Monthly Archives: Lipiec 2009

Mama już obmysla torta z którego i tak dostanę tylko jedną łyżeczkę. :(

Zwykły wpis


Wielkimi krokami nadchodzi Wielki Dzień Majki MW, więc Mama-Kokainka przymierza się do podsumowania pierwszego roku.

Nie będę piać o małych stópkach i śmiechu wnoszącym do domu radość i bleble, bo to nie blog mam-dam. Napiszę tylko, że mamy przedniego dzieciaka, co go można łyżką zjeść, zatulić do przyduszenia i zagłaskać do połysku, że nie wychodzimy z domu jak ni popatrzymy w łóżeczko i nie pójdziemy spać jak nie podrzemiemy pół godzinki, sautee na podłodze w jej pokoiku, bo aż się żal rozstawać na te parę godzin.

Nasze Dzidzi się zmienia.

1. Je zasadniczo tylko frankfurterki i mlesio. Po przeziębieniu i bolącym gardełku nabrała wstrętu do jedzenia i pomimo tego, że już od 2 tygodni jest zdrowa- stanowczo odwraca główkę na widok nadlatującej łyżeczki. Ale je z ręki. Parówki jak wspomniałam. Szynkę i ser żółty. Pieczonego łososia, ziemniaczki, gotowaną pierś kurczaka itp. I ogórka kiszonego. W chlebku wierci dziurki paluszkami, lub ściska kostkę chleba aż puści masełko, które zlizuje z rączek a chlebczany odpadek ląduje na podłodze. Nie wolno dać jej od frontu całej miski obiadku, bo robi z jedzeni ciastolinę. Trzeba dać talerzyk do udawania oraz miskę z dala od fotelika z której po kawałku nakładamy jedzenie. Ale jedzenie i tak ogranicza się do mięska. Które i tak popija potem pełną butlą, bo co to za żarcie bez ćwierć litra popity?

2. Dziecko czyta. Dostała fiołka na punkcie książeczek. Sieeeedzi, kartkuuuuuje, pokazuje paluszkiem na postaci i pyta: Tio tio? (czyt. co to?). Ale najciekawsze jest to, że Dzidzia czyta po ciemku, najlepiej między 6-7 rano, a jak sprzyja front arktyczny to nawet o 4 nad ranem. Budzi się, zdejmuje książeczki z półki na łóżeczkiem, siada i czyta. Czasem nawet 2 godziny. Jak już przeczyta swój Prezent Pierwszogwiazdkowy, przechodzi do serii My First… (szczególnie ulubione), kończy i zaczyna kwękać i budzi wyspaną Babcię.

3. Dziecko jest nieziemsko radosne i grzeczne. Umie sama się bawić, wrzucać kulki do brzuszka misia, klocki do pudełka, wkładać kredki do puszki i wie, że puszka ma przykrywkę, co idzie na górę. (O tu.) Na niedzielnych karbudach kupiliśmy jej trzy albo cztery zestawy klocków MegaBloks z dużymi pyckami i komplet jest w tej chwili dwa razy większy od Majki. Majka uwielbia wyciągać klocki z kosza ale nie lubi kiedy składamy klocki razem, więc budowanie jej zamku to wyścig z czasem. Zanim uda się dojść do zakrętu, żeby murować drugą ścianę, front już idzie w strzępy. Do ostatniego klocka. Jeśli chodzi o radość, nieustannie szczerzy się, zadziera nosek i marszczy go jak kotek, klaszcze w rączki, macha łapkami i przybija piątkę.

4. Dziecko nie lubi jak Susła DVD leżą grzecznie poukładane w szafce, ma na koncie popsutą maszynkę do robienia bąbelków, popsutą dziurkę na listy w drzwiach (Jak można popsuć dziurkę? Można.), porysowaną długopisem ścianę, porysowaną czarną kredką świecową nową wykładzinę, pogryzione okładki od Pszczółek Majek i wyłamaną klapkę od DVD. Przy dziecku nie ma po co sprzątać bo wystarczy, że Dziecko zobaczy akt herezji jakim jest układanie rzeczy na swoich miejscach i już jest. W ciągu sekund trzech wygrzebie wszystkie śpiochy z szyflady, świeżo poskładaną pościel, misie z półki, kredki z pudełka, Cokolwiek. Wszysko MA BYĆ wszędzie. Koniec dyskusji.

5. Dziecko zasypia najlepiej kiedy przytulamy jej do buzi polika i dajemy palec do trzymania, co razem zmusza nas do przyjmowania pozycji łóżeczkowych, których nie powstydziłby się święty Wit. Producenci łóżeczek nie uważają chyba, że dziecko potrzebuje kontaktu fizycznego z rodzicem przy zasypianiu i konstruują łóżeczka, które każą wrzucić dziecko do studni ze szczebelków, uśmiechnąć się pokrzepiająco i wyjść. A my mamy inne zdanie w wyniku czego- zgięta w pół, dosłownie, stoję na palcach i wkładam całą górną połowę ciała do łóżeczka i prawie wiszę głową w dół od czego aż mi idzie jucha w uszy. Dziecko ma polika i palucha, ja mam podwyższone ciśnienie w mózgu, rwące plecy i naciągnięte Achillesy.

6. Dziecko kocha wodę. Pluskać, chlapać, deptać, łapać, jeść, ssać gąbkę, ostrożnie badać fenomen paluszkiem a każde wychodzenie z wanienki wywołuje płacz i zawodzenie, do którego dokłada się po chwili katorga zakładania piżamki, w wyniku czego Dziecko codziennie robi wieczorny koncert. Wczoraj chyba znaleźliśmy na nią sposób- zamiast wyciągać ja z wody, wyciągamy korek z wanienki, woda spływa, zostaje pianka, więc Maja stwierdza, że wanienka przestaje być zabawna, sama wstaje i wyciąga łapki.

I można by tak dalej i dalej…. Zbliżają się pierwsze Majowe urodziny, ma już sukienkę w której wygląda jak mała panienka Scarlett w samym środku upalnego lata w Virginii. Sukienka przyleciała do nas z Teksasu w stanie Teksas i czeka w pudełku na dzień w którym Mama-Kokainka upiecze torta, zatknie na czubku jedną świeczkę, zjadą się goście i będzie biba.

  


A dziecko staje się z dnia na dzień coraz piękniejsze, mimo tego, że zadajesz sobie pytanie:

Gdzie ja wtedy byłam i jak miał na imię ten przystojny Kosmita z próbówką i pipetą??

  

Majowy dzień 0, czyli mam minut 10 i już zaczynam się martwić

 
Majowy dzień 1, czyli mam siniaka, oko mi się nie otwiera, jakaś baba mnie obserwuje

  
Majowy dzień 2, czyli świat jest nudny, wszędzie biało, ciągle ta sama baba, idę w kimę


    
Majowy miesiąc pierwszy okrągły, czyli żyję na tym świecie już 4 tygodnie i nic mnie nie zdziwi

 
Miesiąc trzeci, czyli ubrali mnie i chcą wysłać na Księżyc, tylko rakietki brakuje.

