Author Archives: kokain78

Narzekam

Zwykły wpis

Samochód stoi pod warsztatem już tydzien. Po drodze, klientka Susła zmieniła plany dekoratorskie i praca na tydzien poszła w cholerę. Nowych zamówień nie ma na już i jest buba.

Znalazła sie polska firma prawnicza ktora w w naszym imieniu bedzie walczyc o odszkodowanie za straty auta, zdrowia i czasu pracy ale to moze potrwac miesiace.

Na razie jezdzimy autem Rodzicielki i szczescie ze juz sa wakacje bo nie trzeba wozic Maluchów do szkoły.

Rzeczoznawca ma obejrzec auto w blizej nieokreślonym terminie wiec ani nie mozna go zezłomować ani naprawić. Chcielibysmy naprawic i nawet Ojciec Założyciel polecil nas znajomemu ktory autem sie zajmie, oby tylko ubezpieczalnia nie zarządziła złomowania.

Narzekam.

Dupny dzień

Zwykły wpis

I kiedy już zdarza się że mogę, jestem, mam czas napisać bo jest lato, mamy poniedziałek, wakacje a ja mam pierwszy od sierpnia 2016 roku tydzień urlopu… Okazuje się on zmienia się w dzień z piekła rodem i nawet nie ma nic zabawnego do opisania.

8:49 telefon od ScheisenSchmltzenOffizera. Nie odebrałam bo to już jest kurwa przesada. Nawet gdybym nie miała akurat pierwszego dnia urlopu, zaczynam o 9:00. 

O 10:00 w błogim nastroju po tym jak dzieci pojechaly do szkoły siedzę sobie na YouTubie i oglądam coś tam kiedy dostaje smsa automatycznego od Susła „Potrzebuję pomocy”. Akurat wczoraj bawił się opcjami wysyłał mi próbne smsy alarmowe. Pomyślałam „ha ha” i dalej piłam kawę. O 11:00 dzwoni i informuje mnie ze skasował samochód w drodze do pracy i czeka na lawetę. I stąd smsy- telefon wyczuł raptowną zmianę prędkości i wysłał zawołanie o pomoc. Laweta, czekanie, pewnie do skasowania chociaż w sumie tylko blachy, Papryk może pomóc, pojedziemy za szrota po nowe blachy.

12:30 jedziemy z Rodzicielką na sztukę do szkoły. Sztuka śliczna póki nie dzwoni SchSchOff. Odrzucam bo może mnie ugryźć w dupę. Pisze- ze to a tamto, a gdzie to, a kto a co…. Godzina sztuki stracona na rozmowie z szefem. 

15:00 zakupy, Dzieciusie latające w koło, SchSchOff na smsach, Suseł na linii, Rodzicielka na nerwach. 

16:00 auto zjeżdża do mechanika. Nie będzie robił no nic się nie chce. Nic nowego, taki mechanik. Ale daje kontakt do firmy która szarpie się o odszkodowanie za straty samochodu, czasu w pracy, zdrowia i bierze 25%. Niech bierze o ile jutro stawi przez domem samochód zastępczy. 

17:00 Gaby zasypia w aucie, Rodzicielka bierze go do domu, prosto od mechanika jedziemy na wieczorne przedstawienie. Suseł jest głodny, zmęczony po 10h na szosie, bez picia. 

17:30 w aucie został turban Mai. Będzie jednym z 40 rozbójników bez turbanu. Turbana. Turbanu. 

18:30 Przynjmniej mamy uzdolnione dziecko. 

Czyli plus jest ale już chce zasnąć i żeby ten dzień się skończył. Jutro mialam gładziować . Nie pogładziuję bo nie kupiłam gładzi z tego wszystkiego. 

Argh

ScheissenSchmaltzenOffizer

Zwykły wpis

Tak kiedys nazwal Malego Szefa jeden klient-milioner, dunczyk z pochodzenia, spadkobierca dunskiego imperium boczkowego. Poniewaz milioner to mial na tyle jaj, zeby powiedziec to glosno i bez konswekwencji. Wtedy sie zdziwilam, dzisiaj juz rozumiem.

Mielismy pogadanke. Maly Szef nas poszatkowal, przecisnal przez maszynke do miesa, dosolil, dopieprzyl, rzucil na podloge, podeptam i naplul. W kazdym razie tak sie w trojke poczulismy. Do konca dnia nikt sie do nikogo nie ozdywal, humory byly porzednie, powiadam Wam. W poniedzialek sie nam ulalo, zamknelismy drzwi i wyrzucilismy z siebie cale to swiete oburzenie na doznana krzywde.

Bo krzywda byla. Wielka. Moge wziasc na garb kazda wine jesli jest moja i zawiniona ale taka zabawa nikomu nie odpowiada.

Instalatorka, podobnie jak kazdy w biurze tak kaszle, ze od ponad dwoch tygodni doslownie wypluwamy pluca. Wina jest jak sadze caly ten pyl budowalny w jakim pracujemy, cegly, zywice epoksydowe, jakies barwniki, kleje. A wszytsko w przesycie bo naraz w calym budynku pracuje 4-5 roznych ekip i kazda sieje swoj smrod. Zaczelismy kaszlec jakies 3 tygodnie temu i nie przestajemy. Przechodzi nam w weekendy. Maly Szef wpadl na pomysl zebysmy pracowali w maskach przeciwgazowych.

🙂

Nie zartuje. Duzy Szef, jako ojciec-zalozyciel wysmial go przy nas i powolal sie na klauzule sumienia. Ale kaszlemy dalej.

W czwartek w zeszlym tygodniu Instalatorka zmeczona kaszlem i sikaniem w pieluche zostala w domu. Przyszedl mail od niezadowolonego klienta bo zadrapanie na ramie okna pomimo prob naprawy nadal wyglada jak szrama z wojny stuletniej. Maly Szef dostal szalu o ktorym to szale nie wiedzielismy do nastepnego dnia kiedy zorganizowal „szczyt motywacyjny” podczas ktorego nastapilo trawienie kwasem tkanek miekkich.

