Monthly Archives: Lipiec 2011

To miała być krótka notka o rankingu a wyszło cukierkowo. O fuj.

Zwykły wpis

Już w pierwszym tygodniu pracy się wykazałam, całkiem niezamierzenie i dziś po południu z niemałym zdziwieniem przeczytałam swoje nazwisko na tablicy TOP TEN. Ósma z dziesięciu w ilości obsłużonych klientów na godzinę i piąta w ilości przeskanowanych produktów. Piąta na pierwszych dziesięć….ze 70 kasjerów w stawce. Może to para, która zejdzie mi z gwizdka ale jak na razie robię 200% normy i nadal się uśmiecham.

Niestety, na przerwę idę za późno i nie jem już swojej angielskiej fasolki z hash brownami…:( Dziś musiałam zjeść makaron penne w sosie pomidorowawym PLUS frytki. Makaron i frytki? Tyle zostało.

Znowu zauważam te wszystkie dziwności społeczne i tylko dlatego, że długopis mi dzisiaj nie pisał, nie mam notatek do nowej, uskarżającej się notki o klientach.

Ale jest plus z pracy na kasie i bez ciąży między mną a klawiaturą. 🙂
1) Nie drażnią mnie surowe ryby, mięso i podroby. Nic nie czuję, mogę patrzeć, dotykać, nie brzydzi, nie wzdraga, nie czepie. Czyli to jednak nie byłam ja.
2) Nie drażnią mnie klienci i ich pierdolaszki jak grzebanie w portfelikach, szeleszczenie reklamówkami, dopychanie towaru po taśmie.
3) Nic mnie nie boli, nie „ciąży”, nie bolą mnie plecy, pupsko, głowa, nie jestem ciągłe głodna, nie piję jak smog z butki Big Łyk, nie latam na siusiu jak z chorym pęcherzem. W ogóle jestem znośniejsza. Nie śpię z otwartymi oczami.
4) Nie muszę nosić workowatych szarawarów albo portek wiązanych gumką do włosów, żeby naciągały się kiedy pochylam się do przodu. Koszulki nie podjeżdżają mi pod pachy.
5) Nie robi mi się śmisznie do omdlenia, nic mi nie lata, nie dycham na upale jak świnka. Jak ja znosiłam Brzuszki w środku lata to nie wiem…

Z minusów to taki, że nie umiem już z dziką rozkoszą wgryzać się w każdy kęs jedzenia jak gdyby to była boska ambrozja w kostce. Teraz jedzenie służy odżywianiu i chemia pozbawiła mnie tego cudownego uczucia sytości i pełności smaków na poziomie komórkowym, jak w ciąży. Tęskni mi się za wilczym pragnieniem zapełnienia kiszek czymkolwiek, oby intensywnym w smaku i zapachu. Tego fenomenalnego uczucia, kiedy łyk soku jabłkowego spływa do żołądka a ja mam wrażenie, że właśnie połknęłam ocean chłodnej pyszności.

W sumie wychodzi na zero, z tymi plusami i minusami…. Ale dzieci i tak chcę ludziom kraść z wózków. Jak tylko widzę dzieciusiową stópkę sterczącą z nóżka, chcę biec i całować. Taki bzik mi chyba został.

***

Po pracy, przed T zajeżdża Suseł z Dzieciusiami i mam swoje stópki do całowania.

„Pachniące śmjodki!!”

Reklamy

O matematyce najpierw niepozornie ale jak się okazuje – to całkiem poważna sprawa!

Zwykły wpis

Już wiele osób powiedziało mi, że polskie dzieci dość szybko rozpoznawane są w szkołach jako wyjątkowo zdolne z matematyki. Co ciekawe- nie tylko te, które liznęły trochę polskiego szkolnictwa ale i te, które nie miały szans iść nawet do polskiego przedszkola. „Coś jest w tych waszych dzieciach” jak to określiła dyrektorka podstawówki w B, gdzie pracuje znajoma S.

Skoro dyrektorka z wieloletnim doświadczeniem zauważyła taką wyraźną zależność, coś w tym musi być.

…..Może po prostu Polacy wychowując dzieci nieświadomie uczą ich rozwiązywania problemów w sposób bardzo rzeczowy i logiczny, jednocześnie ćwicząc ich umysły w orientowaniu się w zasadzie przyczynowo-skutkowej? Czarno na białym, tak albo tak, konkretnie i bez zbędnego marudzenia? Rozdzielamy sferę bycia emocjonalnym od bycia rzeczowym i nie faworyzujemy zbytnio żadnej z nich?

Zwróćcie uwagę (jak możecie) na angielskie dzieci poniżej 3 rż. Jak najczęściej się do nich zwraca osoba dorosła?:
-Good boy
-Good girl
-Hurray!
-Well done!
-Poor You …etc etc.
-Loff ju lotzz!

Lwia część ich komunikacji opiera się na emocjach, uczuciach i ich wszelakiemu opisywaniu. Nawet kiedy dziecko robi siusiu w kabinie obok słychać jak matka zachwala jak ślicznie robi siusiu do kibelka i jaka jest z niego/niej dumna.

