mi z głowy. Rammstein mój jedynie słuszny, wraca w końcu do studia. Raptem dwa lata temu łaziłam po ośnieżonym Parku i chłonęłam RosenRota, a już pod koniec tej jesieni, będę na nowo rozkoszować sie niebiańską muzyką. A potem…trasa! I niech mnie ręka 
boska broni jakoś to spieprzyć i nie zdobyć biletu na koncert w UK. Sama 
sobie odgryzę głowę i pozbawię życia za karę.

Same narzekania

Zwykły wpis

Jeszcze jeden dzień karuzeli i znowu dwa dni wolne.

Przyjechali Panowie, zapili, zasmrodzili mieszkanie oparem powódecznym. Może to tylko moje zboczenie ale ostatnio strasznie uwrażliwiłam się na zapachy. Prawie wszystko mi śmierdzi- kruczak świeżo ubitą prostytutką, sałata ściętym trawnikiem (fłe!), chleb drożdżami w ilości niestrawialnej a odżywka do włosów nie istniejącym już wrocławskim zakładem Chemizola w którym niegdyś pracował mój ojciec. Łapię się na tym, że oddycham półgębkiem, półnoskiem, żeby nawdychać się najmniej jak się da z tego co mi pośmierduje wokoło. A Panowie, intensywni do granic wytrzymałości doprawadzają mnie do stanu asfiksji- sinieję, fioletowieję i toczę pianę starając się nie oddychac w ich towarzystwie. Najgorzej jest w pracy- co trzy sekundy ktoś z klientów pyta o czekoladowe renifery i owiewa mnie odorem nie leczonej próchnicy lub świeżo wylizanej popielniczki. Co ciekawe- biali śmierdzą z paszcz w proporcji 3/10. Murzyni i Pakole 8/10. Pozostałych dwóch z przytoczonej proporcji puszcza ciche bąki o kolorycie tikka masali lub kormy z ryżem. Zapach nie pomylenia z żadnym innym.
W tym kraju niewiernych nikt nie zionie czosnkiem ani kiełbasą sucho-krakosko!

/W akcie buntu- Winter Solstice „Carol of the Bells”. Ta kolęda śpiewana przez anglojęzyczne dzieciary przyprawia mnie o dreszcz.”/

Z cudów natury: od Piczki z duetu PikPok dowiedziałam się dzisiaj, ze Bracia Kaczory są ofiarami polityki Giertycha, ponieważ KTOŚ kazał IM umieścić Romana na stanowisku Ministra Edukacji, jako wtyczkę obcego rządu pewnie, żeby doprowadzić kraj do upadku intelektualnego. Bo kultura proszę ja ciebie leży. Leży! Nie śledziłam już powiązań między Ministrem Edukacji a kulturą bo kawa wpadła mi do nosa.

Drugi cud. Błogie 30 minut przerwy spędzone przy kwadratowym stole zapchanym paniami z mojego działu (średnia wiekowa 50) jest średnią przyjemnością.
Czytają The Sun i chichrają z Listów do Kasi- Mam krótkiego fiutka- ratunku!. I potrafia ciągnąć ten sam temat całą przerwę doprowadzając go do
granic absurdu na miarę poczucia humoru pięćdziesięciolatek. W tym czasie 
któraś potrafi sobie beknąć, puścić cichacza a Joan rozsiewa wokół siebie 
zapach farfocla. A dziś, jak wisienkę na torcie zaserwowała nam nowa koleżanka. 
W pewnym momencie wywaliła pokażnej wagi nogę za stół, podciągnęła nogawkę 
i uraczyła towarzystwo widokiem pięknej, świeżej, niedawno oskalpowanej nogi w
 kolorze wiśni i lawendy. Stół- kubek, gazeta, oskórowana noga, kanpka, banan.
I się zaczęło- co i jak, gdzie, czemu. A reszta dołączyła się i zaczęła obnażać swoje wiekowe ciała z nadwagą, żeby pochwalić się zdobyczami wojennymi.
Kulturalne, psia ich mać społeczeństwo. Anglia i jej córki.

/…. Smuty i pieśnioły na flet i wiatr./

Polityka zagraniczna, geometria i schab.

Zwykły wpis

Usprawiedliwienie:

Ja, czyli niżej podpisana Kokain, nie mogłam uczęszczać na bloga jak na szanującego sie blogowicza przystało, ponieważ pojechałam do domu.