Zaczal od tego, ze nie bedzie milo, ze bedzie przykro i brzydko, ze bedziemy sie zloscic ale ze mamy wyjsc z usmiechami na twarzy, zapomniec i ruszyc do boju z nowa energia. Nasze brwi zamiotly sufit ale , dobra, kupujemy twoja bajke koles, o co chodzi?

Bo klient byl niezadowolony z naprawy. I ze by nie wyszlo gdyby nie to ze Instalatorka byla jeden dzien na chorobowym i to dalo szanse „gowienku” zeby wyplynelo na powierzchnie. Instalatorka zaczela tlumaczyc ze to zadne gowienko tylko jej normalny dzien w pracy, jak on uwaza ze to jakies wielkie wydarzenie to moze powinien popracowac z nia ramie w ramie przez tydzien zeby przekonac sie ze ona ma takich „gowieniek” po kapelusz kazdego dnia: a to instaltor zbil szybe, a to klientka pociela sobie nowiutkie drzwi nozykiem do dywanu a to klamki nibt takie same ale jadna bardziej niklowana a to inny instalator z braku pomocy pociaganal francuskie drzwi po laminowanej podlodze i panele sa do wymiany….

Maly Szef dostal szalu wersja 2.0 i przerzucil sie na Carlitto- ze ma chaos i nie wie jakich dostaw sie spodziewac, kiedy co s przzyjezdza i co? Ze planuje dzien a tu nadjezdza ciezarowka o ktorej on nie ma pojecia co rujnuje dzien. Carlitto na to, ze przeciez od tygodni nie mielismy problemu z dostawami a chaotycznie przyjezdzaja dostawy z drzwiami i okanmi do trzech showroomow naraz DLATEGO ZE Maly Szef i Laleczka zamawiaja, nie mowia nam co, nie wrzucaja zamowien do systemu i dostawy przychodza niezapowiedziane.

Maly Szef dostal szalu wersja 3.0. Ja bylam na koncu- ze mam „balagan na biurku”. Nawet zrobil zdjecie i zamachal mi przed nosem komorka. Zeus swoim trojzebem nie poszarpalby mi jelit tak jak ten numer. Mialam biurko prawie 3 metrowej dlugosci, 6 szuflad na teczki z formularzami, wlasne smieci, dlugopisy i inne manele, 4 wiszace na scianie pojemniki na dokumenty i jedna strone biurka cala w teczkach kontraktow w porzadku chronologicznym. W ciagu ostatnich 3 tygodni stracilam biurko, przenioslam sie na inne, potem mniejsze, potem na stol kuchenny ktory po dwoch dniach doslowienie sprzedal mi spod tylka na Ebayu, od dwoch dni siedze przy jego biurku. Mam dwa wielkie kartony dokumentow, szafe z fakturami za ostatnie 6 miesiecy, wszystko stoi pod biurkiem bo nie ma gdzie tego dac. Moje biurko na 50 centymentrow dlugosci. Jak mam pracowac pomiedzy nieustannym pakowaniem sie i rozpakowywaniem? Jednego dnia przesuwali moj stol kuchenny 3 razy! Za kazdym razem rozlaczanie elektroniki, wrzucanie wszyskiego do pudel i tak apiac w kolko. Kazda kupka teczek i dokumentow n=ma swoje miesce nawet na takim malym biurku- a to faktury niepoplacone, a to poplacone a to godziny pracy instalatorow do wprowadzenia do systemu, tam kontrakty zamowione, tam nie zamowione…. Jakbym nie miala porzadku w tym pierdolniku pokrytym kurzem to bym sie dawno nie pozbierala.

Maly Szef dostal apopleksji wersja 1.0, rozwojowa po szale wersja 3.0.

Wstal z krzesla, zaczal szukac butami, lazik tam i spowrotem, krzyczec ze on nie musi, ze nie musial nam robic remontu w biurze z okazji remontow w showroomie, wydal na nas 50 000 funtow, kupuje nam sniadania a my jestesmy niewdzieczni! On wstaje o 5 nad ranem od dwoch miesiecy, stara sie a my co? No co? I sniadanie jemy w pracy? To przychodzcie sobie 30 minut wczesniej- patrzcie na A. On przychodzi do pracy o 7:30 nieproszony, pracuje do lunchu, wychodzi na godzine, wraca i pracuje do 19:30 nieproszony.

-Ale on nie ma rodziny, ma 25 lat, mieszka z rodzicami, praca to jego jedyne zajecie, wsiada do auta i za 3 minuty jest w domu gdzie pakistanska mama stawia mu przed nosem gotowy obiad. Ja mam dzieci do odwiezienia do szkoly, do domu 20 kilometrow, zaledwie 30 minut przerwy podczas ktorych (z astma) mam do Tesco 12 minut w jedna strone na piechote, 6 minut zeby cos kupic do jedzenia, 12 minut do biura i nie zostaje mi czasu tego zjesc. Po pracy jade do domu ugotowac obiado-kolacje dla 5 osob i spedzic z dziecmi 2,5 przed pojsciem do lozka. Podczas mojej 30 minutowej przerwy w biurze, odbieram telefony z pelna buzia, przyjmuje polecenia i wlasciwie nie mam tej przerwy. Nie ma gdzie pojsc bo okolice to hurtownie i sieciowki, najblizsza lawka w parku jest za kanalem, 10 minut drogi stad. Moge usiasc na krawezniku zeby dac do zrozumienia ze mam przerwe. – obie z Instalatorka stracilysmy nerwy.- A kto nie docenia tego co dla nas robisz? Pracujemy w syfie, organizujemy kartony, transport, godzinami sortujemy zawartosc szaf, targamy meble, robimy obicia, szukamy w sieci mebli ktore sie nam podobaja, pomagamy ekipom ktore pracuja nam pod nogami, mamy wlosy sztywne od kurzu, produkujemy dziennie dziesiatki kubkow z herbata i myjemy naczynia w ilosciach ktorych nie powstydzilaby sie niejedna restauracja. A przy okazji pracujemy i robimy wszystko co co normalnie w warunkach ktorych odmowiloby niejedno biuro pelne sekretarek.

