Monthly Archives: Październik 2007

Black Out, wizytacja i co musi zniesmaczyć Anglika?

Zwykły wpis

Zasłabło mi sie dzisiaj! Stałam, słuchałam, kiwałam głową i nagle…wiu! Szum w uszach, za chwilę dwie paczki waty po bokach głowy, stroboskopowe migawki i buty klientów- czyli wszytsko co pamiętam z próby dostania się do toalet. Przepychałam się między wózkami jak gnana pożarem bo czułam, że fajtnę na środku lastryko i będzie wstyd. Dotarłam do kibelka, usiadlam z głową między nogami i dawaj szukać punktu zaczepienia. A obraz robił się coraz ciemniejszy i coraz węższy…

W końcu przeszło. W życiu miałam tylko dwa epizody omdlenia. Za pierwszym razem, miałam może z 10 lat i spadł pierwszy śnieg. Tak okropnie nakręciłam się na bałwana, że bez śniadania wyprysnęłam na podwórko lepić potwora. Zgrzałam się jak poduszka elektryczna, zmęczyłam, usapałam i nagle poszułam, że odpływam w nicość. Doczłapałam do domu, klapłam na krzesełku i fajtnęłam Babci przez ręce. Śniadanie pomogło.

Za drugim razem wzięłam ożywczą kąpiel o temperaturze wrzenia. Po godzinie we wrzątku wyszłam z wanny czerwona jak świerzo sparzony rak i tyle pamiętam. Potłukłam kolana. Obudziłam się klęcząc na kafelkach a w pokoju śpiewała Maryla Rodowicz. Przyczyna czysto fizyczna, bo jak się zlałam wrzątkiem, rozkurczyły się naczynia krwionośne i ciśnienia spadło do ledwie wyczuwalnego oddechu kaczuchy.

Ale dzisiaj, nie mam pojęcia co się stało. Bałam się tylko nie fajtnąć przy ludziach bo jak znam Anglików zaraz wołaliby pogotowie i szprycowali mnie Panadolem.

***

/Sarah McLachlan „Possesion”/

***
7 na 7 osób z którymi ostatnio rozmawiałam nie lubią mojego szefa. A że często rozmawiam też sama ze sobą, rachunek wynosi 8 na 8.
Wpienił mnie dziś nieprzeciętnie, bo przyszedł się żalić, że nie zrobił czegoś o czym przypomniałam mu w sobotę i dostał opierdziul od Suzi z Wąsem. Dobrze ci tak arogancie.

***
Na horyzoncie wizytacja Dyrektor Regionalnej- prostujemy liście, malujemy trawniki i trenujemy foliowane kurczaki do odśpiewania „God Save the Queen”. Przerost formy nad treścią. A panna w żakiecie i absurdalnie wysokich szpilkach przejdzie się dwa razy po sklepie i wygrzebie z kratki 
ściekowej włos łonowy kierownika. 
Tak jak ostatnio, kiedy kurczaki śpiewały Psalm 100KtóryśTam (ten o wiecznie zielonych wzgórzach Anglii) a ona znielubiła kawałki tekturki, które 
odpadły od pudełek z pizzami i wleciały do wywietrznika. „Klienta to może zniesmaczyć!”

Chciałbym, żeby zniesmaczały mnie kawałki tektury. To mogłoby być niezapomniane wrażenie.

A Klient? Co może zniesmaczyć kogoś, kto ciągnie za sobą odór niemytych międzypalczy i powoduje, że od jego oddechu błyskawicznie dojrzewają na półkach najświeższe sery? Na pewno są to kawałki tektury.

***
Dobra, idę się ułożyć w pozycji biwakowej i życzę tego samego.

Reklamy

Nocny intruz i buty Blahnika

Zwykły wpis

Wiem, że na Wyspę wraca zima. Jeszcze się łudziliśmy, że angielska, sucha jesień potrwa z miesiąc ale niestety…zima już tu jest. I to nie dlatego, że pada deszcz, albo, że wiatr urywa głowę między dźwigaczem a obrotnikiem ale dlatego, że… no właśnie. Było tak:

Śpię. I w śnie słyszę złośliwy chichot a chwilę później głos: „Ty, ale głęboko śpi, nie”. W tym momencie tuż nad uchem, na nocnej szafce coś zagrzechotało, jakby ktoś palcem popychał łyżeczkę do herbaty. Bdździąk, bździąk, bździąk! Usiadłam do pionu w pół sekundy, odrzuciałm kołdrę, gotowa do wypryśnięcia przez okno. Nasłuchuję- nic. Zapaliłam lampkę- nic. Łyżeczka leży ale nikt jej przecież nie trąca! Zgasiłam więc światło i przezornie odsuwając się od łyżeczki postanowiłam czuwać. Po kilkunastu minutach- pum! Coś się przewróciło.
-SUSEŁ, BUDŹ SIĘ, COŚ JEST W POKOJU, BUDŹ SIĘ!
Na to Suseł niewiele myśląc, obudził się i wyprysnął do łazienki. Zamiast szukać napastnika z kijem do bejsbola albo rzeźnickim nożem, poleciał
jak na skrzydłach i tyle go widziałam.
A więc siedzę. I patrzę na pudełko po ciastkach leżące na ziemi i już myślę o obdukcji kosmitów, wamiprach, duchach ale jednak bardziej o Kosmitach. Oczami wyobraźni widziałam już jak się nade mną pochylają, wsadzają próbniki w żywotne otwory i gmerają przy rdzeniu mózgu.
I nagle… szt, szt szt… Patrzę a tu myszka szara lezie pomiędzy ścianą a szafką nocną, wskakuje na blacik i dawaj wpierdalać ciasteczko. Ciasteczko oparte było o łyżeczkę i stąd te „bździąk”. I podobnie jak w zeszłym roku w kuchni, spojrzała na mnie, ja na nią, ona na mnie, ja na nią i śmignęła za szafkę pokazując mi ino dziurkę w dupce.