 
Miesiąc czwarty, czyli bez komentarza, bo jeden obraz wymowniejszy jest niż tysiąc słów.

  

Majowy miesiąc chyba piąty, czyli sprawdzamy czy Mama kupi ten kit z miną, czy naprawdę będę musiała błagać o jeszcze jedno ciacho?


 

Mi
esiąc szósty, czyli okazuje się, że Mama jest równie niedojrzała co ja. Fajnie.

  


Majowy miesiąc siódmy, czyli Wielkanoc, czyli mówią, że pochowali tu jakieś jajka…

   

Miesiąc ósmy, czyli nadchodzi lato a mnie męczą czapką.

 
Miesiąc dziewiąty, czyli widelec służy mi do machania a jedzenie do rozmazywania.

 

 


Majowy miesiąc dziesiąty, czyli miewam podwieczorki w ogrodzie ale tylko wtedy kiedy Jan obierze mi jabłuszko na bardzo okrągło!

   
Majowy miesiąc jedenasty, czyli Mama albo przebiera mnie w kółko, albo biadoli, że jak przyjdą i mnie taką zobaczą, z miejsca zabiorą Dzidzię.

A gdzie tu kto widział Dzidzię??

Reklamy

Jasne cholery

Zwykły wpis

Mam pół godziny. Ale postaram się nie bełkotać.

Sięporobiło rzecz jasna, jak już ktoś zauważył, bo wokół mnie tylkokoklusz i huragany grasują. Z dnia na dzień zaczęły docierać do mniecoraz to dziwniejsze pogłoski…że donoszę, robię zdjęcia, piszęraporty i kopię dołki pod każdym w zasięgu wzroku. Źródłem tychrewelacji , jak mi powiedziano jest Znajomy od Cegóffki. A ponieważwszystko naprawdę zaczęło śmierdzieć dyscyplinarką, postanowiłamskontaktować się ze Znajomym i porozmawiać na prywatnej stopie. Tak sięszczęśliwie złożyło, że spotkałam go z Lepszą Połową na zakupach ipoprosiłam, żeby zadzwonili, kiedy będą mieli czas. Zadzwonili zaraz popowrocie do domu i wisieliśmy w trójkę na drucie ze 2 godziny. Zaczęłosię … od awantury… bo to przecież Znajomemu powiedziano, że chcę gowyrzucić z pracy!. Ja z kolei nie popuściłam i dociekałam dlaczegorozgłasza informacje o rzekomych donosach skoro nigdy nic takiego niemiało miejsca? I gdzieś tak po 1,5h doszliśmy w końcu do porozumienia.Ustaliliśmy, że wmontowano nas w bajkę, której na celu jest pozbyciesię Znajomego od Cegóffki, bo jest bezczelny, wali prosto z mostu i niecierpi Koleżanek Krów za nieróbstwo od którego tylko rosną im dupy.Dosłownie.

A na pytanie: jakim cudem dali się w to wrobićrównież managerowie, odpowiedź przyszła sama. Kiedy Znajomy i Krówczętakłócą się w alejce brzmi to pewnie tak:
-Co robisz, przeszkadzasz mi.
-JA ci przeszkadzam? Źle pracujesz!
-Ja źle pracuję, patrz co robisz, głupia jesteś?
-Zamknij się.
-Sama się zamknij, nie będę z tobą pracował, bo mnie szlag trafia.

…co dla managera brzmi pewnie tak:
-Pszuszusszusuuu.
-Szubuszubuszu??
-Ździągabąg!

A po kłótni, Krówczęta wędrują do managera i stosują zasadę tłumaczenia bardzo swobodnego:
-Onźle pracuje, nie daje rady, nie kontroluje agresji, ma problemyemocjonalne, furię w oczach, nie będę z nim pracować,  to się powinnoskończyć na Policji. Idę do domu. Acha, nazwał mnie k***ą i powiedział,że mnie nienawidzi.

I wygląda na to, że ja miałam być potwierdzeniem teorii spiskowej.

Nagleja przestałam donosić, więc Znajomy przestał mieć powód trzaskania mniemateriałami budowlanymi a cała historia potwierdziła tylko jednąnadrzędną zasadę: od Polaka trzymaj się z dala, szczególnie kiedy tenPolak to dwie konkurujące ze sobą osoby. 🙂

I na pohybel.

***

Kokainka idzie się pochlastać. Zdecydowała, poszła do GPiczki, pokazała zdjęcia, dostała skierowanie do chirurga, chirurg obejrzał, popytał i stwierdził, że skoro tak dobrze wiem na czym to polega, to i sama się mogę pociąć! No i może dobrze, bo mimo, że chirurg miły bardzo jest i Francuzem też jest i ma tak twrade RRR, że aż mnie boli to ma też „włosy z nosa”, a Kokainka ma na to uczulenie okropne. Bo chirurg Francuz mówi do mnie i mówi („Łi łil kat hjeRRRR”) to Kokainka nie może się oprzeć i mu w te włosy patrzy jak wystają i myśli- co będzie jak mu jakiś postanowi wypaść i wpadnie mi w ten tunel nadgarstka, co mi go mają poszerzyć? skalpelem??

Idę się ciąć 14 sierpnia. I fajnie bo będę miała 4 tygodnie płatnej wolności i wrócę na łono sklepu w połowie września. Do tego czasu planuję wydawać komendy, pokazywać palcem co i jak i wołać z kibelka o podciąnięcie portek.

***
Kokainka postanowiła zrobić prawo jazdy, bo troszke kończy się jej wytrzymałość. Powroty z pracy na pokładzie auta jednej z koleżanek z pracy to może i przyjemność bo miło jest i buja i samemu kierownicą kręcić nie trzeba…Kokainka nie jest drobiazgowa a mimo to SMRÓD jaki dobiega koleżance z ryja powala byki w polu a co dopiero mnie, siedzącą obok w bardzo małym autku? Smród, odór, stencz, padlina, gangrena, cuch…mówcie co chcecie- są tacy którym mniej, są tacy którym więcej, jest też Ona. A ja już nie mogę. I okienko uchylam, w lasy i łąki popatruje, zagaduje, co by powodu do otwierania gardzieli koleżanka nie miała…nie da się. Nie mogę, wysiądę kiedyś w biegu i doturlam sie do domu sama.

Więc wypełniłam podanie o Zielone L, czekam na papiery a kiedy tylko przestanie padać, każę Susłowi wyjechać z tej naszej wąskiej ulicy i zrobię pierwsze w życiu kółeczko wokół wsi.