Więc dziecko, które od urodzenia wałkuje się na emocjonalną modłę, mówi się o konieczności lubienia, dzielenia się, pomagania, zawierania przyjaźni, robienia wszystkiego razem takie właśnie się staje. Bardzo emocjonalne ale mało rzeczowe. W szkole już przybiera to oblicze nauki budowania teamu, zajmowania swojego miejsca w grupie, spełniania swojej roli i niewyłamywania się bo w kupie raźniej i wszystkim się to podoba. Koniecznie trzeba być miłym, brać udział, stać w kółku i okazywać spontanę na każdym kroku. W takich grupach łatwo zająć wygodną posadkę biernego słuchacza, który co prawda pięknie się uśmiecha ale wkładu w pracę zespołu miał żadną.

Swoją drogą bardzo nie lubiłam prac grupowych na studiach. Ponieważ zawsze zależało mi na wyniku końcowym i odpowiedniej ocenie, po dłuższej chwili krępującego milczenia rzucałam jakąś propozycję i już zaraz wszyscy zgadzali się i przyklaskiwali w oczekiwaniu na wskazówki. A najbardziej wkurzała mnie osoba, która robiła notatki. Też dostawała tą samą ocenę chociaż ołówek łamał się trzy razy a „wywierzysko” pisze się przez „rz” a nie „ż”.

Matematyk to indywidualista, samotnik, umysł zderzony z problemem do rozwiązania. Jeśli my, jako polscy rodzice wychowaliśmy się na komunie, kartkach żywnościowych, kombinatorce codziennej jak na  układankach, klockach, puzzlach, takie same bodźce podsuwamy naszym dzieciom. Chcąc nie chcąc, wychowujemy je na samych siebie. A więc jeśli nasze pokolenie i pokolenie naszych rodziców to ludzie umiejący za przeproszeniem „utoczyć bat z gówna” takie też będą nasze dzieci. 🙂 Tata umie zaizolowac przewód do pralki po tym jak pierdykło Mamusi po piętach a Anglik kupi nową pralkę. Mama umie wywabić plamy z przecieru z marchewki kładąc koszulkę na słońcu, Angielka kupi nową koszulkę.

My szukamy rozwiązania, oni szybkiego sposobu na pozbycie się problemu.

Umiejętność samodzielnego logicznego i twórczego rozwiązywania problemów- ot , cała zagadka. Próbuję wyobrazić sobie dziewczynkę 10 letnią, która w domu nadal chodzi w sukience Królewny Śnieżki i plastikowych butach na obcasie, maluje paznokcie, słucha Hanny Montany, wzdycha do Księcia Harryego (bo William odpadł ze stawki) i marzy o tym, że jak dorośnie zostanie Wróżką Przyrodniczą, żeby nagle zaangażowała się w całki.

/czasem mam wrażenie, że Anglicy robią absolutnie wszystko z przesadą desperata/…

Czy Wy te żnie macie takiego wrażenia? Jak się cieszą, słyszą wszyscy w około i też się cieszą choć nie wiedzą czym, jak rozpaczają to zaraz ze skokiem z klifu włącznie. Jak się lenią to tak strasznie, że na sam widok dupa mi odgniwa w ich imieniu, jak pracują ciężko to tak, że pot leci po jajcach. Albo mają wszystkie zasady w tyle albo stosują się do nich z maniackim zaangażowaniem i jak nie napisano, znaczy, że nie wolno. A wolno tylko tak jak pisze na odwrocie pudełka. Kochają jak maniacy, trzy razy w tygodniu kogo innego, biorą śluby na poczekaniu, rozwodzą się między łyżką a miską, chowają tabuny dzieci, każde i innej próbówki. Nienawidzą z kamieniem w łapie i gwoździem do drapania samochodu nowego kochanka byłej partnerki. Stoją w sklepach godzinami i w opisach produktów szukają sensu istnienia, zadając sobie ważkie pytania, których zadawanie sobie w złych porach spędza sen z powiek:

/-Przepraszam, w którym pudełku z tabletkami do prania mógłbym dostać tą taką siateczkę do pralki?
-Oj, nie wiem, poczytajmy……. nie piszą. O jest, tu w Arielu.
-O, to dobrze, w końcu będę mógł zrobić pranie bo koszul mi już zabrakło a siateczka mi się zgubiła.
-….To nie można zrobić prania bez siateczki i zwyczajnie wrzucić tabletek do bębna?
-………………A MOŻNA? Trochę się bałem.

To takie wieczne półprodukty wychowania emocjonalnego.

Lots of Love, Keep Calm and Carry On

Zwykły wpis

Szmiszkat 🙂 napisała, że matki w jej szkole angażują się w organizowanie szkolnych imprez itp i nie pozostają bierne w swoim i dzieci współbyciu w szkole.

Zgadzam się…i nie zgadzam się jednocześnie i dało mi to dużo do myślenia (znowu) na temat wiadomy i popularny ostatnio na łamach. I doszłam do wniosków pewnych. Wg mnie należy rozdzielić „pracę z dzieckiem” od „angażowania się w życie szkoły”. A czemu, to oto:

Faktem bezspornym jest, że Anglicy rwą się do organizatorki jak Polacy nigdy nie byli i nie będą. Od zawsze pamiętam jak trudno było zaangażowć rodziców do organizowania szkolnej dyskoteki czy wycieczki. Zwykle te osoby, które się zgadzały na udział czy pilnowanie pociech były matkami niepracującymi i zawsze miałam wrażenie, że wycieczki cieszyły się większą popularnością niż sterczenie na korytarzach w czasie dyskotek. Zawsze to coś nowego a i młodszą pociechę można było zabrać za darmoszkę. Jeśli przychodziło do jakiegoś pieczenia, to był to placek sztuk 1 to najprostszy a i tak szkoła refundowała koszty.