I stąd wiem, że zima przyszła. Myszozwierzyna ściąga zimą do Zamczyska, łazi w ścianach, chrobocze, żre mąkę, pudełka z płatkami kukurydzianymi i kradnie kiełbaskę z kubła na śmieci.

Truffel stwierdziła, że jestem dziwna. Pierwszą rzeczą o jakiej by pomyślała byłaby mysz, potem długo długo nic, a na końcu Kosmici. A ja? Kosmici, dzikie węże, sowy i napastowańcy a na końcu dziwię się widokiem mysiej dupki.

Zdecydowanie za dużo Twin Peaks. Dotarłam do końca serii i zaczęłam od nowa.

***
5 na 5 osób z którymi rozmawiam, nie lubią mojego szefa.

***
Uszyłam zasłony na okna. Ok, uszyłam pierwszą z czterech zasłon na okna. Zachwycam się przy każdym przejściu przez pokój.

***
Samochód. Boli i pali nas myśl, że przed nami kolejne 4 miesiące jeżdżenia na rowerze do pracy. Pada, siesze, dżdży, leje, wiatr urywa głowę a my wesoło pedałujemy 10 km dziennie. I tu pojawia się pytanie: najpierw prawo jazdy czy samochód? Jak się nie ma żadnego z tych, to jest to ważna kwestia decyzyjna, wierzcie mi.

***
Właśnie obejrzałam stronę z butami Blahnika. Przeczytałam gdzieś, że durnowata Renee Zellweger kupiła Blahniki jakiejś sprzedwaczyni w Nowym Yorku, jako prezent od gwiazdy i postanowiłam sprawdzić czy opłaca się być taką sprzedwczynią w NY. Opłaca się. I nie opłaca się. Buty za 1600 dolarów, które koniecznie należy schować głęboko w szafie, żeby rodzina się nie dowiedziała. Nie dlatego, że są tak piękne, że z pewnością młodsza siostra 
będzie chiała je skubnąć na studniówkę ale dlatego, że są tak paskudne
i ordynarne, że Dziadzio z Babcią moją odejść z tego świata razem, kiedy tylko w tajemnicy otworzą pudełko. 

Zielony szpilek z lakierowanej skóry, opatrzony sztucznymi wisienkami i liśćmi 
winogron? Niski snadałek wyszywany koralikami w indiańskie wzory w kolorze
błękitnym, białym i żółtym??  
Albo to coś z różowymi pomponami co podobno powinno się nosić na
całodzienne szaleństwa po sklepach??

Świat schodzi na psy.

***
Jest 11:18 i czas na śniadnie.

Powyborcze utyskiwania

Zwykły wpis

Wczoraj miałam napad sił twórczych i w dwie godziny zmontowałam z paper mache figurkę kobiety, która w zamiarze ma trzymać dwie miseczki, w których na wodzie, unosić się będą świeczki. 
Mokrą i cieknącą zostawiłam przy oknie pewna, że rano znajdę papier mache na desce zamiast na panience. A tu niespodzianka, bo panienka wyschła i zrobiła się z niej twarda baba. Kupiłam farbę, żeby ją pomalować i coś co nazywa się gesso i służy do gruntowania płótna pod olejne. Pokrywa się paper mache tą biała papką która zastyga niczym gips. Można ją potem do woli polerować, rzeźbić i doklejach pierdułki. Co mam zamiar uczynić. Jak tylko wróci mi napad sił o których wspomniałam na początku.

***

Już po ciszy wyborczej. Truffel całą drogę do i z Birmingham agitowała za LiDem, wpędzając Pikpoki w nerwicę polityczną. Oni głosowali na Pisiorków, w sumie nie dziwię się dlaczego ale dziwię się, że z naszych szkół wychodzą jeszcze ludzie tak ciemni. Pikpoki milczały, nie komentowały i pewnie modliły się, żeby już wysiąść z tego antyKaczego pojazdu.
I wygląda na to, że wysiłek, stanie 2 godziny w kolejce i 3 godzinna jazda poszło na marne. Głosy z UK utknęły gdzieś w kablach i jeszcze chwila a zostaną unieważnione. Cudnie, 77% głosujących w UK oddało głosy na PO a teraz wszystko pójdzie w kanał.

Tak czy inaczej, PISy, POki, Dzikie Węże, my nigdzie się stąd nie ruszamy. Jest wiele rzeczy za którymi tęsknię na Zielonej Wyspie ale nie tak bardzo, żeby chcieć wrócić do kraju. Tęsknię na moim Wrocławiem, kisielem z jabłkiem, księgarniami pełnymi książek i prawdziwymi pomidorami. „Ale co, nic to”, jak mawiała moja Prababcia.