***
Nie lubię swojego pomniejszego managera bo ma obwiśnięte portki, ślirka butami, nosi wymiętoloną koszulę, od kilku dni obtłuczony nos i taki wielki groteskowy zegarek typu cebula z lat ’70, co razem daje obraz kompletnie niespójny i żenujący. Pomniejszy manager jest dekownik i cwaniak ale mało mądry, więc daleko nie ujeżdża.

***
U nas pada, a jak u Was? A jak samopoczucie?

***
Suseł ma swoją własną wersję świńskiej grypy, dostał antybiotyk bo smutnie wyglądał i już mu lepiej. Dla pani GPiczki najwyraźniej informacja od pacjenta, że przechodzi ok 20 przeziębień i zapaleń oskrzeli rocznie nic nie mówi. Stwierdziła, że na odporność to ona nic nie poradzi. To po co tam siedzi? Żeby podawać chusteczki do nosa i patrzeć jak się człowiek męczy? Na nos też nie ma porady. W UK krzywych przegród się nie łamie, niech sobie pacjenci latają z krzywymi nosami, na wpół wydolni oddechowo. Zatoki też się same odblokują, po 30 latach bycia permanentnie zapchanymi a słuch wróci sam za kilka tygodni. Zamiast coś poradzić do wkraplania, trzeba tylko prosić rozmówców o krzyczenie.

Co robię.

-Bzzzbzzbyyyy…
-C mówisz Susełku?
-Bzzybzyyyzz…
-Mów głośnie bo nic nie słyszę!
-Nie krzycz, bo mnie boli!
-To czemu mówisz tak cicho?
-Bo myślę, że krzyczę.
-Nie krzyczysz.
-A w głowie mi krzyczy. I słyszę też ślinę. I ciśnienie swoje słyszę. I chrupanie i przełykanie. Ale ciebie nie słyszę.
-Chodź Susełku, pogrzebię ci wacikiem.

***
Zapisałam się do biblioteki i już zaległam z pierwszą książką. Wszystko dlatego, że postanowiłam ją skopiować i skończył mi się tusz w drukarce. A 250 ściegów na szydełku aż krzyczy z półki:
-Złam prawo! Skopiuj mnie! Mam wszystkie prawa autorskie, zrób sobie dobrze!

***
Do dziurki w drzwiach wrzucili mi ulotkę producenta podłóg drewnianych. Ulotkę upiększa zdjęcie gołych stóp na drewnopodobnych klepkach. Nogi może i w lnianych spodniach, ale stopy z zagrzybiczonymi paznokciami. Witaj w UK, kraju gdzie organizacja British Skin zbiera rocznie miliony funtów na walkę z chorobami skóry na które metoda prosta jest. Alejka nr3, dolna półka, sześć kostek mydła po 27 pensów.

***
Polska matka idzie alejką, zatrzymuje się i wybiera ogórki kiszone ze swojsko wyglądającego działu. W nosidełku na wózku trzymiesięczna drąca się kupka nieszczęścia.
-Zamknij ryj kurwa, bo ci w końcu przypierdolę!!
Koleżanka jest oburzona.
-Ej, no co ty?
-Oj bo już mnie wkurwia!

Szybko. Jeszcze się jej podwozie nie zagoiło. A potem piszą, że zabili Baby P. I się Kokainka zastanawia, kiedy napiszą o tym maluchu? Bo zbyt często ma taką cholerną ochotę zerwać sobie plakietkę z imieniem, zrzucić firmową koszulę, odbić sie od półki i tak przypiąć piąchę kolejnej Matuli, która wrzeszczy na swoje dziecko, że pewnego dnia Kokainka to zrobi i ją zamkną.

Polki czy Angielki (choć nie Pakistanki), jedna cholera. Choć jeszcze Polskie dzieci są poubierane jak cukierasy a Angielskie często do południa jeżdżą w wózkach w piżamkach, z brudnymi ryjkami i obżerają się czipsami to Matule drą ryje identycznie koncertowo, niezależnie od języka. 

Kiedyś mnie za to zamkną, powiadam.

***
Kot sąsiadki prosi się o śrutówkę bardzo uparcie.

***
Pada.
***
Mówili, że nie będzie.

***
Mówili, że będzie trochę słońca i będzie trochę padać. W sumie nic o sprawiedliwości, więc pewnie źle zinterpretowałam prognozę.

***
Pada. Trzy dni się suszyło pranie na sznurku. Trzy ulewne dni na sznurku powalają każdy płyn do płukania świeżością i miękkością efektu końcowego. Nawet jeśli to BOLD Ruby Jasmine, który miałam w planie niuchać z szafy w ekstazie. Do ekstazy przy półce doprowadziła mnie również cena płnu do płukania, który teraz wsiąka w grządki pod sznurkiem.

***

Cegófka czyli „Keep the good ones, deal with bad ones”

Zwykły wpis

Moja nowa praca ma wiele zalet, w czystej teorii. Mój nowy Kierownic jest świetnym przywódcą, sensownym facetem z wizją, ale tylko w Swiecie Doskonałym. Nowe, świeże podejście, które wraz z kilkunastoma osobami próbuje wdrożyć nijak się ma do spaczonego, wykrzywionego obrazu Sklepu do jakiego przez ostatnie dwa lata dążył poprzedni Geniusz.

Nowy Kierownic chce uczciwej, pracy, zdroworozsądkowego podejścia, chęci i dobrej woli…. i gdyby trafił do nas trzy lata temu, pewnie byłoby mu łatwiej. Na razie chyba jednak nie do kończ trafia na jego biurko prawdziwe oblicze tego miejsca i nie do końca zdaje sobie sprawę kim zarządza. A jeśli trafia, powtarza wciąż: „Keep the good ones, deal with bad ones”.

Przez ostatnie dwa lata jakość pracy nieustannie spadała na pysk, miesiąc po miesiącu pracownicy nocek zmuszani do ładowania w póły na ślepo, aby do 7:00, tak bardzo przyzwyczaili się do tego kieratu, że w chwili obecnej nawet nie pamiętają co to znaczy jakość- równanie towaru do lewej, poprawianie cen na półkach, dbanie, żeby na półki wychodziło jak najwięcej towaru, zwracanie uwagi na nietypowe duże dostawy lub podejrzanie przedłużające się „out of stock” i tak dalej. Doprowadzeni do kresu wydajności walą wszystko gdzie popadnie, w kartonach, nie zwracając uwagi na pojemność półki, zastawianie innych produktów, zakończone promocje itp. A, niezależnie od tego kto był dotąd kierownikiem, standardy pracy nie zmieniły się ani o jotę.

Warto tez zauważyć, że 75% tych drobiazgów zajmuje zaledwie ułamek ich czasu, można je wykonać  bez najmniejszego nakładu czasu czy wysiłku. Bo ileż to trzeba się naszarpać z kartonem, który na półkę nie chce wejść, naciąć się go i nadrzeć zamiast po prostu wyrzucić pudło w pizdu i wyłożyć na półkę pojedyncze produkty? Wyłożyłeś coś na półkę- popraw od razu metkę, sprawdź czy produkt ma w ogóle cenę. W skrócie- zadaj sobie jedynie minimum trudu, żeby chociaż udać, że robisz to za co ci płacą.