Na (uwaga) 2,5 dnia. Wylądowałam, poszłam z psem na spacer, zjadłam gulaszu, poszłam spać, wstałam, poszłam do sądu, wyszłam, wydałam 200 zł w Empiku, poszłam z psem na spacer, zjadłam maminych pierogów, obejrzałam polska telewizję, poszłam spać,wstałam, spakowałam się, odleciałam. I nie było tu żadnych skrótów a ja nic nie pominęłam.

/Rob D „Clubbed to Death”/

Tymczasem w firmie szykuja sie jakies bolesne zmiany. Ogólnie zmieniło się podejście Anglików do Polaków i przestaliśmy być polish guys a zaczęliśmy być…sama nie wiem czym.

1. W ramach manifestacji siły i porządku zwolnili Pannę Pillsbury. Zapowiadało się od bardzo dawna ale chyba nikt w to tak naprawdę nie wierzył. Tymczasem Druga Połowa Panny Pillsbury, winiąc za wszystko Małą Mi, potraktował jej autko jakimś żelem do czyszczenia kuchnek i zwyczajnie oskalpował pojazd do żywej blachy. Co więcej, był widziany i rozpoznany. Tak to jest jak się tańczy tango z Polakami.
Szkoda, że do siebie nie strzelają. Byłoby szybciej i bardziej widowiskowo.

2. Przestali nam wydawać aplikacje dla nowych pracowników, przyjeżdżających z Ojczyzny. Durne to, bo jeśli Polacy sa na cenzurowanym, powinni wydawać aplikacje jak kiedyś, tylko potem wyrzucać je do kosza. A nie odsyłać nas od Annasza do Kajfasza i udawać, że właśnie się skończyły. Poszłam wiec w cywilnym ubranku do customerskiego punktu i ładnie, gulgocząco poprosiłam jakąś świeżo przyjętą panią o aplikację. Już otworzyła szufladę, już kobyłka u płota, kiedy mina jej zrzedła po tym jak do jej małego móżdżku dotarło, że jestem Polisz. Ale słowo się rzekło. Wyrwałam dwa egzemplarze, choć i tak nie wiem po co.

3. Nie dostałam stanowiska o które się starałam i na które byłam najlepszym kandydatem. Wysłano mnie na Assesment Centre ale nie jestem wystrczająco dobra, żeby pchać drabinę z Natalką Lovett na czubku, wieszającą plakaty pod sufitem. A taka Natalka to niemały ładynek, oj nie. Galera z 20 wioślarzami nie dałaby rady. Do zmieniania metek też nie jestem urodzonym kandydatem, do skanowania metek tez nie, do przekładania pudełek z DVD również. W sumie, pomimo tego, że Głowa firmy Ryszard uważa że powinnam zostać m’gosem, dolna część zespołu managerskiego twierdzi inaczej. Wysłał mnie na AC na przyśpieszone szkolenie a po drodze już 3 razy próbowałam zmienić stanowisko i null. Zwój mu w pupę.

4. Piter dostał upomnienie za pomaganie komuś na jego dziale, do czego został oddelegowany. Pomagał innym, nie zdążył ze swoim- wpis do papierów.

5. Prawo pracy twierdzi, że jeśli bierzesz nadgodziny, masz prawo wyjść ze zmiany w dowolnym momencie, zawiadamiając managera i żadna siła nieczysta nie ma prawa cię przed tym powstrzymać. Anglicy idą do domu w samym środku BankHolidaya. Polakom nie wolno.

6. Od pół roku dwóch Polaków próbuje wkręcić się na stanowisko kierowcy na moim dziale. Nawet wtedy, kiedy brakowało nam rozpaczliwie rąk do obsługi koni mechnicznych, Susan wymyśliła, że jeden ma nieobecność w papierach (dziecko na pogotowiu w środku nocy) a drugi niejasną opinię za konflikt z ochroniarzem (za co został zawieszony, choc nie powienien był. Anglika by nie zawiesiliby.). A więc czekają, dopytują się a Susan wciąż wymyśla nowe powody dla których nie może ich przenieść. Polakom wara od vanów.

W sumie 2+2=4 i kropka. Nie patrzą na nas, staliśmy się przeźroczyści, szepczą, uciszają rozmowy… Pik usłyszała ostatnio w rozmowie określenie „brand new company‚ i „Polish” w jednym zdaniu. Niedopsze…

A Carter Ltd. milczy. Oni tez nie chcą Polski, nawet po studiach z umiejętnościami jakich szukają. Pan Chapman milczy jak grób od 2 tygodni. Fagas w szelkach.