Angielki natomiast kochają mieć w czymś udział i lecą pierwsze- tak będzie ciąć bibułę, tamta ustawiać kubeczki, kolejna stroić pianino. Robią przy tym mnóstwo hałasu bo od razu udziela im się dobry humor kupiony w wielopaku (nie, nie nie piwo. Wszystko na trzeźwo). Śmieją się, żartują, gaworzą, odwożą się na wzajem i po krzesła i po więcej talerzyków. W okolicach szkół czy social clubów zawsze jest dużo roboty.

Ale. (Zawsze musi być jakieś „ale”. Kropka.) Wierzcie mi, że świadomie lub nie każda Angielka bierze udział w przygotowaniach bo nie lubi i nie wypada odmawiać skoro już jest częścią społeczeństwa, które ją wychowało. Oraz- (najważniejszy) ich wkład ma bardzo wymierny wpływ na REPUTACJĘ w środowisku matek. Tak samo jak chwalenie się osiągnięciami, żeby podrasować trochę reputację swoich genów, biorą głośny udział w imprezach, żeby pokreślić swoją fantastyczność jako matka!

W angielskim społeczeństwie wielką, często niedocenianą przed imigrantów rolę pełni fakt, że czują się oni częścią nazwijmy to narodowej organizacji do której przystępują już od przedszkola. System ich kształci, dogina i poleruje aż zajmą swoje miejsca z których trawniki są zawsze zielone, dzieci szczęśliwe a barek zaopatrzony. Mówię tu oczywiście o klasie średniej wzwyż. Ich rola w społeczeństwie musi być zatem zauważalna. I dlatego tak chętnie bawią się w wiejskie festyny, chodzą na bingo, gromadzą się w pubach na wspólnym muzykowaniu, w klubikach na porannej kawce i ciastku czy wokół dzieci.

Natomiast! Ile z tego dla dzieci to inna sprawa. Nieczęsto bywam w Centrum z Mają. Przez większą część tygodnia mamy w domu mnóstwo swoich zajęć a mnie osobiście nie bardzo kusi rola matki w otoczeniu innych tokujących matek.

Angielki natomiast ciągną (nie pchają) swoje pociechy do Centrum absolutnie każdego dnia, nawet kiedy pada bokiem lub mgła przesłania koniec ulicy. Bo tam oddają dzieci w ramiona Systemu a same zajmują się plotkami, parzeniem i piciem herbaty z mlekiem i zamawaniem pizzy! Z ręką na sercu, na 10-15 razy kiedy byłam tam dłużej niż godzinę, 99% matek stało za kontuarem i żłopało herbatki w czasie kiedy dzieci robiły co chciały a zwykle nic szczególnego. Ot, walanie się po podłodze, szarpanie sukienek z wieszaków i odbieranie sobie zabawek. Raz pojawiła się tam przedszkolanka z drugiej strony parkingu i nagle zorganizowała siedziska z poduszek i kołderek i czytanie bajki o pingwinkach z książki wielkiej jak stan Oregon.

Już rozumiecie? 🙂 To dzieci towarzyszą matkom w ich wypadach na neutralny teren gdzie nie trzeba sprzątać łazienki przed wizytą koleżanki, parzyć herbaty na swój koszt i zastanawiać się czy dziad z kurzu pod jej  komodą nie stanie się przypadkiem powodem do słodko-złośliwych plotek? Piją, wyrzucają kubek do śmieci, podobnie jak całą rozmowę, rozmówców i przedpołudnie i wracają do domu lekkie i zadowolone z dobrze spełnionego rodzicielskiego obowiązku.

Dlatego nie łączę aktywnych matek z aktywnymi dziećmi.

Kiedy słyszę ile to twórczych rzeczy robi się w przedszkolach, myślę o tym, że (UWAGA, obiektywna opinia) brytyjskie matki rodzą dzieci dla przyjemności posiadania i chwalenia się i czekają kiedy w wieku lat 3 będzie można oddać je w ręce Systemu, który zajmie się niezbędną resztą. Do tego czasu „lots of love, keep calm and carry on”. To szkoła ma nauczyć dziecko myśleć, nie rodzic. Oddajmy dziecko w ręce profesjonalistów, jak pralkę czy kosiarkę do trawników. Kosiarka może urąbać palce a dziecko wychowywane przez rodzica na ciekawskie świata może zacząć zadawać niewygodne pytania?

-/A gdzie poszedł dziadzio po tym jak go odcięli panowie policjanci? I w ogóle- jak się odcina dziadzia z gałęzi?/ – fakt zaczytany.

Poza tym, nie oszukujmy się- jak można stanowić dla dziecka źródło rzetelnej pomocy w rozwoju jeśli własną edukację skończyło się w wieku lat 16, na poziomie, który odpowiada klasie 6-7 w polskiej szkole? (to już było wredne ;))

Z Wyspy Zielonej, subiektywna

Kokain znowu napatrzyła się na różnice

Zwykły wpis

Maja maluje.