Oglądam film o Powstaniu Warszawskim na Discovery Historia. Oni walczyli, my uciekliśmy. Łatwiej wziąć karabin do łapy i biec przed siebie niż patrzeć jak nienawiść i podłość rozbiera nas na naszych oczach i nic nie możemy z tym zrobić. Bo nieważne kto nami rządzi, straciłam wiarę w to, że zmieni się cokolwiek. Krajem nie rządzą partie, kraj to ludzie. A my stajemy się coraz gorsi- pazerni, bezwzględni, bezmyślni i głupi do bólu.

Anglicy pytają mnie jak współżyją Polacy w naszym miasteczku. Nie współżyją. Mijają się na ulicach mimo tego, że doskonale wiedzą, że są rodakami. Stoją w polskich sklepach i pchają się do bułek jak ostatnie chamy. Trącają się łokciami, wydzierają sobie co chodliwszy towar a sprzedawca „zapomina” o wydaniu 10 pensów, nie ma reklamówek i warczy. Średnia wieku Polaków w moim miasteczku to 23 lata. Oszukują się, 
okradają, kręcą inetersy, łamią prawo, sprzedają nielegalnie papierosy, jeżdżą samochodami bez prawa jazdy, biją w zaułkach. I już się nie zmienią. Wychowują dzieci w bezmyślnym dobrobycie i już widać skutki.
Nie proś Polaka o pomoc, nie chwal się jak ci idzie, nie opowiadaj o sobie zbyt dużo. Tu, czy 1500km stąd, w kraju działa to tak samo. Straszne to.

***

Wyrwałam się dziś z pracy 2 godziny wcześniej. Powiedziałam, że poniedziałek to jedyny dzień kiedy mogę coś załatwić i muszę koniecznie iść do banku. Pojechałam do miasta, do ukochanego sklepu z materiałami plastycznymi, zjadłam zapiekankopodobną bułkę z serem i było miło. Tyle, że  od kilku dni temperatura spada z zamiarem odmrożenia mi rąk i uszu. Zima w angielskim wydaniu.

Farty i pechy

Zwykły wpis

Mama ma nawrót pecha. Raz na kilka miesięcy zdarza się, że nagle niebosa zamykają się i wszystko co pełza i łazi, czepia się jej kostek. I nie ma od tego ucieczki- pech jest, rządzi się i pozostaje się tylko śmiać.
Zamówiła okulary w Fielmannie, zaplanowała kupić nagrywarkę DVD, przestało ją strzykać w boku, samochód przestał dymić.
W wyniku pecha: okulary z Fielmanna okazały się knotem nie z tej ziemi, stare binokle zadrapały się w plecaku i nic  przez nie nie widzi, nagrywarka DVD działała 3 dni i się zepsuła a kolejnej MediaM nie ma, potłukła rękę na spacerze z psem a samóchód wymiękł ostatecznie i nawet nie drgnie. I to wszystko w przeciągu dwóch dni.

I tak w kółko Macieju, przez całe życie. Ostatnim razem, kiedy przestała myśleć o sromocie życia i po raz pierwszy od pół roku miała dobry humor, jakiś bandzior wyskoczył na nią z nożem, kiedy szła z Bostonem przez działki. Gaz łzawiący nie zadziałał, Boston zaczął się śłinić do bandziora, rowerzysta nawet nie zareagował na „okazany przez napastnika nóż” i przyszło jej radzić sobie sama. Kurwami.

Nawet taki głupi lejek do paliwa. Miałam wtedy kilka lat i pamiętam to wydarzenie bo od tego czasu zaczęłam sobie uświadamić, że moja Mateczka łamie wszelkie zasady rozkładów prawdopodobieństwa i jej istnienie, niczym kosmiczna osoliwość ściąga to co najgorsze. A było tak: chrzestny kupił sobie lejek do paliwa. Okazja nieprawdopodobna bo to były czasy komuny i trudno było kupić nawet gazetę, grubą na tyle, żeby zrobić sobie lejek. Był pomarańczowy, z siteczkiem i wszyscy sąsiedzi achali i ochali nad tą okazją. Na drugi dzień, Mama podreptała do sklepu i po znajomości, spod lady kupiła lejek. Zepsuł się zanim dojechała do domu. Lejek- zepsuł się!. Odpadło siteczko i na drugi dzień pojechała wymienić. Okazało się, że nowy ma zapchany wylot ale tak, że trzebaby ukrócić rurę o 10 cm, żeby ominąć kawał plastiku, który jakimś cudem zatopił się w środku. Wymienić już nie było co, bo zabrakło lejków. Więc chrzestne oddał jej swój. Używał go już 2 tygodnie i jak to lejek, lał bez problemów. Mamie się nie zepsuł ale okazało się, że ma jakiś nietypowy wlew i wszystko cieknie na chodnik zamiast do baku. Sąsiedzi, którzy też lejek dorwali nie narzekali ani razu.

I tak ze  w s z y s t k i m. Z pracą, samochodami, znajomymi, remontami, jak w zaklętym kręgu. Niewiele jest rzeczy, które kupiła w życiu a których nie musiałaby reklamować albo wymieniać: staniki z obróconymi i wszytymi ramiączkami, skisłe farby emulsyjne Dekoralu, tępe noże już na starcie i 
mnóstwo innego badziewia.