Kilka dni temu Kierownic „pożalił się”, że jedna z Polek na nockach spytana o to ile kejdży miała do przerobienia przez noc odpowiedziała mu:
-Pięć.
-Pięć kejdży przez całą noc?
-Tak.
-Przecież na innych alejkach robią nawet do 15 i to na ciężkich puszkach czy psim żarciu!
-Ale ja nie będę robić szybciej, bo wtedy skończę wcześniej i będę musiała iść pomagać innym!
Kierownicowi podobno opadły nie tylko ręce. Dodał coś o elementach wywrotowych chyba.

No i tu dochodzimy do tytułowej cegófki.

W piątek przydreptał do mnie manager „Dziadek”, starszy pan o miłej aparycji dziadzia od miłych historyjek a ponoć w rzeczywistości- „ch*j jakiego historia nie pamięta”. Nie wierzyłam tym opiniom, do piątku, kiedy to jak wspomniałam przydreptał i spytał mnie z uśmiechem czy byłabym tak miła i w tym tygodniu sprawdziła jakość pracy … Pika z duetu PikPok. Udałam, że mgliście znam kolesia, obiecałam sprawdzić jak tam jego wypełnianie i oczywiście szybko poszybowałam w alejkę uprzedzić go o zbliżającym się nalocie. I zanim doszłam do sedna- opowiedzieli mi chłopaki jak to „Dziadek” ostrzy kosę na Pika, bo mu się jego polska morda chyba nie podoba. Chyba, bo do Pika jak 4,5 roku pracuje w sklepie nikt nigdy nie miał nawet cienia zastrzeżeń. A „Dziadek” ma i kropka. Dowiedziałam się, jak wziął Pika na dywanik za noszenie T-shirta firmowego zamiast koszuli firmowej, Pik, pewien prawa do noszenia T-shirta z miejsca zażądał obecności przedstawiciela Związków na co „Dziadek” zmiął w kulkę pusty formularz upomnienia i rzucił nim w Pika. Niestety bez świadków.

I wtedy już wiedziałam- Dziadek umyślił sobie, że skoro do mnie należy redukcja zapasów oraz poprawianie błędów nocki a siłą rzeczy i wytykanie ich nieróbstwa- z chęcią polecę, znajdę coś na absztyfikanta, dam mu do ręki dowód na słuszność swojej homofobii i pomogę mu w pozbyciu się Polaczka.
I tu Kokainka odpowiada stanowczym gestem Kozakiewicza, bo na Pika ani Poka nie doniesie nawet gdyby znalazła alejkę pustą jak głowa blondynki. Bo Dziadek nie wie, że PikPoki to znajomi są i wara. Bo Dziadek jest głupi i sądzi, że trafił na Polaczkę co to za uśmiech managera na swoich ziomków będzie teczkę szykować.

Weszłam sobie dziś rano na zmianę, w ubranku cywilnym, jak pozwolił Kierownic, z długopisem w buzi, komputerkiem w ręku i idę sobie przez kantynę „przystąpić do obowiązków”. O tejże samej godzinie zmianę kończy Ktoś. Oczywiście nie Pik. Ktoś, zostanie w tej historii nazwany Ktosiem , żebym nie musiała nazwać go jego blogowym pseudonimem, bo na łamach poniższego bloga występował razów kilka ale nigdy… w skórze wilka.

I z ryjem.

Na mnie.

Że niech mnie ręka boska broni, żebym tylko powiedziała co się u niego na alejce dzieje! Bo już wie, ze managerowie maja spis tego co było źle zeszłych nocek i rozmawiają z pracownikami! Bo on sobie nie życzy, bo on na swojej alejce nie pracował już 5 dni i mają go za to rozliczać? Bo on już słyszał o kilku osób i już wie! JA MAM SIĘ PILNOWAĆ!! Bo jak tak dalej pójdzie to już kilka osób chce mi cegófką łeb rozwalić!!! Bo jak to uderzy we mnie- to ja cię cegófką potraktuje i już ci to mówię.

Jak stałam tak siadłam. Zanim się obudziłam, to się przejęłam. Zanim pomyślałam logicznie, się zdenerwowałam. No bo grożą mi za to, że… no i w sumie nie wiadomo co.

Ktoś wrzeszczał jeszcze, nie bardzo robił łaskę, żeby posłuchać, że nikt żadnej listy nie prowadzi, że jak się czepiamy to tylko ekstremalnych sytuacji, że jak nie pracował u siebie 5 dni a ktoś ma do niego pretensje o stan tej alejki, to tylko problem managera, że nie wie kto, kiedy i gdzie robi. A nawet jeśli znajdziemy jakiś błąd, robimy zdjęcia, żeby nie zostać oskarżonym o wymyślanie kwadratowych pisanek i żeby obie zainteresowane strony mogły spokojnie przedyskutować sytuację i uniknąć popełniania tych samych błędów.

Cegófka padła jeszcze razy kilka, że mam się pilnować i uważać i poleciał.

Poszłam, usiadłam, ochłonęłam i zadałam sobie kilka pytań:
-Jacy „kilka osób”?
-Jaka lista?
-Jakie do niego pretensje?

A kiedy pomyślałam jakim typem człowieka jest Ktoś, odpowiedzi same się nasunęły:

-Żadne kilka osób-  Jedyna osoba jak na razie, która została wezwana do alejki jest pewien starszy obywatel, który nie zakłada okularów do czytania i miesza nie czytając nazw produktów.

-żadne pretensje, a już na pewno do niego.

-żadna lista nie istnieje, ale on o tym nie wie. A ponieważ ostatni tydzień był bardzo napięty, od co najmniej 8 dni ani razu nie wydaliśmy opinii o pracy nocki, zwyczajnie dlatego, że nocka zostawiała przeciętnie 20 nieprzerobionych kejdży, które my po prostu wrzucaliśmy w póły do południa.

Mimowolnie, w rozmowie z McGarnkiem wygadałam się czym mi zagrożono dziś rano w kantynie. I ponieważ McGarnek Anglikiem jest i rzeczy tego typu traktuje bardzo poważnie, dopytał mnie o szczegóły i natychmiast kazał iść z tym do Kierownica. A jeśli ja nie pójdę, to on pójdzie. A jeśli będę chciała, to on pójdzie ze mną. Bo nie to, że uważam to za groźbę niewinną- chodzi o to, że nikt nie będzie nikomu groził, żeby ukryć swoje ewentualne przewinienia! I wtedy opowiedziałam mu o Dziadku i jego planie pozbycia się Pika. McGarnek zagotował się i stanęło na jednym: obie te sprawy muszą trafić na samą górę.