-Ubielbiam malować!- za każdym razem kiedy rano schodzimy na dół, otwieram drzwi na patio a Maja leci do swojego domku gdzie cały czas stoi woda w kubeczku, farby, woda, kredki itp narzędzia.

Dajemy Mai farby od mniej więcej 10 miesiąca życia. Niedługo po tym jak wróciłam do pracy,po pracy kupiłam jej 4 butle farbek plakatowych, wielki blok i pędzle z kulą na końcu, przeznaczyłam ubranka na pomazanie i od tego czasu Maja eksperymentuje. Razem z nią drzwi na patio, mur, Boston, wózek, rowerek a sesji z Mają pomazaną wszystkimi kolorami wszędzie prócz tego co pod pieluchą mamy kilkanaście.

Jednak do niedawna malowanie ograniczało się do mieszania wszytskich kolorów na kartce, pacianie w to rączkami i rozmazywanie wielkich farbianych blobów:

Ale w niedzielę Maja przysiadła cichutko w domku i wysmarowała „Cięznickę”:

…z której jesteśmy bardzo dumni.

Do tego doszły też niedawno metody kombinowane w skład często wchodzi np. jogurt i Cherioosy na stole, ale nie pokażę bo stół nie wchodzi do skanera. Ale mamy ślimaka metodą kombinowaną czyli kredki, flamaster, klej i cekinki:

(Musiałam mocno ściemnić skan bo ślimak jest subtelnej natury.).

W zeszłym tygodniu byłyśmy z Mają w Centrum gdzie spotykały się przedszkolaki z Mai grupy, które już za półtora miesiąca pójdą z nią w objęcia ciała pedagogicznego. Zorganizowano wielkie malowanie na łączce za Centrum, ze stolikami, tonami farb, pędzli, kulek, klocków, pieczątek, wałków i czym co podleciało paniom pod ręce. Maja była przy stoliku pierwsza. Jako jedyna chyba ubrałam Maję jak do malowania bo reszta mamuś przyprowadziła swoje dzieci ubrane jak na odpusty- białe koszulki, spódniczki, falbanki, sandałki. Chyba żadna z nich nie wierzyła w jakieś tam malowanie póki nie zobaczyły tego na własne oczy. I zaczęło się.

Co się zaczęło?

Wycieranie i biadolenie. Latały tylko od dziecka do dziecka (swojego) i wycierały paluszki, buzie, łokcie, upominały, ględziły, że „Przecież dopiero co cie wytarłam, jak ty to robisz dziecko?!”. A dzieci nie za bardzo się właściwie brudziły bo na widok farby na paluszkach, natychmiast wycierały je mocno w stoliki i kartki. Maja była brudna jak swór z bagien.

W czasie kiedy one w końcu rozsiadły się po trawnikach, jachodziłam z Mają od stolika do stolika (nie brałam udziału w pogaduszkach bo „jestem Polką”) i pokazywałam jej co jeszcze można wymyślić. W końcu pani przyniosła wielką michę z wodą i płynem, ręczniczki ale dziewczynki jakoś nie pałały chęcią do pluskania w wodzie pobrudzonych rączek. Kiedy poprowadziłam Maję do miski, odezwały się śmiechy!
-Ojej, popatrzcie, jaka słodka! Caaała w farbkach….O! I mama też!
-W tym cała zabawa, czyż nie?- skwitowałam z uśmiechem, nawet nie oczekując uśmiechów. Jakoś się nie pomyliłam. Pokrzywiły się tylko z przekąsem.

Jakaś dziewczynka przyniosła mamie obrazek, mokry i cieknący. Mama wzięła za rożek, w dwa palce , obróciła i spytała z obrzydzeniem:
– I co ja mam według ciebie z tym zrobić?????? Połóż to tam, na chodniku, z dala ode mnie.
O obrazku nic.

Druga mama postanowiła pochwalić się opieką nad dzieckiem i zaczęła teatralnie smarować córeczkę emulsją przeciwsłoneczną. Dziewczynka wyrywała się do malowania bo smarowanie trwało wieki i w pewnym momencie położyła rączkę na kolanie matki.
-WEŹ TE RĘCE Z MOICH CZARNYCH LEGGINSÓW! JESTEŚ CAŁA W EMULSJI, CZY TO ZNACZY, ŻE JA TEŻ MUSZĘ!!!!!????????

Panie z centrum spojrzały z niesmakiem, inne matki patrzyły beznamiętnie jak na zielony trawnik.

W końcy padło hasło- kto ma dość słońca może przenieść się do ogródka. Zgadnijcie ile matek natychmiast złapało torebki w jedną łapę, dzieci w drugą i zarządziły ewakuację? Wszystkie -1. Bo Maja nie chciała iść tylko malować. A ja przyszłam tam dla niej a nie z nią.

I malowanie skończyło się. Z ręką na sercu jestem w stanie powiedzieć, że żadne z dzieci, które idą we wrześniu do przedszkola miały kontakt z farbami może raz w życiu. Jeden chłopczyk został postawiony pod murem bo to brat idzie do przedszkola więc malowanie nie jest dla niego. Mama zabroniła mu malować z bratem i kiedy zajęła się jodłowaniem w towarzystwie, chłopczyk wziął sobie butlę z farbą i zaczął wyciskać. Najpierw na kartki potem na buty. 