***

/Fall Out Boy -„The (After) Life of the Party”. Dużo bym dała./

Panowie wyjechali akurat na czas moich ekspresowych wakacji i wrócili tego samego dnia co ja. Nawet nie dało mi się odetchnąć świeżym tlenem.  
Dawca Czynszu poszedł za potrzebą a w mojej głowie stanęła myśl, że jak tylko spuści wodę w kibelku, przyjdzie do mnie z jakąś prośbą. I juści. Zanim woda uzupełniła rezerwuar do połowy, już siedziałam z telefonem w ręku i byłam informowana do kogo dzwonię i co mam powiedzieć. Cwaniak.  

Suseł miał imieniny, dostał tort w kształcie babskich cycków w czarnym staniku. W środku skandalicznie słokie nadzienie w cieście biszkoptowym i różowa kokardka w dołeczku. Cudnie.

Truffelka postanowiła dac wytchnienia rękom, przestała walić po bębnach i kupiła sobie fujarkę. Flecik w sensie. Okazało się, że ma …eee…za długi flet i za krótkie palce i ..eee…nie obejmuje tej, no…gamy. 😀 No i będzie go musiała opchnąć bratu. Brat ma już klarnet, więc się z flecika ucieszy.

Dziś, lekcja z Uczniem. Trudno jest ocenić czego się nauczył, o po 2 godzinach klepania i ćwiczeń, zabaw i wygłupów stwierdził, że kąty mają czubeczki,  składają się z czerwonej kreski, istnieje  prosta pokrzywionaprosta w zęby oraz, że nie da się przeprowadzić prostej przez dwa punkty bo to  niesprawiedliwe względem innych punktów.

Ja natomiast dowiedziałam się, że Bracia Grimm to fajni faceci, Pan Kleks to
jakaś ściema bo nikt nie powstaje z atramentu a Kot w Butach nie pochodzi
z żadnej bajki tylko występował w Shreku. Biedne, smutne pokolenie. Acha,
i nie mógłby jak ta księżniczka łapać motyli na śniadanie, bo by się pożygał.

Tylko załamać ręce. I co czytać takiemu „miszczowi” skoro jego bohaterem jest ten pan:

     

Przy tym schabowym, mroczne spojrzenie Pana Kleksa traci jakoś na wyrazie…:(

 

/Fall Out Boy- „Fame,Infamy”/

Dętka, Beret i Ministrant

Zwykły wpis

No i zeszło powietrze przez noc i raniutko zastałam oponkę miękką jak organki staruszka. 6 km marszu upłynęło mi nawet bezboleśnie, tym bardziej, że o 6:00 jest już jasno, ludzie wyłażą na ulice (nie wiem po co) i po drodze mogę grzebać w iPodzie.

Po pracy zrobiłam zakupy i zamówiłam taksówkę. Z marszu pakistański taksiarz pytał mnie:
-Do ju haf najtklabs in Połland?
-No pewnie, że mamy.
-Łen do ju klołs najtklabs?
-Nad ranem, rzecz jasna.
-Do ju haf nejked łimen dere?
-Zdarza się.
Resztę zmiął w formie czegoś podobnego do pakistańskiego przekleństwa lub himalajskiej klątwy na bezbożnych klubowiczów i już się więcej nie odezwał. Może na następny raz opracuję jakąś poprawną politycznie wersję dla Pakoli: Tak, mamy kluby, zamykamy o zmierzchu a do tego czasu czytamy tam pismo święte i szydełkujemy obrusy pod telewizory…
Z drugiej strony, za parę lat w Polsce nocne klubowanie będzie odbywać się w podziemiu a wstęp będą mieli tylko ci, którzy będą znali hasło dostępu. W ciemnej uliczce, z dala od patroli Beret+Ministrant, będziemy szeptać hasła w szpary między drzwiami, zza których docierać będą dźwięki grzesznej muzyki i zapach rozwiązłych kobiet i chętnych mężczyzn. Apokalipsa.

No i w całym tym grzesznym rozmyślaniu, zapomniałam co miałam kupić: DĘTKĘ! Pacanico bezmyślna! Może to przez Temata, który obdarzył dziś uśmiechem i krokiem „ku”, na który nie zareagowałam, tak jak nie reaguję na niego od dwóch tygodni. Ostatnio w mojej obecności angielski, wiecznie padający deszcz dolatuje do ziemi w postaci gradu a mijane przeze mnie klomby z wiosennymi kwiatami zamieniają się w kupy zmarzniętego kompostu. Uczę się zapominać.