-Nie bedzie juz sniadan! Nie bedzie juz nic-nie-bedzie! Ja wam sniadanie kupuje nawet raz w tygodniu czy cos! Nie bedzie! Nie ma pogaduszek, telefonow, ja tu buduje firme warta 3 miliony! Talerza na stole tez nie bedzie, w kuchni nie bedzie odgrzewania jedzenia, to ma byc showoroom a nie kantyna w supermarkecie!

No zglupial. Juz wiecej nic nie powiedzielimy bo nie byalo sensu, ulalo mu sie z jakiegos tajemnego organu w ciele i nie przestawalo leciec. Potem nawrzeszczal na nas ze Pani X zamiast zaplacic za okna ktore wlasnie mielismy jej wstawic, zaplacila 6 000 funtow weterynarzowi za ratowaniue psu zycia- BEZ KONSULTACJI Z NIM! MALYM SZEFEM! I co my na to?

Problem polega na tym, ze nas interesuja tylko pieniadze ktore dostajemy na koniec miesiaca. Jezeli kobieta jest w chwili obecnej niewyplacalna to nikt nic na to nie poradzi. Bedzie wyplacalna- zaplaci. Gowno sie przytrafia. Ale my nie bedziemy spedzac nieprzespanych nocy bo Pani X uratowala psu zycie za nowe okna. To cena posiadania wlasnego biznesu. Z drugiej strony- ja dopinguje Pani X, wiec mam mu odpowiedziec na pytanie „co ja bym wybrala” mowiac, ze 6 miesiecy temu, gdybym miala pod reka £6k zeby uratowac Bostona- zrobilabym to bez wahania?

Maly Szef nienawidzi zwierzac a psow w szczegolnosci bo (tu nastepuje cytat z oryginalu) „niuchaja mu krocze”, Instalatorka wierzy w koty, psy sa fuj a Carlitto ucieka na widowk kazdego pluszaka. Uciekal raz na koniec pokoju kiedy jedna taka przyniosla w klatce kroliki ktore mial wziac jeden z instalatorow. On ma 5 psow, 2 koty, weza, 3 kury, 2 wspomniane kroliki, gekona i rybek cale lawice. Lubimy sie i robimy na zlosc towarzystwu rozmawiajac o zwierzetach.

Ale do brzegu.

Siedzielismy i patrzylismy jak na wariata. Wyszlismy z nosami na kwinte i jak kocham bogow Sumeru- do konca dnia nikt sie do nikogo nie odezwal. Czulismy sie ponizeni, upokorzeni, oskarzeni o cuda wianki, co tam tylko jest na skladzie w slowniku psychologicznym. W poniedzialek ulalo sie nam po weekendzie przemyslen i dowiedzialam sie, ze nigdy wczesniej Maly Szef sie tak nie zachowywal. Zamknelismy drzwi do biura i wylalismy wlasne zale. Opinie nie byly podzieloe – „lac na cwoka” i tyle.

Caly tydzien chodzi i probuje nas rozsmieszac. Nie dziala. Nosimy pudla, pracujemy, mopujemy nowa pogloge, beznamietnie patrzymy jak skladaja nasze nowe meble, ktore mialy byc powodem do frajdy i ekscytacji a staly sie karta przetragowa. Bo Maly Szef patrzy na nas jakbysmy wlasnie mieli rozpakowywac pierwszy w zyciu rower znaleziony pod choinka a widzi kompletny brak rekacji. Kara. Ktos w tym towarzystwie musi poczuc sie lepiej.

:/

 

 

 

 

 

Nie ma szalu

Zwykły wpis

Teraz bede pisac czesciej. Poniewaz przerwa w pracy wiaze sie z siedzeniem za tym samym biurkiem i unikaniem odbierania telefonu przez 30 minut, polaczone z jedzeniem goracych zupek chinskich i przewijaniem Facebooka, postanowilam, ze bede w tym czasie blogowac. A wiec spodziewajcie sie zalewu informacji z radiostacji Kokainki.

Ktos ostatnio wspomnial w komentarzach, ze widac, slychac i czuc ze czuje sie dobrze w mojej pracy. I prawda to zaiste choc jest jeden niespelniony warunek- nie ma pasji.

Nie ma chorych ludzi, moczu, krwi w fiolkach, wynikow wymazow, psychiatrycznych konsultacji i autentycznej troski o drugiego czlowieka. Przynajmniej z mojej strony. Nie ma tej zapierajacej dech w piersiach satysfakcji ze pomoglo sie komus w autentycznej potrzebie, ulzylo w bolu, pomoglo poczuc sie lepiej. Tak zaprawde mysle, ze Bog mnie pokaral odbierajac checi do kucia jak glupia w liceum- dzisiaj moglabym byc lekarzem i bylabym najbardziej spelniona osoba w zyciu.