-Ale w przedszkolu dzieci będą malować do woli!
-A od kiedy przedszkole ma za zadanie wyręczać dom? Jeśli już teraz ci rodzice tego nie robią to zaczną za dwa lata?

I jus.

Zwykły wpis

Poszłam, byłam, wróciłam, przeżyłam.

Tulki i uśmiechy, trali lali. Stwierdziałm, że za drugim razem wraca się o wiele łatwiej bo już umie się być z dala od dziecka. Więc, żart o tym, że jest dobrze skoro mamy 8:10 rano a ja nie ukrywam się jeszcze w magazynie za kejdżem i nie płaczę został wzięty za żart. Ale wtedy to była prawda! 🙂

Zmienili szafki więc nie musiałam w niczym sprzątać.

Poklikałam i 5,5 godziny trzasnęło że hej! W niedzielę podobnie, tylko od 10:00 do zamknięcia. Dziwne. Przez prawie 6 lat nigdy nie widziałam TESCO w niedzielę, kiedy namolny głos w megafonie informuje, że sklep będzie zamknięty już już. Ani jak z każdą minutą się wycisza i nagle ze sklepu znika jakiekolwiek życie. Zanim się obejrzałam, zamknęli za mną kratę a auta z parkingu rozpłynęli się we mgle. Dla mnie sklep to tętniący życiem ul z dzieciarami i grupkami rozwrzeszczanych piwoszy.

A Dzieciusie sobie poradziły. I ku mojemu zdziwieniu to nie Gabi zrobił koncert ale Maja! Obudziła się rano, kiedy Suseł z Gabim właśnie wracali do domu po odwiezieniu mnie do pracy. Najpierw wołała Mamę, potem Gabiego, potem Tatę a kiedy już dobudziła Babcię, nie sposób było jej wytłumaczyć, że Mama niedługo wróci a Gabi jest z Tatą. Gabi i Gabi na zmianę z Mamą. Odzwyczaiła się. W sumie nietrudno się dziwić, witałam ją rano każdego dnia bez wyjątków od września zeszłego roku.

A Gabi dał radę mimo tego, że nie spał z piątku na sobotę, z soboty na niedzielę i dziś również. Górna prawa jedynka ciśnie się na świat i chodzę jak zombie. W niedzielę skończyło się na czopku w dupku bo miał taką gorączkę, że można go było przechować na zimę, żeby grzać sobie nim ręce na mrozie.

Pocieszam się, że już niedługo. Niedługo. Pocieszam się.

A dziś po staremu- Mam i Gabi przyszli rano przywitać Majuśkę, nasmrodzić jej małym kupczakiem w pokoju i poślinić zabawki. 🙂

I tak wróciłam do pracy. Zrobić swoje i zapomnieć. Dziękuję.

Opowieść drogi czyli kolejny odcienk cyklu "Wrocław w atomach"

Zwykły wpis

Dziś będzie opowieść drogi czyli o tym jak Kokainka chadzała do pracy, gdzieś kiedyś, dawno temu w innej galaktyce.

A droga była długa i na piechotę bo dojazd był tak niedorzeczny, że odpadał już za sam fakt, że do pracy droga była prosta a miejskimi środkami ścisku publicznego trwała o 30% dłużej i szła zygzakiem przez miasto, od dzielnicy do dzielnicy, jak pijany listonosz.

Ostatnie lato we Wrocławiu pamiętam oczywiście najwyraźniej i o to te czasy właśnie. A lato było cudne, jak często bywa we Wrocławiu. Chodzenie do pracy na 18:00 ma coś w sobie. Nie wstaje się nieprzytomnym, rozczochranym i nie wychodzi się na klatkę schodową niedokawionym i niedośniadanionym. Cały dzień już minął. Człowiek miał czas wyspać się, wstać, przeżyć coś wielkiego jak wyjście do sklepu po pierś kurczaka na przykład. Oglądało się „Na dobre i na złe” a były to jeszcze czasy kiedy serial miał bohaterów i fabułę. Były to też czasy ostatnich dni Papieża Jana Pawła II i zerkania w ekran telewizora gdzie nieustannie w dole ekranu leciały donosy z Watykanu. Pisałam pracę magisterską a przynajmniej tak się oszukiwałam za każdym razem kiedy zamiast klikać w mapy, myszka mi się obsuwała na złe ikonki i klikałam po Forum Którego Już Nie Ma…

W ostatniej chwili przed wyjściem sypałam proszku do wody, wkładałam swoją czerwoną, plastikową koszulę kelnerską i maczałam jak szop pracz, bułę przed jedzeniem. W sumie nawet nie chodziło o pranie, tylko o nadanie koszuli wrażenia, że jest ładna i doceniana przez właścicielkę a nie stara i zmęczona poprzednią nocką. Umoczoną, wypłukaną, pakowałam w szczelną reklamówkę, zakładałam bojówki, glanki, koszulkę byle jaką lub robiłam się na bóstwo. Wolałam jak bojówki bo miałam gdzie upchać reklamówkę z koszulą. Dziewuś w spódnicy i fikuśnej bluzeczce wygląda durnowato z reklamówką pełną czegoś co wygląda jak świeża wątroba.