A więc wróciłam do domu bez gumki i trzeba było wyłazić z domy jeszcze raz. Tym razem jednak zapomniałam, że chciałam kupić od razu drugą dętkę, na zapas…

I przypomina mi się znowu jak w listopadzie złapałam gumiaka. Wtedy jeszcze/nadal Temat był owiany mgłą tajemnicy… Zawiózł mnie do sklepu, kupiłam dętkę i oponkę, potem połaziliśmy po mieście, przywiózł mnie do domu, obejrzał Zamczysko, cały czas podzwaniał kluczykami od samochodu bo drżały mu łapki i ani razu nie usiadł, chociaż go prosiłam. Zostawił swój numer i wysłał pierwszego smsa. A wieczorem wpadł jeszcze, przywieźć mi pierwsze płyty, z kolekcji, która do dziś urosła do pokaźnego stosiku. I tak właśnie, do końca życia będzie mi się kojarzyć wymienianie dętki.
Mimo tego, że uczę się zapominać.

Potem były deszcze, zimy, mrozy, śnieżyca, zmiany na 4:00 rano. Gęsta jak śmietana mgła i mile widziany gość, zaspany, zawinięty w cienką bluzę z kapturkiem, czekający pod bramą. Ciepły samochód, muzyka, o której wspominałam, że lubię i 10 minut wspólnego milczenia graniczącego z transcendentalnym wniebowzięciem.
Tym bardziej, muszę nauczyć się jak zapomnieć.

/Powrót do korzeni czyli KLF „The White Room”. Album sprzed 15 lat, stary ale jary…time is eternal…/

A dziś galaretka truskawkowa z truskawkami. Współlokator mnie rozpieszcza. 🙂 Żadnych insynuacji, proszę!

PS. Suseł naprawił mi kółko a tu niespodzianka! Dziś wieczorem gwoździem programu jest…. kolejna przebita opona! Uruchamiamy maszynę losującą i…ta ta ta… tak!

Szczęściarzem jest dziś tylne koło roweru Susła!

Jak bozię kocham, rozpierdolę łeb gołymi rękami, jak tylko dorwę tego gwoździarza. Tymczasem Współlokator uruchomił silnik i zawiózł Susła do pracy.

Czas uruchomić plan C. Kamera internetowa w korytarzu i nieustanny monitoring rowerów.  

Alfabet ciąg dalszy i ADHD

Zwykły wpis

No i powoli wychodzi szydło z tyłka. Nasz Dodatek do Współlokatora okazał się alkoholikiem z padaczką. I niech mi nikt nie twierdzi, że to choroba a ja jestem podła. Bo ponad wszystko na świecie, nienawidzę smrodu zapitego, niedomytego farfocla, zionącego żytem, który na dodatek w każdej chwili może odstawić w kuchni taniec Swiętego Wita. Raz w życiu miałam próbkę i jeśli zdarzy się coś takiego w mojej obecności- jak Bozię kocham, wyskoczkę oknem z pierwszego piętra i pobiegne daleko przed siebie. Tymczasem  Dodatek nadal nie płaci czynszu (drugi miesiąc), pali fajki w pokoju, zasmradza toaletę tak, że nie można wejść i całe mieszkanie nieumytym cielskiem i niepranymi ubraniami. K****cy dostaję ja ale okazuję się, że Truffel również. I w końcu zrozumiała chyba co miałam na myśli, kiedy mówiłam, że nie mogę znaleźć sobie miejsca w domu z tymi wszystkimi ludźmi nad głową. Ostatnio siedząc w kuchni, cichutko jak myszka pisnęła:
-Jeszcze trochę przestanę grać na perkusji i wychodzić z pokoju… (i to bez wykrzyknika na końcu).
Niedopsze.
Suseł opowiedział nam dziś jak Dodatek wymiotował w łazience niczym, a on musiał słuchać tych jelitowo-odźwiernikowych odgłosów zamiast muzyki.

Coś trzeba będzie z tym zrobić. Jeszcze nie wiem co ale łopata, duża beczka i wór soli mogą okazać się bardzo pomocne.