Nie ma szalu bo nie ma pasji. Nie ma pasji bo to w koncu drewno, plastik i szklo. Jest fajnie bo pracuje sie dobrze, duzo sie dzieje i zyskuje mnostwo doswiadczenia ale lapie sie na tym, ze nazwiska klienotw nic dla mnie nie znacza. W Przychodni pamietalam imiona, nazwiska, nawet adresy, leki, choroby, osobiste preferencje… Jakos samo zapadalo w pamiec. Tutaj, klient to wlasciwie nazwisko na wydruku, nie rozmawiam z nimi przez telefon, nie widze ich twarzy, nidgy nie spotykam osobiscie. Z tego powodu nazwisko nie zapada w pamiec o ile nie jest to klient wredny lub szczegolnie wymagajacy. A to tez idzie w niebyt tydzien po zalatwienieniu papierkowej roboty…

Wpada, wypada, pozamiatane.

Ale przynajmniej bedziemy mieli teraz pikne biuro. Od tygodnia codziennie przenosze sie z miejsca na miejsce z moimi manelami i praca przypomina kemping na swiezym powietrzu ale juz niedlugo dostaniemy nowe meble, biurka  (zaprojektowane przeze mnie! ), nowe oswietlenie, drewniane sciany itp. Czyli nie bedzie szalu ale przynajmniej w ladnym otoczeniu.

 

Duzo drzazg z Austrii

Zwykły wpis

Mam ten pomysl na lazienke i dzis zdarzyl sie cud logistyczny.

Lazienka ma wygladac jak kabina na statku- drewniany sufit, potem w dol- sciana w kolorze „Karaibskiego horyzontu o 7:00 rano w dzien letniego przesilenia”, potem pojedynczy rzad kafelkow w kolorze „Kamien wegielny pod Katedra w Cantebury”, potem wanna  z takim samym jak sufit, drewnianym panelem i drewniana podloga. Sciana z lustrem i umywalka w drewnie, prostokatny ceramiczny zlew wmontowany w super gruby kawal dechy, lustro w drewnianej ramie. Kolka na reczniki, papier toaletowy i tym podobne ustrojstwa ze stare stali, w stylu recznie ciagnietego zelaza, wiecie.

I skad wziac tyle drewnianych desek, ktore sa zwykle obrzydliwie drogie w UK? Deski z rusztowania ktorych uzylam do zbudowania kuchni sa za grube zeby polozyc je na podloge i nie musiec wstepowac do lazienki jak do konfesjonalu…

I wczoraj przyjechala do nas do Firmy wielka (serio-WIELKA) dostawa nowych super-duper-wyjechanych drzwi przesuwanych do nowego Showroomu. Wszystko z Austrii, zapakowane jak jajko w podroz dookoloa swiata. Po rozpakowaniu zostaly nam wyjechanie wielkie drewniane palety do pionowego transportu z ktorymi nie wiadmo co zrobic.

Ja wiem! Ja wezme! Moja lazienka! Moja lazienka!!

W ten sposob austryjackie lasy, przeformowane przez firme INTERNORM stana sie sponsorem mojej nowej pieknej lazienki.

20170404_133733

Teraz spedze kilka tygodni na polerowaniu desek, bejcowaniu i lakierowaniu…

Z ekscytacji nie moge usiedziec na krzeselku!

Od razu zadzwonilam do Susla, ktory jak sie okazde ponizej posiada mase przerobowa odpowiedniego kalibru i juz przyjechali ciac i rozkrecac. Nie pytam jeszcze w ktorym dokladnie miejscu naszego patio i ogrodu jest miejsce na caly ten las w plasterkach ale czego nie robi sie dla sztuki. 🙂

A Susel ma mase przerobowa bo nie tylko posiada teraz pomocnika ale i wlasnego vana oraz wlasna firme Budowanie/Malowanie/Dekorowanie/Co Tam Chesz.

Czyli taki kolejny krok w przoud w dziejach Kokainki i Susla w UK.

Jakis czas temu Dobrzy Ludzie ktorych znamy i podziwiamy, poprosili Susla o zamontowanie nowych drzwi do garazu. Ze wskazowkami od Specjalistki Okienno-Dzwiowej (tu wstawic mrugniecie okiem), drzwi garazowe zostaly wmontowanie z sukcesem i nawet ladnie. Potem zainstalowal Dobrym Ludziom halogen przed garazem… a potem zalatwilam stawianie scianki dzialowej w domu na sprzedaz u jednego takiego z Firmy. Przyjechali, w dwa dni postawili scianke, pomalowali oba pokoje, dokrecili cos tam jeszcze, umowili sie na budowanie sz==komorki w ogrodzie i parkinkgu na rowery i pojawila sie mysl o zalozeniu „jednoosobowej+pomocnik” firmy, ktora moglaby w koncu zastapic chodzenie do pracy 7-16. Dobrzy Ludzie, jak sama nazwa wskazuje podlapali pomysl i zaproponowali prywatna pozyczke. Pozyczke wzielimy, do splacania 15% z kazdej roboty do konca splaty kwoty pozyczonej. Kupilismy vana, troche narzedzi bo wiekszosc i tak juz mielismy. Firma zostala zarejestrowana, ma logo, strone internetowa, niedlugo nawet naklejki na auto, wizytowki i ulotki. I juz pracuje- Susel z Paprykiem.

Papryk?

Z Polski, od znajomych sprzed lat, Susel sprowadzil do UK chlopaka zaraz po szkole, ktory nie widzial przyszlosci w kraju. Od dwoch miesiecy szuka pracy bo z angielskim slabo. W wyniku turbulencji zakwaterowania zostal jednak bez pokoju. Postanowili pracowac razem i razem rozwijac firemke tak aby za rok zatrudnic jakiegos kafelkarza, hydraulika itp. Ale jak na razie chlopak szuka pokoju i spi w naszym vanie. Jest chorobliwie niesmialy, nie chce sprawiac klopotu i ma materac w vanie zaparkowanym przed naszym domem mimo, ze moglby spac na sofie. Ale szanuje wybor. Chlopak ma twardy tylek, podziwiam. Razem jezdza na roboty, ja gotuje, kreci sie.