Ja natomiast dyndam po drugiej stronie osi: kupuję po pół ceny mimo, że nie powinnam, znajduję ale nigdy nie gubię, moje papiery nigdy nie giną w urzędach (to czasami szkoda, szczególnie w Dziekanatach) 
a Truffel twierdzi, że gdyby okazało się pewnego dnia, że ktoś za oknem, 
2 mile stąd strzeliłby z karabinu, kula zygzakiem wleciałaby do kuchni, 
ominęła moją głowę trzy razy i trafiła ją prosto w czoło, zabijając na miejscu. 
Na drugi dzień, w gazecie, napisaliby, że w wypadku w którym zginęła jakaś
jedna osoba, cudem przeżyła Kokain, daliby moje zdjęcie,listy od czytelników
i dożywotni kupon do centrum handlowego.

Pech i fart.

A może ja po prostu wiem jak zadreptać w odpowiednie miejsce o właściwym czasie? Dziś, na wyprzedaży bagażnikowej kupiłam co kupiłam po pół ceny, (czyli za 25 pensów zamiast za 50) , tylko dlatego, że najpierw zaspałam, potem nie chciało mi się wstać, potem miałam milion rzeczy do zrobienia i już była 12:00, więc sprzedawcy zaczęli się zawiajać do domów.

***

A teraz siedzę i zastanawiam się nad tym moim fartem, bo mam jeden dzień wolny a Lokator wcisnął do swego pokoju gości w liczbie 3, łupie muzą, dźwiękami z jakichś wyścigów samochodowych i co chwila, któryś z nich idzie się odlać. Nd moją głową. Cóż, nie można mieć wszystkiego.

***

Truffel pojechała z kompanią na wybory, NIE zagłosować na Sami-Wiecie-Kogo. 😉 Dla mnie miejsca w aucie nie starczyło ale i strata niewielka bo trochę się odspołeczniłam.
Było pięknie do momentu, kiedy jedno goście Lokatora poszli a za godzinę zwalili się kolejni. W liczbie 4. Lokator wytoczył gitarę i dwie godziny łupał swoje bluesy śpiewając przy tym na nutę Uooooweeeeeeeaaaaaaa….. Podejrzewam, że słowa tej piosenki mają na celu przykuć uwagę słuchacza, który wśród samogłosek próbuje się doszukać jakiegoś powiązania tematycznego, bo goście nie wyszli na siku przez cały show. Ja nie wiem w którym to klubie lubowali się w jego pieśniołach ale boję się, że grał przy czuwaniu przy zwłokach.
Potem odstawił gitarę, hiknął i szeprssił za ssiszę, czy coś tam, bo nawet nie podniosłam na niego wzroku. Myśli, że jak sobie chlupnie to ja mam sie odbrazić i spojrzeć na niego jak na człowieka?

A teraz wróciła Truffelka, głodna po spełnieniu patriotycznego obowiązku i skwierczy na patelni coś capiącego.

/I muzyka u mnie leci! „Mysteries of Love” Julee Cruise, naoglądalam się Blue Velvet i tak mi w duszy gra ten kawałek./

Feniks, klaun i Muad’Dib

Zwykły wpis

Wrócona światu żywych! Niczym feniks z popiołów, powstałam z betów, rozrzuciłam koce, kołdry, prześcieradła, strząsnełam z siebie poduchy i …  zaparszywionym ślepiami rozejrzałam się po pokoju. 
Ożesz ty orzeszku! I od razu zeszła mi para z gwizdka. Nie dziwota, że w kuchni zabrakło kubków i łyżeczek!

Dowlokłam się do pracy gdzie witano mnie chlebem, solą i uściskami. Przecież to nie był tyfus ani filipińska gorączka jelitowa Kwaśniewskiego, tylko 40 stopni gorączki i światowstręt!

Pokręciłam się zaczęłam w końcu prostować to co pokrzywili podczas 
mojej nieobecności. I stuknęło 9 godzin.

A po drodze…
W mieście jeste wielka feta- Dni Miasteczka- dla dzieciarów. Zjechały chyba ze cztery cyrki, z czego jeden- do nas przed dom, na parking. A ja nienawidzę cyrków. Boję się klaunów, tropiku, tego co może się czaić za ciężkimi kurtynami- ogólny wstręt. Jakieś brodate kobiety, gibcy atleci i małpeki o morderczych zdolnościach. A tu qrwa cyrk co krok. Jechałam o 21:00 z pracy- wszystko po drodze skąpane w bursztynowym świetle lampek na namiotach, śmierdziące watą cukrową, ryczące pozytywkami z karuzeli z malowanymi na biało końmi…a ja widzę morderczego klauna Pennywise, szczerzącego okrwawione zęby w zaułku ulicy. 
I serwującego balooooony nastolatkom ze szklistym, niewidzącym spojrzeniem.
I ten cyrk obok nas! Wyglądam przez okno i zamiast czarnej nocy widzę lampki rysujące kształt namiotu tuż za drzewami.

Autentycznie, całą drogę myślałam tylko o tym, żeby wpaść do domu i schować się pod kołdrę, jak dziecko.

TO! Kinga w pełnej krasie. A to wszystko pod moją pokrywką.

Kupiłam sobie szlafrok. Żeby się owijać i plątać w sznurku.
A z nieszczęsnej Ojczyzny przyszła pocztą „Diuna”. Z ilustracjami Siudmaka, w nowym dość rozsądnym tłumaczeniu. Dzięki ci Allachu z Księgarnię wysyłkową Merlin. Tylko spuść na nich groma za to jak pakują przesyłki. Najostrzejsze noże szarpały się z pudełkem 10 minut. Nie dodali małpy do otwierania.

A teraz obejrzę sobie Kyla MacLachlana w „Diunie” Lyncha.