/30 Sekund -„The Kill”. Mam bzika na punkcie tej pieśniołki i tego jak Jared pokrzykuje sam do siebie…this is who i really am!!!/

I jak to jest możliwe? W ciągu pół roku ok 12 razy ja, Truffel, Suseł, Faki lub Bobek zmienialiśmy dętki. W tym tygodniu „przebiła się” Truffel, dziś ja. Dojechałam na rowerze do domu bez żadnych problemów, zaparkowałam w korytarzu a dwie godziny później, kiedy Charlie przyszedł pożyczyć rower, żeby pojechac na stację, okazało się, że stoję na flaku. Mały kutaszon! To już kolejny raz, kiedy podejrzewamy go o psucie naszych rowerów. Kilka miesięcy temu to było zdejmowanie łańcuchów, szczęk hamulców, wyrzucanie nakrętek od wentylków, teraz nagminne przebijanie opon. Truffelka znajduje za każdym razem przebicie w dętce w takich miejscach w jakie normalny człowiek wbiłby ostrze, żeby nie cisnąć się przez bieżnik. 
Najbliższy dom stoi pół kilometra stąd. Na terenie Zamczyska, oprócz mieszkańców nie kręci się nikt obcy, bo to pustkowie, zadupie i własność prywatna. TYLKO CHARLIE Z ADHD! Wkurwiający, nadpobudliwy gnojek tłucze szyby, łazi po murach i dachach, tłucze rynną oderwana od ściany w porzucone na podwórzu pianino, dziurawi ściany drzwiczkami wyrwanymi z komody stojącej w korytarzu. To czarci pomiot z czterema parami rąk.

Coś mi się zdaje, że dogadają się w tej beczce- on i Dodatek do Współlokatora. 😀

A dla towarzystwa dodam im jeszcze Piczkę. Przepiłowała mnie wczorajszym tekstem na pół:
-Wiesz, jak tak oglądam satelytkę, to włos się na głowie jeży, co to się w tej Polsce wyrabia. Te lustracje, aborcje, bosze, i te moherowe berety co one wyrabiają. Każdy mówi tylko o teczkach albo życiu poczętym, zabijają się posłanki, szkolne mundurki…i ta Młodzież Wszechpolska z bojówkami. Co to sie dzieje, k o s z m a r ! Przynajmniej dobrego Prezydenta mamy, facet jest w porzo i zna się na rzeczy.

Ja nie wiem, albo mówiła o nowym prezydencie Francji albo rozpieprzanie kraju od srodka to „w porzo robota”. Czy ta dziewusia zna się w ogóle na czymkolwiek? Życie seksualne pingwinów, obróbka skrawaniem? Nic, nic?

/W międzyczasie podziękowałam grupce o wdzięcznej nazwie ASH i przeszłam do Atreyu. I tutaj pojawił sie problem, bo również mam ochotę panom podziękować ale sam Temat swego czasu gorąco mi polecał owo Coś i sentyment się odzywa./

Wena mi odeszła wraz z ciaskiem z budyniem i truskawkami. Bardzo łatwo sie dekoncentruję.

Metalowej antologii litera A

Zwykły wpis

Mmmm…

Mam wrażenie, jakbym pisała listy do samej siebie. Tak na wszelki wypadek, gdyby po latach dopadła mnie demencja i zaczęłabym zapominać którędy
do buzi. Po początkowej fazie stu wizyt dziennie, na chwilę obecną osiągam
szokujący wynik 3 (słownie: trzech) wizyt na tydzień. So be it.

Muzycznie: siedzę i szukam natchnienia w świeżo zasiorbanym z DC++ folderze METAL. A więc w przerwach między memuarami- minutki z Winampa.

Wczoraj, rankiem rześkim wsunęłam ostateczną wersję aplikacji do CE przez szparę w ichnych drzwiach. Moje szczęście dało o sobie znać i kiedy przez tydzień czekałam na jakąkolwiek wiadomość od pana Chapmana, moja skrzynka na .Gazecie odmawiała przyjmowania maili od firmy z końcówką co.uk. Na szczęście pan dał o sobie znać.