A teraz beda mi wiercic dziury w lazienkowym suficie. 🙂

Alert wykrycia treningu

Zwykły wpis

Mój telefon wykrył trening i jest w takim szoku że aż wslal mi alert. Może myśli ze został ukradziony i teraz będzie musiał trenować z nowym właścicielem?

A ja tylko wykorzystałam ładną pogodę poszłam do Tesco po coś do zjedzenia. 

Telefon nic nie podejrzewa, bo nie ma oprogramowania do oglądania reklamówki z zakupami ale moze ten wpis dokonany z telefonu da mu do myślenia, ze nie, nie zostal ukradziony. 

Trening był ale były tez Michałki. 

Japonski rytual parzenia herbaty

Zwykły wpis

Przeniesli nam czajnik do biura. Czajnik byl symbolem wolnosci, chwili kiedy myslisz sobie ze jak przyjdzie jeszcze jeden email to splyne z krzesla, przeleje sie przez podloge jak kosmiczny blob, przecisne sie przez szpary w ramie okiennej i odplyne w sina dal. W takich chwilach wstawalo sie z krzesla z pytaniem:

-Komus naparek?

I zbieralo zamowienia na herbate, im wiecej tym lepiej. Bo im wiecej kubkow tym wieksza szansa ze trzeba bedzie dogotowac jeszcze jeden czajnik wody a to zajmuje czas.

Czajnik stal w „kuchni”. W koncu showroomu stoi oranzeria. Prawdziwa, z oknami i szklanym dachem, w srodku pomieszczenia, na pierwszym pietrze. W kazdym razie, w srodku jest wszystko co zwykle jest w kuchni oprocz gazu w kuchence. Nie ma tam takze zasiegu komorki ani bluetootha. Taka oszklona klatka Faradaya. Tym lepiej dla psychiki, bo kiedy szlo sie robic ta herbate, nie moznabylo brac ze soba telefonu, bo po co?

Stalo sie i patrzylo jak czajnik kumuluje babelki, jak powoli narasta szum… a wokol nie ma ludzi, nikt cie nie widzi. W tym czasie z tego co wiem jedna z nas wykorzystwala idealny moment na puszczanie bakow, ja odstawialam taniec Swietego Wita zeby rozprostowac kable. Potem dopiero ustawialo sie 10 kubeczkow i do kazdego, metodycznie wrzucalo sie torebke herbaty, do jednych cukier, do innych nie, czasem kawe, bezkofeinowa, jak mantre powarzajac sobie ktora jest dla kogo. Japonska celebracja parzenia herbaty w calej krasie. Wyciskanie torebki, wysickanie wolnosci z czasu na parzenie czajnika wody… Miseczka na torebki wycisniete, jednym tylko chlupek mleka, innym pol kubka, mieszanie, ustawianie na tacy, wycieranie blatu… czas i relaks….

A teraz przeniesli nam czajnik do komorki 1×2 metry w biurze do ktorej wpakowali tez mini zmywarke , mini lodowke, mini zlewik. Katastrofa.

Nawet nie bedzie gdzie rozprostowac kabla ani puscic baka na pelen regulator. Teraz wyjscie z pokoju bedzie rowne z wyjsciem na siusiu albo z pracy. Celebracja parzenia kawy stanie sie bezcelowa, fizjologiczne nawilzanie organow wewnetrznych, zadnej magii. Nawet parzenie herbaty dla innych stanie sie krepujace bo po co prosic o herbate skoro mozna wstac i zrobic to samemu. Poki byla daleko, wysylanie kogos mialo sens. Teraz bedzie to krepujace. Wszyscy beda tak siedziec jak kumple w jednej celi, siusianie po prawej, telewizor tuz obok sedesu.

Katastrofa

Skoro można, to czemu nie?

Zwykły wpis

Kim chciałbyś zostać gdyby dane ci było wybrać absolutnie każde możliwe zajecie?

Moja lista byłby absurdalnie długa: astronautą naukowcem, astronomem, chirurgiem, lekarzem zwykłej maści też, pisarką, malarką i ogólnie artystką od wszystkie co cieszy oko, zagrać w filmie SF, dekorować wnętrza, naukowcem każdej możliwej dziedziny, tworzyć grafiki, uczyć dzieci, projektować co popadnie, organizować co się da.

Niełatwo jest być człowiekiem Renesansu. Całe życie płynę w nieustającym nurcie nowych pomysłów i kolejnych rzeczy, które nauczyłam się robić, odfajkowałąm i rozglądam się za kolejnymi. I za co się nie złapię, ludzie wokół mówią, że powinnam być …… (tu wpisać któreś z powyższych). Ale pozostaje kwestia tego za co można dostawać pieniądze na chałkę i waciki. Pieniążki dają za robienie rzeczy nudnych. 😉

W ostatnich miesiącach miałam co prawda szansę na stanie się na chwilę specjalistką od organizacji podróży zagranicznych, projektantką wnętrz i tapicerką. Tapicerniczką? Nieważne. Ale mój szef dziwi się mojej kolejnej umiejętności i szacunkiem wyraża się o zdolnościach i ukrytych opcjach i nadal patrzy jak fajkuję okienka. Powinien mnie sprzedać jakiemuś znajomemu od marketingu czy czegoś tam. Nawet jak niewolnicę, pokażę zęby. Ale nadal patrzy jak fajkuję okienka.