A ja teraz siedzę i sama nie wiem. Uciekać, czy zakopać się w liściach? Po raz który w moim życiu złapię jeszcze złodzieja, oszusta, odkryję wałek stulecia, będę świadkiem przekrętu czy nieciekawej sytuacji? Jakbym stała w niebie w kolejce po kłopoty, poprosiłabym jednocześnie o licencję na zabijanie!

No bo co teraz? Ktoś ma trzy wyjścia: opowiedzieć KTO groził mi cegófką, wycofać się lub przyznać. Żadna z tych opcji nie wchodzi w rachubę, więc wyjdzie na to, że powiedział to od siebie. A po tym droga jest łatwa, prosta i nieprzyjemna. Czerwony guzik dla Ktosia a dla mnie rottweiller do pilnowania domu na wypadek gdyby Ktoś zechciał policzyć się ze mną za straconą pracę. A Dziadek?

Chyba jednak zasypię się tymi liśćmi. Bo w Doskonałym Swiecie może i jest miejsce na sprawiedliwość ale świecie w którym żyjemy nie ma miejsca na Doskonały Świat.

Cegófka czyli "Keep the good ones, deal with bad ones"

Zwykły wpis

Moja nowa praca ma wiele zalet, w czystej teorii. Mój nowy Kierownic jest świetnym przywódcą, sensownym facetem z wizją, ale tylko w Swiecie Doskonałym. Nowe, świeże podejście, które wraz z kilkunastoma osobami próbuje wdrożyć nijak się ma do spaczonego, wykrzywionego obrazu Sklepu do jakiego przez ostatnie dwa lata dążył poprzedni Geniusz.

Nowy Kierownic chce uczciwej, pracy, zdroworozsądkowego podejścia, chęci i dobrej woli…. i gdyby trafił do nas trzy lata temu, pewnie byłoby mu łatwiej. Na razie chyba jednak nie do kończ trafia na jego biurko prawdziwe oblicze tego miejsca i nie do końca zdaje sobie sprawę kim zarządza. A jeśli trafia, powtarza wciąż: „Keep the good ones, deal with bad ones”.

Przez ostatnie dwa lata jakość pracy nieustannie spadała na pysk, miesiąc po miesiącu pracownicy nocek zmuszani do ładowania w póły na ślepo, aby do 7:00, tak bardzo przyzwyczaili się do tego kieratu, że w chwili obecnej nawet nie pamiętają co to znaczy jakość- równanie towaru do lewej, poprawianie cen na półkach, dbanie, żeby na półki wychodziło jak najwięcej towaru, zwracanie uwagi na nietypowe duże dostawy lub podejrzanie przedłużające się „out of stock” i tak dalej. Doprowadzeni do kresu wydajności walą wszystko gdzie popadnie, w kartonach, nie zwracając uwagi na pojemność półki, zastawianie innych produktów, zakończone promocje itp. A, niezależnie od tego kto był dotąd kierownikiem, standardy pracy nie zmieniły się ani o jotę.

Warto tez zauważyć, że 75% tych drobiazgów zajmuje zaledwie ułamek ich czasu, można je wykonać  bez najmniejszego nakładu czasu czy wysiłku. Bo ileż to trzeba się naszarpać z kartonem, który na półkę nie chce wejść, naciąć się go i nadrzeć zamiast po prostu wyrzucić pudło w pizdu i wyłożyć na półkę pojedyncze produkty? Wyłożyłeś coś na półkę- popraw od razu metkę, sprawdź czy produkt ma w ogóle cenę. W skrócie- zadaj sobie jedynie minimum trudu, żeby chociaż udać, że robisz to za co ci płacą.

Kilka dni temu Kierownic „pożalił się”, że jedna z Polek na nockach spytana o to ile kejdży miała do przerobienia przez noc odpowiedziała mu:
-Pięć.
-Pięć kejdży przez całą noc?
-Tak.
-Przecież na innych alejkach robią nawet do 15 i to na ciężkich puszkach czy psim żarciu!
-Ale ja nie będę robić szybciej, bo wtedy skończę wcześniej i będę musiała iść pomagać innym!
Kierownicowi podobno opadły nie tylko ręce. Dodał coś o elementach wywrotowych chyba.

No i tu dochodzimy do tytułowej cegófki.

W piątek przydreptał do mnie manager „Dziadek”, starszy pan o miłej aparycji dziadzia od miłych historyjek a ponoć w rzeczywistości- „ch*j jakiego historia nie pamięta”. Nie wierzyłam tym opiniom, do piątku, kiedy to jak wspomniałam przydreptał i spytał mnie z uśmiechem czy byłabym tak miła i w tym tygodniu sprawdziła jakość pracy … Pika z duetu PikPok. Udałam, że mgliście znam kolesia, obiecałam sprawdzić jak tam jego wypełnianie i oczywiście szybko poszybowałam w alejkę uprzedzić go o zbliżającym się nalocie. I zanim doszłam do sedna- opowiedzieli mi chłopaki jak to „Dziadek” ostrzy kosę na Pika, bo mu się jego polska morda chyba nie podoba. Chyba, bo do Pika jak 4,5 roku pracuje w sklepie nikt nigdy nie miał nawet cienia zastrzeżeń. A „Dziadek” ma i kropka. Dowiedziałam się, jak wziął Pika na dywanik za noszenie T-shirta firmowego zamiast koszuli firmowej, Pik, pewien prawa do noszenia T-shirta z miejsca zażądał obecności przedstawiciela Związków na co „Dziadek” zmiął w kulkę pusty formularz upomnienia i rzucił nim w Pika. Niestety bez świadków.

I wtedy już wiedziałam- Dziadek umyślił sobie, że skoro do mnie należy redukcja zapasów oraz poprawianie błędów nocki a siłą rzeczy i wytykanie ich nieróbstwa- z chęcią polecę, znajdę coś na absztyfikanta, dam mu do ręki dowód na słuszność swojej homofobii i pomogę mu w pozbyciu się Polaczka.
I tu Kokainka odpowiada stanowczym gestem Kozakiewicza, bo na Pika ani Poka nie doniesie nawet gdyby znalazła alejkę pustą jak głowa blondynki. Bo Dziadek nie wie, że PikPoki to znajomi są i wara. Bo Dziadek jest głupi i sądzi, że trafił na Polaczkę co to za uśmiech managera na swoich ziomków będzie teczkę szykować.

Weszłam sobie dziś rano na zmianę, w ubranku cywilnym, jak pozwolił Kierownic, z długopisem w buzi, komputerkiem w ręku i idę sobie przez kantynę „przystąpić do obowiązków”. O tejże samej godzinie zmianę kończy Ktoś. Oczywiście nie Pik. Ktoś, zostanie w tej historii nazwany Ktosiem , żebym nie musiała nazwać go jego blogowym pseudonimem, bo na łamach poniższego bloga występował razów kilka ale nigdy… w skórze wilka.