/Adema i Aiden- grupiszcza parające się szarpaniem perkusji i waleniem w gitarę bez ładu i składu a nad tym wszystkim króluje gładki, homoseksualny wokal chłopców, którzy śpiewają np. „Mam cię dość, gryzę twoje żyły”. Przełączyć!!/

/Przełączyłam- na American Head Charge- Straszne Potwór wrzeszczy coś na kształt: Włoooaaaaaa nnniaaaeeee a gieeeeee, co w wolnym tłumaczeniu można zrozumieć jako „Mam tego dość, twoje żyły włażą mi w zęby”. A w zwrotkach, w wolnym, leniwym tempie paryskich kafejek inny pan śpiewa nooothing, noooothhhiiiinggg… Przełączyć!!?/

Nocna zmiana w niedzielę. Najłatwiej zarobione 120 funtów w mojej dotychczasowej karierze. A kiedy pomyślę, że to ok 700 zł za bezczelne
Nicnierobienie, słaniam się.
Połaziłam, pogrzebałam w półkach, pobawiłam się wszystkimi zabawkami jakie dało się wyjąć z pudełek, potestowałam worki fasolki do siedzenia, pojeździłam windą na szokującym dystansie parter-piętro. Przesiedziałam 3 przerwy pijąc herbatę a kiedy przyszła 4:00 rano, z dala od kamer w zaciszu
zacisznego kątka, słuchaliśmy śpiewających ptasząt. Przez całą noc na górę nie zawitała ani jedna Niebieska Koszula, nawet nad ranem, żeby odebrać robotę. Po prostu poszliśmy do domu.

A na moim dziale? Nie przystaniesz, żeby wytrzepać z buta kamienia, żeby cię Susana nie złapała na nieróbstwie. Co robisz? spyta zaglądając podejrzliwie w czeluść trampka i autentycznie będzie czekać na odpowiedź! Aż się prosi, żeby odpowiedzieć: „Wysyłam przez buta, maila do znajomego, żeby umówić się na ścieżkę proszku! A na co to wygląda, jak wytrzepywanie kamienia?”

Nocna zmiana na piętrze to lenie i nieroby. Wiedzą jakie zabawki są fajne, który sprzęt ma jakie bajery, wiedzą gdzie wepchnąć palca, żeby pingwin śpiewał kokodżambo! Na dodatek podłączają swoje iPody do dziurek w ścianie i nie tylko, że ładują je na koszt firmy to jeszcze porykują muzyką jaka się im tylko zamarzy.

/Amon Amarth – perkusiście doskwiera skurcz łydki i ładuje w podwójną centralkę do znudzenia. Nawet nie ma czasu zachwycić się nad kunsztem
pedała, bo nie daje chwili wytchnienia. Gitarzysta ma skurcz nadgarstka,
permanentny jak mazak, a wokalista ma problemy z przeponą.
Jak zaczyna wrzask w pierwszych trzech sekundach pieśni, tak nie daje sobie czasu na nabranie powietrza do końca. Dosysa tylko tlenu w krótkich przerwach między słowami die, faith, rage, born, argh! i grarr!.. Następny pacjent proszę!/

Blisko zaprzyjaźniamy się z naszymi sąsiadami- handlarczykami z parteru. Od trzech tygodni pukają i wciskają nam DVD, których „tato już nie ogląda”. Tak więc średnio po 2 funty za sztukę zakupiłam sobie Szósty Zmysł, Dawno Temu w Ameryce, Królestwo Niebieskie i jeszcze parę klejnocików z „tacinej filmoteki”. Przynajmniej płacąc 2 funty za sztukę, zamiast 7, zarobię coś na tym rowerze FakiJapi, który zawinęli jej sąsiedzi- handlarczyki. 😀

Wczoraj 45 minut leżałyśmy przy szparze w drzwiach i słuchałyśmy co też takiego mogą załatwić sąsiadom Muzinom z Hameryki: rakietę do tenisa, worek treningowy a hakiem, rower, (ha, oby nie mój) i filmów mnóstwo z fu***giem że hej! Promocja, promocja! Leżąc pod drzwiami, Truffel wyszeptała teorię, że chłopcy łażą po dachach Zamczyska i kukają nam godzinami w okna w celach „rozpoznania rynku”.

/Amorphis – trochę artystyczniej, zdarza się nawet solóweczka i ktoś tam gra na talerzach ale wokal wciąż mroczny jak kieszeń o północy. Wyobraź sobie Czytelniku mroczną, mokrą piwnicę, ziejącą smrodem stęchlizny,
oklejoną pajęczynami i…ociekająca posoką… a na dole…mamo…na dole jest…to! …dyszy i warczy…mamo! Zamknij się! To twój przygłuchy, mroczny
brat słucha Amorphisa, skaranie boskie z tym gnojkiem!/