Lubię swoją nową pracę, nie narzekam bo nie jest nudno, codziennie dzieje się jakaś inna katastrofa i czasem muszę odkopywać się z lawiny śnieżnej, czasem siedzę i patrzę jak szuflują inni. Nudno nie jest ale też nie tworzę nic nowego. Owszem- tworzę bo to ja zamawiam okna i drzwi, dopracowuję szczegóły, dbam o detale i powoduje, że coś się staje- ale ja tego nie widzę. Nie widzę efektu końcowego swojej pracy bardziej niż bankier, który wciska guziki i robi przelewy ale nie widzi tego na co pieniądze są wydawane. Więc cała satysfakcja idzie w kanał. Słyszę co prawda jak klient dziękuje za świetną robotę całej Firmie itp. Ale mnie to nie zadowala. Nie mogę dotknąć tych drzwi- kiedy stoją na dole w magazynie, zawinięte w folię, wyrwane z kontekstu, nie zamontowane w miejsce swojego przeznaczenia a ja pytam czy mogę iść je obejrzeć– pytają się ze zdziwieniem po co? No bo właściwe po co?

W tym miesiącu w biurze wielki remont. Podczas gdy showroomy są imponujące, miękkie dywany, klinkiery, halogeny i fontanny ambrozji to biuro trochę szokowało zaklepaną błękitną wykładziną, kartonami z klamkami i zawiasami w każdym kącie, uszczelkami wijącymi się z kartonów upchanych pod biurkami. Problem polegał na chomiku. Chomik Carlitto, to jeden z moich kolegów który ma wyjątkowy problem z chomikowaniem i rozstawaniem się z zachomikowanymi dobrami- po prostu wszystko gromadził, ale na pytanie czy mamy jakieś zaślepki do parapetów w kolorze oddechu słonia, okazywało się, że nie i musze zamawiać.

Chomikujący wiedział, że zbliża się remont, ale nie spodziewał się, że wraz z remontem pod kosę pójdzie jego składzik dóbr doczesnych. W piątek w zeszłym tygodniu wstąpił w związek małżeński i z okazji tygodnia miodowego w Rzymie, razem z Instalatorką wzięłyśmy kartony i bezlitośnie wypierniczyłyśmy mu wszystko co na drzewo nie uciekało- katalogi firm budowalnych, klamki, zawiasy, kołatki, zaślepki, zaszczepki, kłódki, uszczelki, gumy i gumki, zatyczki, śruby, gwoździe, wkręty, klucze imbusowe, suche próbki farb, otwarte i twarde silikony, stare faktury, dowody dostawy, plastikowe żaby, żarówki i opakowania po sucharkach. Bez przekoloryzowania.

Płakał po powrocie jak dziecko. Do tego przesunęliśmy wszystkie biurka na środek pokoju, na kupę, każdy mieszka w kartonie i plastikowym pojemniku wielkości wiadra w którym ttzyma swoje manele i długopisy. Wrócił na pobojowisko a jego od lat składana kupa skarbów lezy na dnie skipa i moknie na deszczu.

A my koczujemy na kupie złomu bo stare biurka wielkości lotnisk poszły na złom, nowe przyjadą za dwa tygodnie a miejsce trzeba było zrobić bo już w przyszłym tygodniu wpadnie ekipa która zrobi wokół nas raj na ziemi- ściany w cegłach, oświetlenie industrialne w postaci dmuchanych żarówek, wygodne biurka oddzielone ekranami, zawieszone monitory, wysuwane szuflady na długopisy i wykałaczki, zmywarka w kąciku do kawy, lodówka, umywalka w zamykanej kanciapie., Na ścianie przeogromny telewizor będzie wyświetlał stan zamówień, papiery znikną z biurka, tomy teczek pójdą w szuflady. Wszędzie nowocześnie i stylowo a biurko- główny punkt biura jest mojego projektu. Mały Szef zatrudnił Wielka Firmę, która za 4 tysiące funtów zaprojektowała mu biurko, stworzyło wizualizację trójwymiarową do oglądania w okularach Googla- tylko po to, żeby okazało się, zże to nie biuro tylko cygański tabor dla półmózgich operatorów centrum obsługi klienta. Wyśmiałam i zaczęłam tłumaczyć, że tu pracują ludzie a nie roboty. Szef wyczuł i odesłał Wielką Firmę przemyśleć projekt. Przyszedł do mnie i spytał jak ja to widzę. A więc mu pokazałam na rysunku który odręcznie wysmoliłam w czasie przerwy na kluski z sosem. Doznał szoku na widok projektu, który uznawał styl pracy wszystkich zainteresowanych, przewidywał ustawienie mebli najczęściej używanych, kierunek padania światła z okien itp. I podziękował Wielkiej Firmie. Meble sobie wyszukał tak, żeby pasowały do projektu, za 6 tysięcy,  znalazłam takie same za 4 tysiące, zamówił, zapłacił. Przyjdą za dwa tygodnie. W tym czasie w pokoju obok trwała wielka rozpierducha biura sprzedaży, kucie, rwanie podół, podnoszenie sufitów. W toku wyszło na to, że nie pomyśleli kto im zrobię siedziska do ław, które zaprojektował Mały Szef dla klientów. Wielkie Otwarcie zbliża się milowymi krokami a siedzisk nie ma. No wiec coś mi się wymsknęło, że to proste- deska, gąbka, szmacą, pif-paf i już. Dał mi kartę, kazał iść do sklepu, kupić co trzeba plus pif-paf i wróciłam po vana bo sama bym nie zaciągnęła materiałów. W piątek, między wysyłaniem i otrzymywaniem maili, zaniosłam wszystko do kuchni, puściłam Rammsteina na cały regulator i w 3h zrobiłam siedziska na ławy. Zamówiłam materiały na oparcia w przyszłym tygodniu będę kontynuować.

W październiku, w trzy dni zorganizowałam Małemu Szefowi i Drugiej Ręce wizytę w Polsce, w trzech miastach i czterech fabrykach, łącznie z lotem, biletami, rezerwacjami w hotelach, obiorem, dowozem, kierowcami itp. Jak po sznurku.

A na co dzień, nadal fajkuję okienka.