Branoc. Klaunom wstęp wzbroniony.

Feniks, klaun i Muad'Dib

Zwykły wpis

Wrócona światu żywych! Niczym feniks z popiołów, powstałam z betów, rozrzuciłam koce, kołdry, prześcieradła, strząsnełam z siebie poduchy i …  zaparszywionym ślepiami rozejrzałam się po pokoju. 
Ożesz ty orzeszku! I od razu zeszła mi para z gwizdka. Nie dziwota, że w kuchni zabrakło kubków i łyżeczek!

Dowlokłam się do pracy gdzie witano mnie chlebem, solą i uściskami. Przecież to nie był tyfus ani filipińska gorączka jelitowa Kwaśniewskiego, tylko 40 stopni gorączki i światowstręt!

Pokręciłam się zaczęłam w końcu prostować to co pokrzywili podczas 
mojej nieobecności. I stuknęło 9 godzin.

A po drodze…
W mieście jeste wielka feta- Dni Miasteczka- dla dzieciarów. Zjechały chyba ze cztery cyrki, z czego jeden- do nas przed dom, na parking. A ja nienawidzę cyrków. Boję się klaunów, tropiku, tego co może się czaić za ciężkimi kurtynami- ogólny wstręt. Jakieś brodate kobiety, gibcy atleci i małpeki o morderczych zdolnościach. A tu qrwa cyrk co krok. Jechałam o 21:00 z pracy- wszystko po drodze skąpane w bursztynowym świetle lampek na namiotach, śmierdziące watą cukrową, ryczące pozytywkami z karuzeli z malowanymi na biało końmi…a ja widzę morderczego klauna Pennywise, szczerzącego okrwawione zęby w zaułku ulicy. 
I serwującego balooooony nastolatkom ze szklistym, niewidzącym spojrzeniem.
I ten cyrk obok nas! Wyglądam przez okno i zamiast czarnej nocy widzę lampki rysujące kształt namiotu tuż za drzewami.

Autentycznie, całą drogę myślałam tylko o tym, żeby wpaść do domu i schować się pod kołdrę, jak dziecko.

TO! Kinga w pełnej krasie. A to wszystko pod moją pokrywką.

Kupiłam sobie szlafrok. Żeby się owijać i plątać w sznurku.
A z nieszczęsnej Ojczyzny przyszła pocztą „Diuna”. Z ilustracjami Siudmaka, w nowym dość rozsądnym tłumaczeniu. Dzięki ci Allachu z Księgarnię wysyłkową Merlin. Tylko spuść na nich groma za to jak pakują przesyłki. Najostrzejsze noże szarpały się z pudełkem 10 minut. Nie dodali małpy do otwierania.

A teraz obejrzę sobie Kyla MacLachlana w „Diunie” Lyncha.

Branoc. Klaunom wstęp wzbroniony.

L4 czyli jestem chora i mam haluny

Zwykły wpis

Od trzech dni mam 39,5 stopnia gorączki. I nic więcej. Troszkę  kataru i jakieś tam skurczyki oskrzeli. Sprzedałam bakcyla Susłowi, który zaczyna siąpić i czerwienić się na pyszczku. 
Leżę z głową na mrożonce z zielonego groszku, na czole mam lotowaty ręcznik i wcinam mrożoną wodę z sokiem. To jak chłodzenie stosu atomowego wodą noszoną w naparstku z hydrantu oddalonego o 3km. Po antybiotyku wracam do rzeczywistości ale 3-4 godziny później znowu przenoszę się do Czarnej Chaty. Chyba za dużo się naoglądałam Twin Peaks, bo kiedy odpływam, w kółko i w kółko widzę Czerwony Pokój z ostatniego odcinka i zastanawiam się jak pomóc Cooperowi?

Pomijam sny w których moja Mama z Babcią (świeć Panie) przyjeżdżają do Anglii, idą ze mną do sklepu i za cholerę nie chcą zdjąć z głów takich fsiurskich kwiecistych chust. W żuciu nie widziałam ich w czymś innym niż czapce ale cóż, gorączka ma swoje prawa a ten świat jest dziwny. A potem śni mi się, że Mama uczy Susła jeździć autem, którym raz po raz stukają w słupki i murki zarykując się do łez.

Taka gorączka to fajna rzecz. Schudłam 2 kg w trzy dni, nic nie jem, nic nie oglądam, nic nie czytam, nie chodzę do pracy i zajmuję się obserwowaniem jak szybko wzkazówka godzinna śmiga po tarczy.

W oczekiwaniu na powrót do Czarnej Chaty…Kokainka

Boli!

Zwykły wpis

Boli mnie bańka, wszystko kłuje, wiem gdzie mam wątrobę i każdy krąg. Tu jak nie ukłuje to zaraz coś ukłuje 2x mocniej. Światło świeci za mocno, telewizor jest za głośno, myszki tupią wokoło kankana a muchy rżną w pokera i hałasują żetonami.

Złapałam jakiegoś bakteriusa i musze brać Duomox. Fe, rozgryziony smakuje jak dziecińswto w łóżku.

Jak znajdę głowę i doliczę się wszystkich kości, coś naszkrobię.

Aaargghhh…

Zdupienie i już

Zwykły wpis

Lokator trzaska drzwiami i kursuje. Podobno znalazł jakieś mieszkanko ale nagle brakuje mu kasy na wynajęcie. Ma chłopię pecha. Niech trzaska dalej.