I z ryjem.

Na mnie.

Że niech mnie ręka boska broni, żebym tylko powiedziała co się u niego na alejce dzieje! Bo już wie, ze managerowie maja spis tego co było źle zeszłych nocek i rozmawiają z pracownikami! Bo on sobie nie życzy, bo on na swojej alejce nie pracował już 5 dni i mają go za to rozliczać? Bo on już słyszał o kilku osób i już wie! JA MAM SIĘ PILNOWAĆ!! Bo jak tak dalej pójdzie to już kilka osób chce mi cegófką łeb rozwalić!!! Bo jak to uderzy we mnie- to ja cię cegófką potraktuje i już ci to mówię.

Jak stałam tak siadłam. Zanim się obudziłam, to się przejęłam. Zanim pomyślałam logicznie, się zdenerwowałam. No bo grożą mi za to, że… no i w sumie nie wiadomo co.

Ktoś wrzeszczał jeszcze, nie bardzo robił łaskę, żeby posłuchać, że nikt żadnej listy nie prowadzi, że jak się czepiamy to tylko ekstremalnych sytuacji, że jak nie pracował u siebie 5 dni a ktoś ma do niego pretensje o stan tej alejki, to tylko problem managera, że nie wie kto, kiedy i gdzie robi. A nawet jeśli znajdziemy jakiś błąd, robimy zdjęcia, żeby nie zostać oskarżonym o wymyślanie kwadratowych pisanek i żeby obie zainteresowane strony mogły spokojnie przedyskutować sytuację i uniknąć popełniania tych samych błędów.

Cegófka padła jeszcze razy kilka, że mam się pilnować i uważać i poleciał.

Poszłam, usiadłam, ochłonęłam i zadałam sobie kilka pytań:
-Jacy „kilka osób”?
-Jaka lista?
-Jakie do niego pretensje?

A kiedy pomyślałam jakim typem człowieka jest Ktoś, odpowiedzi same się nasunęły:

-Żadne kilka osób-  Jedyna osoba jak na razie, która została wezwana do alejki jest pewien starszy obywatel, który nie zakłada okularów do czytania i miesza nie czytając nazw produktów.

-żadne pretensje, a już na pewno do niego.

-żadna lista nie istnieje, ale on o tym nie wie. A ponieważ ostatni tydzień był bardzo napięty, od co najmniej 8 dni ani razu nie wydaliśmy opinii o pracy nocki, zwyczajnie dlatego, że nocka zostawiała przeciętnie 20 nieprzerobionych kejdży, które my po prostu wrzucaliśmy w póły do południa.

Mimowolnie, w rozmowie z McGarnkiem wygadałam się czym mi zagrożono dziś rano w kantynie. I ponieważ McGarnek Anglikiem jest i rzeczy tego typu traktuje bardzo poważnie, dopytał mnie o szczegóły i natychmiast kazał iść z tym do Kierownica. A jeśli ja nie pójdę, to on pójdzie. A jeśli będę chciała, to on pójdzie ze mną. Bo nie to, że uważam to za groźbę niewinną- chodzi o to, że nikt nie będzie nikomu groził, żeby ukryć swoje ewentualne przewinienia! I wtedy opowiedziałam mu o Dziadku i jego planie pozbycia się Pika. McGarnek zagotował się i stanęło na jednym: obie te sprawy muszą trafić na samą górę.

A ja teraz siedzę i sama nie wiem. Uciekać, czy zakopać się w liściach? Po raz który w moim życiu złapię jeszcze złodzieja, oszusta, odkryję wałek stulecia, będę świadkiem przekrętu czy nieciekawej sytuacji? Jakbym stała w niebie w
kolejce po kłopoty, poprosiłabym jednocześnie o licencję na zabijanie!

No bo co teraz? Ktoś ma trzy wyjścia: opowiedzieć KTO groził mi cegófką, wycofać się lub przyznać. Żadna z tych opcji nie wchodzi w rachubę, więc wyjdzie na to, że powiedział to od siebie. A po tym droga jest łatwa, prosta i nieprzyjemna. Czerwony guzik dla Ktosia a dla mnie rottweiller do pilnowania domu na wypadek gdyby Ktoś zechciał policzyć się ze mną za straconą pracę. A Dziadek?

Chyba jednak zasypię się tymi liśćmi. Bo w Doskonałym Swiecie może i jest miejsce na sprawiedliwość ale świecie w którym żyjemy nie ma miejsca na Doskonały Świat.

O ciężkiej pracy, pechu chyba i kilka słów w formie anegdotek

Zwykły wpis

Zespół mam trzyosobowy: Ja, Janek i Dżoł. Ja i Dżoł znamy się od dawna,bo kiedyś byłam mu Team Leaderką, więc rzecz jasna- żartom iprzekomarzaniom nie ma końca. A że Dżoł jest też JEDYNYM Anglikiemmłodszym ode mnie z uniwersyteckim dyplomem w ręku (Plymóf), można sięrównież domyśleć, że nasze dowcipy w chodnik nie celują. I gadamy sobieo serialach sci-fi, o historii Anglii, II Wojnie Światowej ikulturowych związkach przyczynowo- skutkowych, restartowaniu świata,jednocześnie oczywiście ciężko pracując przy Wielkim Planie. Mamy fun zczasem też śpiewamy piosenki. Dla przykładu: dziś śpiewaliśmy na dwagłosy „Cichą Noc” w obu językach naraz a ja próbowałam ubrać „LulajżeJeżuniu” w formę rozrywkową, bo tradycyjna brzmiała jak buczenie bąka.

Janeknatomiast- to człowiek z rodzaju mrówki robotnicy. Lat ma nieokreślonąilość choć zaczyna już waniajeć kulkami na mole, mało poczucia humoru,aparycję zniechęcającą do rozmowy twarzą w twarz i za przeproszeniem-„jebie w póły jak Polak”, jak to się u nas to ujmuje w słowa. Czylirzuca towarem o ziemie, rzuca siebie tuż obok na kolana, chwyta nóż,rozszarpuje folię, rwie karton, ładuje, ładuje, ładuje, zbiera śmieci,wciska z rozmachem w torbę i chwyta następny 12 kilowy pakun. I tak ażzgłodnieje. Najedzony wraca i ten tego w póły jak dwóch Polaków na raz.

IJanek już nas chyba nie lubi. My jesteśmy mózgowce- powolutku, bezszczególnego zamiłowania do przepukliny, układamy, żeby było równo iładnie, rozkładamy kartoniki na płasko, folię zwijamy w kuleczki i jakjuż wspomniałam śpiewamy przy tym kolędy, choć nie tylko („Ambrela,Ela, Ela, Ela, E! E! E!”).