I chcę założyć własną firmę, w ramach której będę produkować biżuterię z cementu, metalu i żywicy. Bo przecież ja mam tyle wolnego czasu i jestem taka niespełniona, że świerzbią mnie rączki. 😊

A rączki bolą od tego wszystkiego w nocy tak, że śpię w szynie Douglasa. Lewa ręka po operacji odzyskała pełną sprawność, na pocięcie prawej nie mam wystarczająco dużo ikry.

Wrzucę zdjęcia jak skończę się realizować w tapicerni.

 

 

Polipatologia

Zwykły wpis

Przyszła wiosna a wraz z nią jakaś ochota ja dzielenie się przemyśleniami. Może po prostu rzeczywistość wokół nas jest ostatnio tak rozjechana, że nawet Kokain włazi z nory, niucha wokół niespokojnie i zastanawia się skąd tak śmierdzi?

Polipatologia, oczywiście.

Ale po kolei.

Po decyzji w kwestii Brexitu, z dziury w ziemi wylazły jakieś dawno uśpione potwory. Albo nigdy wcześniej niewidziane monstra, sama nie wiem. Nagle ze świata, który dotąd, w jakim dziwnym młodocianym, naiwnym zwidzie wydawał się uporządkowany, na poziomie, nawet odrobine zalatujący profesjonalizmem, w ciągu niecałego roku przekształcił się w niezrozumiały, migający obrzydliwościami korowód absurdów i niedowierzań.

Wiem, że też tak macie.

Najpierw był Brexit i na własne uszy słyszane glosy, że Wielka Brytania jest tak silnym i bogatym krajem, że nie potrzebuje niczyjej pomocy i sama sobie poradzi. Tłumaczenia w owym czasie, że w nowoczesnej rzeczywistości kraje są jak tratwy na środku oceanu. Póki związane jednym sznurkiem, wymieniają się sucharami i wiosłami, poty jest szansa zobaczyć lad na horyzoncie. Ale jeśli jakaś tratwa postanowi przeciąć w nocy sznurek i radzić sobie na własne ryzyko, może się okażą, że na pokładzie zostanie tylko szalony kapitan, bezzębny majtek, jedno wiosło i otwieracz do konserw. Konserwy zostaną na innej tratwie.

Pomyślałam wtedy, że to taki chwilowy wybryk natury, potknięcie intelektualne, fenomen. Ale jak okazało się w ciągu kilku następnych miesięcy, głupota jak wirus Zika zaatakowała umysły i zatruła myśli ludzi w najważniejszych ostojach demokracji na świecie. Z niedowierzaniem obserwowałam jak Trump staje się prezydentem- zaprzeczeniem absolutnie wszystkim wartościom o jakie walczył amerykański naród ameryka ński od czasów wojny secesyjnej. Wybrano człowieka głupiego, próżnego, złego i zapatrzonego we własne odbicie jak w obraz. Jak ludzie mogli tak oślepnąć? Jak mogli sprzedać własne wartości, co się stało i kiedy? Jeszcze 20 lat temu przywiązywano uwagę do tego jaki krawat ma prezydent, czy żona uśmiecha się wystarczająco charytatywnie, czy palił trawkę na studiach, czy oprawki okularów nie wyglądają zbyt pretensjonalnie w przemowie do ludzi ubogich. Ile miał dziewczyn w liceum i czy któraś przypadkiem nie skończyła jako gwiazda porno? Nagle cały ten cyrk przestał istnieć- pojawił się gruby wieprz, z pomarańczową twarzą i tlenioną sieczką włosów, z podwójnym boczkiem pod brodą, w czerwonym krawacie, rozpiętej marynarce, który nie potrafi posługiwać się językiem angielskim, nie ma pojęcia o polityce, o biznesie też nie bardzo. I takiemu wielkokrotnemu bankrutowi, rasiście, szowiniście i oszołomowi z syndromem narcyza oddano we władanie USA, w pakiecie oddając mu również symboliczny czerwony guzik masowej destrukcji.

Właściwie można powiedzieć, ze przycisnął go tak szybko jak tylko usiadł w fotelu- obcina fundusze, blokuje granice, zaprzecza faktom naukowym, zamyka strony naukowe internetowe, pieprzy głupoty, o niczym nie ma pojęcia i zachowuje się jak obrażone dziecko lub gwiazda filmowa.

Skąd ja to znam?

Trump jest jednoosobowym uosobieniem wszystkiego tego czego nienawidzę w obecnej polskiej polityce. Tak jakby rozłożyć Trumpa na części pierwsze, na wszystkie te oślizgłe trybiki, rzucić je w powietrze i zobaczyć w co się ułożą po upadku. W Polsce, na tronach Pańskich zasiadają małe, skromne klony Trumpa- uosobienia kompletnego zdurnowacenia współczesnego społeczeństwa. Jeden jest głupi, inny bezczelny, inny chory psychicznie, kolejny zapatrzony w lustro, inny w Matkę Boską Lamentującą. I nie wiadomo co gorsze- strzelając do Trumpa można ustrzelić jedną kaczkę na kolację ale w Polsce trzeba by strzelić wielokrotnie, ze śrutówki z kośniętym celem, żeby mieć szansę ustrzelić chociaż połowę tego zrogowaciałego towarzystwa. A mnożą się w tempie zastraszającym i nie widać zapowiedzi poprawy. Pod tym względem ubolewam nad istnieniem Internetu. Lata temu, jakaś mądra głowa napisałaby sążnisty artykuł do gazety, naród miały co przeczytać i przemyśleć sprawy- byłoby o czym porozmawiać na klatce schodowej bo wszyscy przeczytaliby to samo. A w dzisiejszych czasach niestety wygląda na to, że pisać może każdy, o wszystkim a funkcją społeczeństwa jest w zasadzie czytanie tego, dzieleni się i komentowanie pod postami. Z jakiegoś powodu Facebooki Twitter  stał się polityczną areną wrzawy i sporów politycznych na całym świecie oprócz Korei Północnej. Tam nadal strzelają w głowę za własne opinie.