Moja kolekcja Rammstein jest kompletna. Dopełnił ją Live aus Berlin na DVD i od dziś mogę spokojnie czekać na nowy album, czule głaszcząc oryginalne płytki i prawdziwe białe kruki, które uzbierałam w ciągu ostatnich trzech lat. Truffel nie uważa już niestety, że „Schneider najprzystojniejszym perkusistą jest” ale nic nie jest wieczne. Teraz maniacko ogląda Goetes Erben i ich schizofrenicznego, spoconego wokalistę, który odziany jedynie w czarne legginsy wije się smętnie po scenie lub odstawia taniec świętego Wita na trumnopodobnym wzniesieniu, które towarzyszy mu na każdym koncercie. To chyba jest sztuka ale ja się na tym nie znam.
Ważne, że mój Ryszard nadal jest „ładniejszy od wszystkich o sto”. 🙂

I to mi przypomina o zgonie naszego ukochanego Forum Rammstein. Trzy lata temu, kiedy Forum kwitło w tym samym czasie siedziało na nim nawet 20 osób,  jedynym momentem, kiedy można było bez problemu nadążyć za kolejnymi postami były dwie godziny doby- od 4:00 do 5:00 nad ranem. Dziś zdarza się, że przez 8 dni nikt nic nie wpisuje. 
Tak się kończy kiedy jedni są zbyt mądrzy na głupią rozrywkę, inni zbyt 
głupi na mądrą. 

Ostatni car boot w tym roku zaowocował stojakiem na wino (nareszcie!), dwudziestoma szpulkami kolorowych nici do maszyny (którą planuję kupić w tym tygodniu) i zestawem 12 maleńkich doniczek, garnuszków i cerberków z gliny, malowanej na zielono. Każda jest tak mała, że można ją zamknąć w pięści. Cudaśne. Do tego wywietrzałe, cytrynowe pot pourri o ciekawych kształtach suszków i skrzyneczkę do palenia kadzidełek.

/Piotr Rubik leci. Zgroza. Bez komentarza./

Jestem zmęczona i zdupiała. W telewizji, komandor Data skanuje głęboką przestrzeń w poszukiwaniu podprzestrzennych fluktuacji na kanale SciFi a
na AXN mangowy wampir siecze innego wampira mangowym mieczem. Japończycy wiedzą mało o wąpierzach, niestety.
Niewiele mi się chce, nawet skakanie po kanałach dalej niż AXN, wydaje mi się zbyt wymagającym zajęciem. Może lepiej pójdę spać?

Dom i okolice, wspominki z przeszłości i Fafik czyli życie to najłatwiejsze nie jest

Zwykły wpis

Rodzicielka się odbraziła. I jest cacy. Oglądam polską telewizję, nadrabiam zaległości w zawiłościach seriali, któych nigdy nie oglądałam, chodzę z Psem na spacery i jem kiszone ogórki. I obserwuję. Nikt w sklepach się nie uśmiecha, ludzie łypią na siebie, klną na rowerzystów, zostawiają drzwi w sklepach otwarte, nie ma miejsc na prywatne wizyty u ortopedów. Nadzwoniłam się jak głupia po przychodniach i prywatnych klinikach ale nawet po prośbie i groźbie, z kasą w łapie- miejsc na badanie EMG nie ma i nie będzie. Do przyszłego miesiąca. Czyli, zrobiłam badania, mam pappier, tylko dać się pod nóż.