I szłam. W miasto, w samo serce miasta. Na ulicy było zwykle parno, akurat zamykali cukiernię i zabierali z wystawy pustą tacę po pączkach, pełną lukrowych stalagmitów i os kręcących się w kółko wśród okruchów. W kiosku bez zmian, zawsze tak samo, po prawej dogorywająca księgarnia. Zaczęła dogorywać przeze mnie, jak (nie)lubiłam sądzić. Latami kupowałam tam dziesiątki książek, kiedy zaczęłam kupować prosto z hurtowni, rozpoczął się powolny upadek. Potem zdradziłam ją z Empikiem. Podła.

Mijałam Park z Psimi Kupami.

Wydział Architektury i do tego czasu kończyła mi lecieć w uszach pierwsza piosenka z listy kawałków zagrzewających do walki i napawającej optymizmem. Czasem przychodziłam do pracy tak nabuzowana, że zwykłe drzwi wejściowe obracały się w kółko. „FFF” Megahertz, „Polarstern” Eisbrecher, „Zauberschloss” In Strict Confidence i oczywiście Rammstein.

Potem koniec Parku i przejście przez podwórko na którym dorastałam. Podobnie jak z księgarnią, lecz tym razem na serio. Od kiedy się wyprowadziliśmy, już chyba nigdy nie widziałam na tym podwórku gromady dzieci bawiącej się w Zulus Czakę ani żadnego nowoczesnego bohatera-odpowiednika Czaki.
Zerknięcie okiem w swój balkon, balkon koleżanki, okno następnej, która miała pecha i jej mieszkanie miało tylko jedno okno- kwadratowe. Zapach kubłów w betonowej zagrodzie w której zawsze czaił się straszny klaun i już byłam na ulicy, na której 20 lat wcześniej parkowały najdroższe samochody w mieście. Pod siedzibą Partii. Potem długa, prażąca słońcem droga obok Ogrodu Botanicznego. Po drugiej stronie cieniem kusił las drzew, szklarnia widoczna z ulicy i wspomnienia beztroskich czasów dzieciństwa kiedy spędzałam tam całe dnie z Babcią. Po mojej stronie tylko żar lejący się z nieba, żadnego cienia i obowiązek pchający nogi dalej. W stronę piekarni Mamut do dziś posiniaczonej przez wojnę.

Zapach hurtowo pieczonego chleba, inny niż 20 lat wcześniej. Komercyjny, na polepszaczach. Dostałam kiedyś lanie przez tą piekarnię. Mama psipsiółki powiedziała, że idzie z nią po chleb. Postanowiłam iść z nimi, żeby nie rozstawać się z psipsiółką. Okazało się, że u nich po chleb szło się do piekarnianego sklepu gdzie stało się w długim ogonku, po 2 godziny. A ja bałam się powiedzieć, że muszę iść do domu, w obawie, żeby nie zostać nieładnie zrozumianą. I stałam aż Babcia o mało nie dostała apopleksji na mój widok kiedy w końcu dotarłam do domu.

Plac Bema i plątanina szyn. Trzeba było wyjąć z uszu muzykę, żeby nie dać się zabić przez tramwaj. I tutaj wybór. Krócej i szybciej koło Najświętszej Marii Panny na Piasku, dłużej ale przynajmniej wzdłuż Odry, trasą WZ lub refleksyjnie- wieki całe, na okrętkę, po całym wrocławskim Watykanie czyli koło Katedry. Wszystkie drogi prowadzą do Rynku.

Koło Panny na Piasku, potem Hala Targowa, już zamknięta, Filologia Polska, Prawosławni gdzie byłam kiedyś na nabożeństwie i poraził mnie pięknem celebracji tak bardzo, że wyszłam przez końcem tak czułam się nie na miejscu wśród tych niezwykłych ludzi. Kościoły, budynki filologii najróżniejszych, bar mleczny Miś i już. Już Rynek. Pełen przechadzających się ludzi, pełnych ogródków piwnych… I  tu zdarzał się cud. Jakakolwiek nie byłaby pogoda, jakkolwiek nie było żal, że zamiast na piwie trzeba było iść do służby u pana- żal znikał. Czuło się nagle częścią tego przemysłu rozrywkowego jaki dostarczał wrocławianom Rynek. Zaczynało się tętnić tym samym rytmem. Ładne sukienki, faceci w sandałach, dzieci skaczące po fontannie lub w wodzie tryskającej z wielkiej rury rozciągniętej przez cały chodnik.

Cukiernia obok apteki. 10 dkg galaretek w cukrze na wagę. Akurat tyle ile można było zjeść od cukierni do drzwi Restauracji. 5, może 7… I Drzwi. Ogródek w cieniu którego kelnerki stały w cieniu, z tacami pod pachami i patrzyły beznamiętnie na żyjących wokół , cieszących się latem ludzi. Czekając na napiwek, który na koniec dnia miał stać się wymiernym wyrazem tego co umknęło.

O tym co bywało potem i co z tą koszulą w worku niebawem….

Zegarmistrz Światła Purpurowy

Zwykły wpis

Co sądzicie o tym, że dzieci wiedzą i widzą więcej niż my?