Ja umierać przy półce z zapocenia iprzegrzania nie lubię, klękać na podłodze aż mi zachrupią rzepki teżnie bardzo, Janek lubi i chyba nie rozumie gdzie się podziało naszepoświęcenie i zapał. Natomiast kiedy ma spisać na kartce Skarba, w tymjego numer, nazwę, wartość i ilość znalezionych dóbr- ściska długopiskurczowo, mruczy pod nosem i modzi.

I pewnie ktoś powie, z sięwywyższamy entelegenciki ale nie po to nas Kierownic spiknął razem,żeby modlić się nad tabelką godzinami i ścigać się w ilości”rozj****ch” kejdżów!

A piszę o tym, bo Kierownic stwierdził, żeDżoł taki twórczy jest i przydatny bardzo, że aż go sobie przesunie doinnego projektu, który potrzebuje mózgowca. Już miałam błagać o litość,kiedy Dżoł stwierdził dziś, że ma zamiar prosić o transfer do sklepu wPlymóf, bo tam jego miejsce teraz, i znajomi też.

I dupka zbitaa Kokainka widzi oczyma wyobraźni siebie i Janka w jednej alejce- jedenładuje, drugi pisze. Jak z tymi Milicjantami było.

I kiedy siętak Kokainka mości na swoim nowym stanowisku i każdy dzień podoba sięjej bardziej- telefon. Zadzwoniła pani z Jakiejś Tam Primary School doktórej wysłałam aplikacje pół roku temu, żeby zaproponować mistanowisko Teacher Assistant’a w szkole podstawowej. Nie zaprosić narozmowę, ale od razu do pracy, ze szkoleniem w ciągu wakacyjnychtygodni.

Kokainka usiadła jak stała, wyzwała Boga i podzieliłasię z nim swoją opinią o sprawiedliwości bożej i zdrowym rozsądku Jego.Bo kiedy już ma godziny ze snu- pojawia się praca, która godziny magówniane ale za to praca jest rewelacyjna, dobrze płatna, rozwojowa inie ma nic do czynienia z proszkiem i sardelami w tych takich małychpuszeczkach.

No i musiałam odmówić ale Pani sama zaproponowałami, że zostawią sobie moje CV w papierach na wypadek gdybym chciała donich dołączyć za rok, kiedy Maja będzie mogła rozpocząć pierwszezajęcia w playgrupie, w tej samej szkole.

No WOW, ale nie tym razem.

Mamynatomiast WOW w nowe pracy Susła. W pierwszy dzień, poprosiłam, żebyjuż tam więcej nie szedł. Już widziałam jak agencja wmanerwrowała go wkolejną robotę bez przyszłości. Tymczasem, jak się okazało, jużniedługo agencja będzie go musiała uwolnić z pęt, bo już za 2 miesiąceskończy się jego niewola i nowa firma już zaoferowała mu stałykontrakt.

A to, moi Mili kontrakt nie byle jaki, bo popierwsze primo- płacą za przerwy. Po drugie primo, skoro już przyjeżdżao 6:20, to niech chłopak pracuje od 6:30 zamiast od 7:00, a skoro jużtu jesteś to możesz siedzieć do 17:00 jak masz ochotę… i tak wtygodniu wyrabia 50 godzin lekką rączką. Przypomnieć warto, że jakdotąd więcej niż 36,5 wyciągnąć się nie dało a i z tym byłoniejednokrotnie trudno. A skoro już płacą za przerwy, do domu niewyganiają, szef miły jest- Suseł wraca do domu (nie)świeży, niezmęczony, zadowolony i już liczy tygodniówki prawie o połowę wyższe niżprzez ostatni rok. A jak się okazuje, tuż po tym kiedy zwolni goagencja płaca wzrośnie z 7 do… nawet 11 funtów za godzinę, zlicencjami na pojazdy, którymi się posługują przy robieniu… ziemi.Robią ziemię ogrodową, co oznacza, że Suseł chodzi i robi ziemię przezco do domu wchodzi od tyłu, zrzuca z siebie Pachnidło, idzie prosto dołazienki, tam się doprowadza do porządku i dopiero wtedy schodziprzywitać się z Mają, żeby dziecka nie sponiewierać. Suseł już uczy sięjeździć traktorem z przyczepą a szef zaciera rączki bo uczeń pojętnyjest i nawet inteligentny. Jego poprzednik, nazywany Tinky Winky, byłtak potwornie głupi i skąpy, że do dziś każdy wspomina jak dlaoszczędności i z myślą o oszukiwaniu systemu, w upały otwierał maskęsamochodu i … ładował akumulator energią słoneczną.

I jak tozwykle bywa w moich opowieściach, od nitki do wiadra, zmienię temat boten akumulator słoneczny zmusza mnie do opowiedzenia pewnych dwóchangdot z życia wziętych, którmi składam hołd naszym angielskimgospodarzom.

Pierwsza, z dzisiaj. I bardzo ubolewam, bo rolęgłówną w anegdocie gra Dżoł, co chociaż po studiach to jednak angielskaedukacja pozostawiła na nim ślad tym wyraźniejszy, że chodził po naukio kilka lat dłużej niż przeciętny szesnastolatek. Akurat ciągnęliśmykejdżyka z dżemikiem, kiedy kólkiem przejechaliśmy po notatniku kołowymA4, który niepostrzeżenie spadł komuś z innego kejdżyka i leżał wkorytarzu sam samiutki. Podniosłam i odłożyłam ze słowami:
-Wy i te wasze cholerne linie.
Isię oczywiście zaczęło- dyskusja nad wyższością zeszytu w linię nadzeszystem w kratkę. Opowiedziałam z grubsza do jakich przedmiotów uzywasię w polskich szkołach zeszytów w linię i dodałam, że do całej reszty,łacznie z pozaszkolnym pisactwem używa się kratek.
-Ale dlaczego? Przecież w kratkach nic się nie mieści a w liniach można pisać i pisać!- oburzył się Dżoł.
-Jakpisać i pisać, w linii napiszesz przeciętnie trzy przydługie polskiesłowa lub pięć angielskich i już się musisz przenosić, dzielić wyraz…a w kratce zmieści się połowa myśli!- broniłam zeszytu w kratkę jaklwica.
-Ale przecież… – tu Dżoł złapał kartkę papieru, nabazgrałpośpiesznie kratkę i wdziubał w nią słowo WILLIS, wsadzając każdąliterkę w kolejną kratkę.
Spojrzałam i upadłam
 

Zaproponowanaprzeze mnie opcja wpisu swobodnego jakoś do niego nie przemówiła.Skrzywił się i stwierdził, że Polacy to dziwny naród.
Po chwili zadumy spytał:
-Co miałaś na myśli mówiąc: „dzielić wyraz”??

Najwyraźniejw Anglii dzielą tylko parzyste liczby, nieprzyste z rzadka, wyrazówwcale a skórę na niedźwiedziu absolutnie nie, bo to zwierzaniebezpieczne i można się zaciąć.