Moja dzielnica się zmienia. Urodziłam się w niej, wychowałam i nigdy nie bałam się chodzić ulicami. Nawet dwa lata temu, zanim wyjechaliśmy na Zieloną Wyspę, kiedy chodziłyśmy z Trufflem na niekończące się spacery między jej domem a moim, nie bałyśmy się bram i zaułków. Nawet o 2:00 nad ranem. Zdarzało mi się wracać z pracy o 5:00 nad ranem i do głowy by mi nie przyszło, że coś może mi grozić.
Teraz, strach zejść na dół po drożdże. W bramach stoją menele, żłopią wino „Czar Pustyni”, charkają na chodnik a żeby wejść do Wariata po te drożdże trzeba przepychać się między żulernią blokującą wejście do sklepu, jakby w obronie zapasów szlachetnego napitku. Rozstępują się leniwie, jakby z łaską, mierzą od stóp do głow i spluwają z namaszczeniem pod nogi. W kolejce, za plecami dynda mi obywatel zionący wodą przemysławką, przede mną, starsza pani, która kubuje tabakę, Czar i śmierdzi siuśkami. No koszmar.
W bramie, na każdym piętrze obcy element, czekający aż z mieszkań powychodzą wyperfumowane i nalakierowane lale, które pamiętam jak srały w pieluchy.
Sąsiad, jak dwa lata temu wyniósł z mieszkania wannę, tak od tego czasu z wanny nie korzysta. Nakrył ją kapotką i stoi. Za każdym razem, wchodząc po schodach, boję się, że zobaczę go siedzącego w tej wannie, plecami do mnie, biorącego tusz na korytarzu. Taki obrazek, którego nie mogę wyrzucić z głowy.
W parku Pani Starsza siedzi całymi dniami na ławce. Kiedy spytałam Mamę, czy jej się przypadkiem tam nie nudzi, dowiedziałam się, że Pani Starsza pracowała w Niemczech jako prostytutka. Tak się jej spodobało, że teraz wysiaduje jajko w parku w oczekiwaniu na przyjaciela. Codziennie innego, z wachlarza dzielnicowych obszczymurków. Podobno ma wzięcie.
A reszta ławek obsadzona jest kwiatem staczającej się młodzieży. Łupią muzą z magnetofonu na akumulator i czekają na ofiary. Żaden właściciel psów nie ma odwagi iść z czworonogiem do parku, bo biją. Chodzą więc nad Odrę. A tam grasuje piroman, który podpala działki i trawsko nad wodą. Codziennie coś się wędzi, aż w oczy żre.
Wały nadodrzańskie pokryte są rzadką trawą i gęstą kupą. Nikt nie zbiera psich prezentów więc w zimie, kiedy wszystko wokół zamarza, najpierw trawa, potem kupy, potem przymrozek, potem kupy, potem odwilż, znowu kupy- wszstko naraz tworzy niezły obiekt badań dla stratygrafów. Kiedy zima ostatecznie puszcza, okolica upstrzona jest odmarzniętymi plackami we wszystkich kolorach tęczy. I to nie tylko nad Odrą. Kiedyś próbowałam, podkreślam że próbowałam, przejść z przystanku tramwajowego na Różance, na samo osiedle. Była wczesna wiosna, ten moment, kiedy zaczyna przyświecać słonko a wszyscy rozpinają kurtki. I okazało się, że przejścia nie ma. Przede mną rozciągał się dłuuugi i szeroooki trawnik. Gówien. Błota, resztek trawy i półrocznego zapasu rozmrożonego psiego gówna. Ktoś poukładał cegły wyznaczając ścieżkę do wieżowców na przeciwko ale cegły tonęły w mazi. Ludzie wybierali drogę „dookoła Romek”, żeby dostać się do własnych bram.
I taki jest ten dzień powszedni w sercu wrocławskiego Śródmieścia. Nie wiem, może to nie dzielnica się zmienia, tylko ja? Może wydelikaciłam się nadmiernie i smrodek własnego miasta drażni szalechecki nosek? Wątpię. Było paskudnie, o czym świadczy mój stary stareńki tekst o parku ale teraz obrazek przypomina jakąś polską, przekoloryzowaną komedię Barei.

Na serwerze Nasza Klasa robi się coraz tłoczniej. Codziennie pojawiają się kolejne dzieciary z mojej przeszłości i aż dziw człowieka bierze jak to ludziom szajba siada na zwoje. Jedna z dziewuś z mojej klasy I-III jest, jak się okazuje arystokratką ponieważ z pojedynczego nazwiska z dziennika wyprodukowała nagle podwójne, a po mężu potrójne- „Patrycja Tratatata vel Srutututu – PierduPierdu”. Bosze. 
Wiktor stracił włosy, a takie miał śliczne na zdjęciu z 1988 roku, Agnieszka jak 
czarowała urokiem polnej myszy, tak czaruje a Gosia …cóż, patrzę na jej 
zdjęcie sprzed 20 lat i okazuje się, że już wtedy można było domyślić się jej
przyszłej profesji.
Połowa dziewuch z mojej podstawóki i liceum popączkowało i potraciło resztki klepek. Zamiast zdjęć swoich facjat, jako swoje wizytówki wrzucają 
fotki swoich małych kloników, jakby po dziecku świat się kończył. Masz 
dzieciara i chcesz się pochwalić produktem swojej macicy? Wrzuć milion 
zdjęc do galerii! Ale nie zmuszaj mnie do rozpoznawania klasowego kolegi 
z jednej ławki na podstawie zezowatej, pulchnej pecyny w różowych śpioszkach!
I te określenia: córónia (dokładnie z tyloma ó), Klaudysia, Agulka czy Dasiu. Albo Ziomalciu.
I zdjęcia- setki pamiątek z wakacji- w polarze lub w biustoszulce, oparte lub oparci o barierki, z widokiem na góry lub widniejący w postaci malusiej figurynki z obciętymi nogami, na zdjęciu Sławnego Pomnika. 
Co to jest? Kryzys wieku przedśredniego? Wysyp spóźnionego trądziku?
Pierwsze zmarszczki i siwe włosy? Róbcie zdjęcia pysków do jasnej cholery!

A w międzyczasie wróciłam na Zieloną Wyspę. Dokonując gwałtu na fizyce i grawitacji udało mi się upchnąć 18 kilo bagażu do 15 kilogramowego limitu. Na lotnisku robiłyśmy z Trufflem potajemne zdjęcia Ciacha lecącego z nami Ryanairem. Raz na stulecie daje się słyszeć, że Truffel uznaje jakiegoś mężczyznę za Ciacho, więc trzeba to było upamiętnić na zdjęciu. Gdzieś między lotniskiem na Strachocinie a strefą niczyją przed stanowiskiem angielskich celników Ciacho zorientowało się w czym rzecz i okazało się, że nadal istnieje coś takiego jak Przystojny Mężczyzna w Trybie Zawstydzenia. Pewnie domyślił się, kiedy dla jaj wystawiałyśmy głowy znad naszych foteli i konspiracyjnie kukałyśmy moim pluszowym misiem w stronę fotela Ciacha. Kryzys wieku przedśredniego w naszym wydaniu.