Jakiś czas temu czytałam o pewnej dziewczynce, 3,5 letniej, która do tamtej chwili słyszała o Bogu średnio i na wyrywki bo rodzice nie byli zbyt religijni i postanowili pozostawić edukację na później, kiedy dziecko będzie bardziej świadome procesu stawania się osobą wierzącą. W każdym razie- dziewczynce urodził się braciszek. Kiedy został przyniesiony do domu, dziewczynka stanowczo zażdała zostać z nim sam na sam. Rodzice nie bardzo chcieli zostawiać dziewczynkę samą z noworodkiem bo nie wiedzieli jeszcze jak zareaguje na intruza w domu. Ponieważ dziewczynka kategorycznie  stawiała na swoim, włączyli elektroniczną nianię i wyszli z pokoju. Po kilku chwilach przemawiania czule do maleństwa, dziewczynka poprosiła wreszcie:
-Opowiedz mi o Bogu bo ja już zapominam.

Ta opowieść nieustannie dzwoni mi w uszach choć minęło już tyle miesięcy.

Dzisiaj Rodzicielka pokazywała Mai nagrania video sprzed lat. Maja poznała mnie-nastolatkę i skomentowała:
-To jest Pani. Ale mówi Mama.
Znaczy, że zmieniłam się nie do poznania?

A potem pokazała jej Babcię, czyli Mai praBabcię. Maja spojrzała, przechyliła główkę zaczepnie i zapytała praBabcię na ekranie:
-A ty zyjes czy nie zyjes???

??????

Maja NIE ZNA pojęcia „nieżycia”. Nie rozumie jak w programie przyrodniczym orka wyrzuca w powietrze fokę, żeby złamać jej kręgosłup i schrupać. Mama mówi wtedy, że „o, patrz foki też czasem latają a teraz przełączymy na kanał 97 gdzie bohaterowie nie umierają i nie chodzą na siku”.

Maja jednak jakimś cudem pokazała, że osoba którą widzi jest w stanie, którego nie do końca rozumie. „Żyjesz” to dla niej być, ruszać się, mówić, chodzić i to praBabcia robiła na video.
„Nieżyć” natomiast to nie być w pobliżu? No nie, bo równie dobrze FakiJapi idąca z całą kompanią do domu mogłaby „unieżywać” dopóki nie przyjedzie znowu. Każda osoba w TV powinna budzić w Mai wątpliwości podobnej natury a jednak nie budzi.
Może „nieżycie” to stan w którym znajduje się praBabcia a który zasadniczo różni się od tego co robimy my, ale Maja widzi oba stany?

Maja zapytała praBabcię o „nieżycie” jak osobę, którą zna, na Ty i bezpośrednio. A nigdy jej nie widziała bo zaraz będzie 10 lat od jej śmierci.

To tak jakby pokazać komuś szklankę wody 100 razy a potem szklankę lodu i powiedzieć, że to też jest woda. Co byśmy wtedy powiedzieli?:
-Ale ty jesteś woda czy nie jesteś?

Nic nie rozumiem. Ale ciarki mamy do tej pory.

A Wy? Coś sądzicie?

Z cyklu "Wrocław w atomach" czyli Kokain pisze jak pamięta, nawet jeśli szczegółowo to przynajmniej od serca

Zwykły wpis
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy policja nie będzie taka uprzejma
Nigdy straż pożarna nie będzie tak szybka i sprawna
Nigdy nie będzie takiego lata

Nigdy papieros nie będzie tak smaczny
A wódka taka zimna i pożywna
Nigdy nie będzie tak ślicznych dziewcząt
Nigdy nie będzie tak pysznych ciastek
Reprezentacja naszego kraju nie będzie miała takich wyników
Już nigdy, nigdy nie będzie takich wędlin, takiej coca coli
Takiej musztardy i takiego mleka
Nigdy nie będzie takiego lata
Nigdy nie będzie takiego lata

Słońce nie będzie nigdy już tak cudnie wschodzić i zachodzić
Księżyc nie będzie tak pięknie wisiał
Nigdy nie będzie takiej telewizji
Takich kolorowych gazet
Nigdy nie będziesz dla mnie miła taka
Nigdy ksiądz nie będzie mówił tak mądrych kazań
Nigdy organista tak pięknie nie zagra
Nigdy Bóg nie będzie tak blisko
Tak czuły i dobry jak teraz

Nad horyzontem błyska się i słychać szczęk żelaza
Nigdy nie będzie takiego lata 

Świetliki, „Filandia”

A tutaj wersja live, którą polecam każdemu kto ma takie myśli sentymentalne. Szczególnie na emigracji.

W sumie tak siadłam i nie wiem co.

Na sentymenty mnie ostatnio bierze i to te najgorsze bo geograficzne. Jak się wspomina rzewnie jakieś wydarzenia to  zwykle ulotne są, ulotne jak ulotka i wspominamy, żeby odkurzyć i nie zapomnieć. Geograficzne sentymenty mają gorzej bo odnoszą się do prawdziwych miejsc, które o ile nie trząchnęło ziemią czy innym wulkanem są gdzieś tam i czekają. Czekają tatka latka.

Chcielibyśmy zabrać Dzieci do Polski. Jeszcze nie teraz, za ładnych parę lat kiedy będą miały szansę zauważyć i zrozumieć powód dla którego Tu i Tam są tak bardzo różne. Dla nas już nie aż tak bardzo ale dla nich będą pewnie wydawać się różne piramidalnie.

I tak zamykam oczy i przypominam sobie….