Tymczasem druga anegdota walina kolana i do śmierci będę żałować, że sama nie byłam jej świadkiem.Jakiegoś wczesnego poranka, wędrując sklepem w poszukiwaniu CiałaPrzywódczego nocnej zmiany zawędrowałam do alejki spirytusowej g
dzieakurat dwóch managerów w akcie kompletnego zidiocenia postnockowegozwijało się na podłodze ze śmiechu dzieląc się historiami onajgłupszych wybrykach swoich podwładnych. I wtedy usłyszałam historięo Żabie. Żaba, ku informacji waszej to sflaczały pięćdziesięciolatek wsflaczałych spodniach od dresu, cierpiący na ciężki przypadek syndromu”JA i kierownik zarządziliśmy”. Zrobili z niego Team Leadera na nocnymmagazynie, żeby w końcu się odpieprzył, dali guzik do otwierania bramyi powiedzieli: jak przyjedzie ciężarówka, otworzysz. Żaba od tego czasuotwiera całą noc, jak tylko coś przyjeżdża a emocje z tego otwieranianie dają mu iść o 7:00 do domu, więc łazi potem godzinami i na innych,niezainteresowanych przelewa swoje spostrzeżenia na tematy operacyjne:co on i kierowca z mleczarni sądzą o zapotrzebowaniu klientów na mlekochude oraz co sądzi on o metodach zarządzania w nowoczesnymsuperstorze.
Dnia pewnego przykechała ciężarówka z mrożonkami oczym oświadczyć poszedł Żaba na sklep. Dodał również, że w ciężarówceprzywieśli cztery kejdże kostek lodu a w magazynie mają jeszcze dwa. Conietrudno było policzyć, doszli więc do wniosku, że przy takim zapasiei tym co leży już w chłodziarkach niedługo umrzemy z zimna przysypanilodem! I managerowie zaczęli radzić a Zaba podpiął się pod naradę.Radzili, myśleli- ryba na prawo, maliny na lewo i jakoś się upcha,kiedy Żaba wpadł na pomysł:
-Mam! Wiem. Jest ciepło nie? Ludziekupują napoje gazowane, to ja mówię, coby ten lód dać do kosza tegotakiego żółtego promocyjnego i postawić w alejce z napojami! Co klientprzejdzie, butelkę weźmie to i lód chwyci i do jutra sprzedamy. Nie?

Podobno ryk śmiechu słyszeli w piekarni.

Dodałamod siebie, że trzeba było mu na to pozwolić ale kazać mu wynająćEskimosa, co by stał i pilnował, żeby lód się nie rozpuścił.

I tak to jest czasem ze zdrowym rozsądkim i wyobraźnią co poniektórych (żeby nie napisać, że wielu) na tez Wyspie Zielonej.

Tymczasem czas na nas.

To ja już wolę zakończenie takie jakie jest. :)

Zwykły wpis

Nie, Geralt nie umiera a ten kto napisał ten wiki-cud powinien zacząć czytać jeszcze raz. Bo może i zakończenie nie jest jasne ale nie wszystko musi być kawę na ławę, żeby było oczywiste, nie?

„(…)  I żył Geralt i Yen długo i szczęśliwie. Yen musiała nauczyć się dłubać portki na szydełku bo na dzieciary nie nastarczało a od wrzeszczenia na gromadkę małych pół-wiedźminów pół-czarodziejków straciła głos i zaklęcia szyjącego nie umiała już wypowiedzieć. Po latach działało już tylko zaklęcie do szorowania garnków. Gerald natomiast, żeby gromadkę utrzymać zrobił kurs wypalania krowom run na tyłkch i wypalał tak i wypalał aż w końcu wściekła krowa w przyrodzenie go kopnęła i się Yen ucieszyła bo na jej kobiecość przestał nastawać i kolejne dziadki mnożyć. I tak żyli sobie szczęśliwie, Geralt ostrzył sobie sihilla aż została z niego tylko metalowa szczapka do wygrzebywania brudu zza pazurów a Yen dziubała te portki, dziubała i mędziła wieczorami, że jakby się i dobrze zakręciła to z Vilgeforzem świat by podbiła, i zamek by miała, a na szklane oko własne by przymrużyła albo papierową torbę na łeb zakładała.(…)

I tak byś chciała Saxofonistko? Potem by było o skrofułach, grzybicy i zimach srogich kiedy to Gerlad szczapką po sihillu szedł polować na borsuki.

To ja już wolę zakończenie takie jakie jest. 🙂

Ni z gruchy, ni z pitruchy

Zwykły wpis

Czy ja czytałam Wiedźmina?

Pytanie jest o FAKT czy o ILE RAZY? 😀

Bo jeśli chodzi o odpowiedź krótką a zwięzłą- tak. Jeśli natomiast chodzi o wersję długą – tak, jakieś 50 razy każdą część, serial jest do dupy, Wiedźmin rzondzi, Jennefer jest gupia, Cahir nie powinien był zginąć.

Jest też wersja wyczerpująca. Trzeba się cofnąć do połowy lat 90, kiedy pod choinkę dostałam od Rodzicielki dwa tomy opowiadań plus pierwszą część i łyknęłam je zanim ktoś zdążył zaśpiewać „święta, święta i po świętach”. I czekałam rok cały na drugą część, po wychodziła na Gwiazdkę i tak do samego końca sagi, po drodze czytając w kółko i w kółko wszystko razem i po najlepszych fragmentach (zjazd na Thanedd, zupa rybna z portek, bitwa o most i wszystko z Regisem w nazwie).

A jak wisienkę na torciku, ściągnęłam sobie audiobooki i razem z Susłem oblecieliśmy już wszystko ze 2 razy, chociaż drażni mnie anglosaski akcent lektora, który robi z Białego Płomienia „Emyła Emłejsa” a raz nawet pokusza się o „Siri”. Na szczęście, w miarę czytania dochodzi chyba do wniosku, że się kojarzy z syrami i przestaje. Jest też „Diiikstra” i „Redżis”. Co do Regisa, to się kłócę bardzo, bo nie wydaje mi się, żeby Autora (Oświeć Panie Jego Liczko) pociągało zangielszczanie każdego kamienia na drodze, bo wtedy i Geralta należałoby zrobić „Dżeralta z Rivii”.

/Jedzie Dżerald na kuniu, z tyłu powiewają mu onuce. Kiedy nikt nie paczy./

I tak sobie poczytuję go sobie od lat kilku, nie spodobał mi się „Narrenturn czy m”, podobnie jak pewnie nie spodoba mi się nic nowego co napisze jeszcze kiedykolwiek JKRowling.

A odpowiedź na pytanie z komentarza okazała się przydługa, więc postanowiłam zrobić z niego wpis. Żeby nie było, że znowu znikam cy cóś.

/i zniknęła/