Podpuszczone przez Rodziców, napuszeni i pełni wiary w siebie podjęcliśmy decyzję o tym, że czas pozbyć się Lokatora. Ustaliliśmy co trzeba, uzgodniliśmy szczegóły Kłamstwa o przyjeżdżającym bracie i ruszyliśmy do ataku. Taaak… Unaocznię wam jak to było na bardzo obrazowym przykładzie:
Na rogu siedzi sobie piesek. Śliczny, puchaty fafiki węszy za przechodniami machając oonkiem. Podchodzisz i głaszczesz pieska bo przecież taki słodki. Wtedy piesek podnosi tylnią łapkę i szczy ciepłym sikiem na twojego adidaska. Myślisz, że takie wypadki się zdarzają i dalej głaszczesz psiaka. Wtedy psiak robi miękką kupę na drugiego buta i wyszarpuje ci z ręki bułkę z serem. Mówisz: zły piesek! zły! idź sobie! już!… I wtedy piesek otwiera pyszczek, dziura staje się coraz większa, większa, wokół rzędy wirujących stalowych kłów, potoki śmierdzącej śliny obmywającej zionącą piwnicznym odorem gardziel. Bestia charczy na ciebie resztkami bułki, zdechła myszą, rybim szkieletem i dziecięcym bucikiem z którego sterczy wyssana do szpiku kość…

I tak właśnie było przedwczoraj. Lokator przyjechał, w
ysłodził się, dupcia, mankiet, rąsia. Pod wieczór zasiedliśmy do stołu i oznajmiliśmy, że jest pewna delikatna kwestia do rozwiązania. Niestety, zmieniły się warunki, przyjeżdża ktoś z rodziny, zostaje na stałe, potrzebujemy pokoju, musisz znaleźć sobie nowe lokum w ciągu dwóch tygodni.
O jezu… awantura trwała do północy. Włącznie z grożeniem policją (na nas), szastaniem papierami bez pokrycia (przeciw nam) i epitetami w stylu: mam was w dupe, gówniarze, a ty mi gówniaro posrana zejdź z oczu bo nie ręczę za siebie i ci przypieprzę!! (to do Truffla). Postraszył nas sądem, policją, prawnikiem, naszym własnym landlordem, gminą a w ostateczności Żonką, która już jedzie i będzie tu w przyszłym tygodniu, żeby nas wytarmosić. O żeszty orzeszku!! I tu się skończyła moja cierpliwość. Wygarnęłam mu wszystko. Że jawnie i bez skrupułów okradał nas przez ostatnie 6 miesięcy, wykorzystując fakt, że jesteśmy młodzi i nie umiemy się bić kiedy trzeba. Że sprowadzał Podejrzany Element, który mieszkał w najlepsze nie płacąc ani pensa ani za czynsz ani za rachunki za to wypijał perfumy w łazience i narzekał na brak własnego pokoju. Że oszukiwał nas mydląc oczy dobrym słowem i ciasteczkiem, kiedy za friko przesiadywałam godzinami przy internecie szukając mu roboty i dzwoniąc po ludziach z własnego telefonu. Obiecał zapłacić jeśli zdobędę mu kontrakt. Załatwiłam mu pracę za 100 funtów dziennie! 100!! 5 700 zł dziennie a on przywiózł mi niemieckiego serdelka ze Slough! Zarobił na tym interesie 26 000 funtów w dwa miesiące a ja rocznie zarabiam 10 000. Ciągał Susła po urzędach, bankach i klientach wiedząc, że pójdzie do pracy bez godziny snu. Potrafił wyciągnąć od Susła nawet 48 godzin bez chwili spokoju.
Ulało mi się to wszystko i wyjechałam mu z całym żalem, któy zebrał mi się przez te wszystkie miesiące. Krzyczałam a on krzyczał na mnie. I to jak! I jaki był wkurwiony! Gdzie on teraz znajdzie pokój za 250 funtów, bez dodatkowych opłat z możliwościa sprowadzania kogo chce, z inetrnetem, telefonem i trójką osłów do załatwiana jego spraw. Każdy go oleje i będzie miał go głeboko gdzieś, niezależnie od tego ile ciastek zaserwuje.

Trzaskał drzwiami, wychodził, wracał, dokładał i opluwał mnie i Susła. Trufflowi kazałam wyjść z domu, w gości bo autentycznie bałam się, że stanie się coś złego.

Taki z niego fafik. Blać jego mać.

I od tego momentu trwa cisza. Łazi po domu jak gdyby nigdy nic. Zadzwoniłam do Landlorda żeby poinfromować go o sprawie, uśmiał się do łez i powiedział, że gość powinien być szczęśliwy, że dostał wypowiedzenie bo nie ma z nim żadnej umowy i teoretycznie nie ma prawa tu mieszkać. I jeśli chcę, on do niego zadzwoni i załatwi sprawę od strony agencji. Uspokoiłam się, zapewniłam, że w razie dalszym problemów dam mu znać i finał.

Ale boję się. Boję się, że miną dwa tygodnie a on nadal będzie siedział na dupie i rżnął głupa pierwszego gatunku. Wtedy będzie ostro.

Tak Kochani jest, jeśli pozwolicie sobie na chwilę beztroski i pójdziecie w krzaki. Spuszczacie gacie wsród kwiecia a tu wilkołak ze skłonnościami dobiera się wam do tyłka, jak napisał Mistrz mój, Sapkowski. A więc trzymać gacie na dupie i czekać do najbliższej gospody.

Tym oto leśno kloacznym akcentem kończę tyradę i oddaję się w ramiona 
Agenta Specjalnego Dale’a Coopera. Drugi sezon Twin Peaks właśnie się rozwija.