Latem okno w moim pokoju było zawsze otwarte. Do czasu kiedy szliśmy spać bo wtedy Susłowi zawiewało od boków i musiałam zamykać. Ale powiedzmy, że Suseł wyjechał do UK a ja mam 10 miesięcy na spanie przy otwartym oknie z radiem grającym przy uchu całą noc. Program 3.

Tramwaj ma charakterystyczny zapach. Każdy kto jeździ to wie. Zapach od środka to kurtki, deszcz, cebula, pot, zakupy, nieskasowane bilety trzymane w spoconej, zdenerwowanej oczekiwaniem na kanara dłoni. Ale jak pachnie wrocławski tramwaj z zewnątrz? Z zewnątrz?

Otóż, Kochani moi, wrocławski tramwaj z zewnątrz pachnie smarem, tłuszczem, olejem i rozgrzaną latem blachą. Nocą, kiedy przelatywały jeszcze ulicami zanim zastąpiły je nocne autobusy, gnał taki dwa, trzy razy na godzinę na długiej prostej, przelatując przystanki, jak koraliki i słyszałam go już kiedy wyskakiwał zza zakrętu Piastowskiej. Przejeżdżał nasz przystanek i słyszałam jak omijał kolejny, szczególnie po deszczu kiedy powietrze było czyste i niosło wszystko- imprezy z Akademika, sąsiadów po piwie, obszczekujące się psy.

Chwilę potem na czwarte piętro, prosto w okno docierał zapach wrocławskiego tramwaju z zewnątrz. Metaliczny, blaszany zapach kółek zębatych, naoliwionych zegarków, zakurzonej jezdni i spalenizny izolacji. Tramwaj od góry jest … brązowy. Nie czarny ani niebieski jak sugeruje sięgająca dachu farba. Jest brązowy jak polna droga, Czasem widać było w tym kurzu ślady butów ekip naprawczych, które wędrowały po dachu gdzieś w zajezdni.

A po deszczu, do tego wszystkiego dochodził zapach mokrego parującego asfaltu, benzyny z kratek ściekowych, mokrego drzewa za oknem. Czasami żarcia, czyjejś kolacji, jakiejś kapusty na stole.

I tak tramwaj za tramwajem. Do rana. A w uszach cichutko Program 3 i jakiś jazz. I próby zapamiętania do rana nazwiska kompozytora, którego trzeba zapamiętać, żeby poszukać w sieci więcej… Rano pamiętało się tylko, że nocą słyszało się najpiękniejszą muzykę świata a teraz  przepadła na zawsze.

Najbardziej lubiłam pełnię. Niebo robiło się prawie błękitne a On wędrował sobie powolutku na wprost poduszki i tylko czekać było kiedy wstanę we śnie i wylunatykuję przez okno na jeden z tych przejeżdżających, pachnących miastem tramwajów.

Patrząc w niebo- niebiesko. Patrząc w dół, na ulicę- żółto-pomarańczowo. Lampy sodowe widziane od góry, czarne od sadzy i brudu i tysiące muszek, ciem latających wokół żarówek, teraz widoczne jak świetliki. Czasem błyskawica nietoperza, czasem na chodnik, z piwnicznej kratki wyłaził sobie szczur i szedł w odwiedziny do innej piwnicznej kratki. Przyczajony pod autem kot obserwujący wszystko z rezerwą. Pewnie uczony na błędach, że szczur w odwiedzinach to żadna przyjemność. 

Czasem słychać było miarowe mniej lub bardziej szuranie- szur, szuur, szurrrr..szur. Wystarczyło się wychylić, żeby zobaczyć drobnego pijaczka w zbełtanym ubraniu szurającego do domu. Od ściany kamienicy do auta- nie swojego i znowu do ściany. Czasem zatrzymywał się, żeby pogrzebać w kieszeniach i sprawdzić co też przejęli w zastaw kamraci albo gdzie klucze do domu. Szli zwykle wolno, jakby w zadumie, nie śpieszno do domu. Można było ich obserwować długo, jak stawali się malutcy na wielkim skrzyżowaniu, idący na przełaj, na skos po pasach, przez wysepkę. Do parku, mimo, że 5:00 nad ranem. Może lubili trzeźwieć patrząc jak świt wstaje nad jeziorkiem z kaczkami?

Rankiem nigdy nie było słychać mleczarza ani ciecia z miotłą. Może byli ale wtedy ja już spałam, święcie przekonana, że czuwam i słucham tej najpiękniejszej muzyki świata?

Będę teraz częściej snuć wspomnienia dla Potomków. Nie poczują ale może wyobraźnia podpowie, że Mama i Tata mieli też inne życie, gdzieś, kiedyś…..Równie prawdziwe.

Nowa piosenka czyli do Opola droga prosta

Zwykły wpis
-Obiepka, obiepka juuuuuuus…. białe popitka jubi myś, mjećko pić…. Obiepka, obiepka, obiepka tuuuś…

Tłumaczenie: „Ach, zaśnij już, owieczka jest tuż tuż, białe kopytka lubi myć, cieplutkie mleczko lubi pić, ach zaśnij już, owieczka jest tuż tuż.”.

-Jaaaanie jaaaaanie bim bam bom!

Tłumaczenie: „Panie Janie….”.

-Hajoooo, to jaaaa, pępę do siebie, ćfiatłododeeeeee…

Tłumaczenie: „Halo, to ja. Pędzę do ciebie, światłowodem…”

Głosować można do północy. 🙂