A podczas gdy stojąc przy korytarzowej barierce, nie przyszłoby nam do głowy kopnąć sąsiadki i patrzeć jak turla się w dół po schodach za wyznawanie wiary PIS, tak w sieci można kopnąć w twarz właściwie każdego. I bez większych konsekwencji bo podczas gdy Ośrodki Ścigania zachowań ksenofobicznych i innych insektów może i miało jakiś sens dwa lata temu, dziś goni w piętkę, niezdolne do podawania do prokuratury każdego piewcy nienawiści jakiego spotka na swojej drodze. Kończy się papier na listy do Prokuratury, Prokuratura ma to w dupie i cierpi na naciski z góry, hejterzy robią swoje, naród skacze sobie do gardła, politycy dolewają benzyny do ognia i patrzą jak wysoko lecą iskry. PIS siedzi i w tym wszystkim piecze na kilkach swoje kiełbaski wyborcze i pogrąża kraj w chaosie.

Póki siedzieli cicho w swoim własnym kurwidołku samozadowolenia można było jeszcze mieć nadzieję, że niedługo, już za lat parę, skończy się ten koszmar. Ale ostatnie tygodnie dowodzą, że wężowisko się rozrasta i co poniektóre osobniki muszą po prostu wyleźć z gniazda. I jeżdżą po Europie, sieją słomę na prawo i lewo a mnie ludzie się pytają co się właściwie w tym naszym kraju dzieje?

Co mam powiedzieć? Że polski naród upadł na łeb ze sporej wysokości i ja się od tego odcinam czerwoną kreską?

Co mam powiedzieć? Że mamy zaczątki katolickiego faszyzmu? Że cofamy się na oczach świata w mroki średniowiecza a taki niby mądry naród stoi i patrzy jak robi się z nas idiotów?

Żaba wrzucona do wrzątku wyskoczy z garnka i ocali życie. Żaba wsadzona do garnka pełnej zimnej wody, nie zauważy nawet, że temperatura wzrasta i da się ugotować żywcem. Tak Żydzi szli do gazu. Tak Polacy stoją i patrzą, jak odbiera się im ciężko wywalczoną wolność.

Nie, nie byłam na wyborach i nie, nie wstydzę się tego. Uznałam i nadal uważam, że nie w porządku jest iść na wybory i decydować o życiu i przyszłości kraju, w którym nie żyje już 11 lat. Nie znam realiów, nie czuję już tematu. Będąc latem w Polsce zdałam sobie sprawę, że nie tęsknię (kiedy tęsknię) za Polską, która jest tam cały czas, gdzieś na kanałem La Manche, cały czas taką samą. Polska zmieniła się tak bardzo pod moją nieobecność jak Wrocław od 2006 roku. Tęsknie za wspomnieniami, za miastem i krajem ze swojej pamięci, nie za miejscem, które jeszcze gdzieś istnieje. To świat w mojej pamięci, stanowi zasuszony kwiatek sentymentów.

Mieszkając u przyjaciół przez 2 tygodnie zrozumiałam, że ich problemy są już mi dalekie, rodzaj i skala ich i naszym problemów jest tak różna, że chodzenie na wybory beż świadomości tej różnicy byłoby po prostu bezczelnością. To dla mnie zaprzeczenie słów „Nic o nas bez nas”.

Ale podczas gdy normalni ludzie mają przemyślenia i moralne dylematy, nienormalni ludzie mają powyższą sentencję w dupie i decydują o przyszłości mojej i moich dzieci.

Nasza polityczna sytuacja jest jak kołderka w patchworki- każdy ma inny status. Dlatego, na wszelki wypadek, bez żenady i moralnych dylematów postanowiliśmy po prostu, że odetniemy się o Polski ostatecznie. Odkładamy już pieniądze na brytyjskie obywatelstwo dla mnie- póki jedno z nas będzie miało brytyjski paszporty, reszcie krzywda się nie stanie. Gaby dostanie swój brytyjski paszport automatycznie, Maja będzie bezpieczna z racji mojego paszportu. Suseł, póki nie odłożymy na drugi obywatelstwo będzie również. Rodzicielka może zawsze zostać na zasadzie gościa, bo nie będzie musiała się martwić o „utratę prawa do pracy” czy inne teoretyczne bzdety.

Nie wrócę do kraju. Nikt za mnie nie zadecyduje. Ci którzy będą musieli wrócić, będą kupować bilety lotnicze prosto na Okęcie- autobusem pod Sejm, z pochodniami i widłami. Bo chyba nikt z PISiorów nie zdaje sobie sprawy, że próbują zmusić 4 miliony obywateli do porzucenia szczęśliwego życia za granicą, utraty właściwie wszystkiego na co zapracowali i powrotu, do kraju który najpierw ich wypchnął „na obczyznę” nie dając możliwości godnego życia a teraz zabrał wszystko i każde zaczynać na nowo, od zera. To będzie 4 miliony bardzo, ale to bardzo wkurwionych ludzi.

Poczekamy zobaczymy. Suseł otworzył własną, jednoosobową firmę budowalno- dekoratorską i będziemy pakować kasę do słoja. Niecałe 1000 funtów i cały ten kram przestanie spędzać nam sen z powiek.

„I w przedpokoju, w półmroku

Gdzie lustro patrzy mi w twarz

Z koperty wypadł na podłogę

Żółty płatek głogu

Suchy płatek głogu

Kruchy płatek głogu”

 

[SM1]

 

Czas próbny

Zwykły wpis

Z czego sklada sie okno?

Z ramy, szyby i klamki. Prawda? 

Jakaz to nieprawda, jak sie okazuje moi mili Ludkowie. Tyle lat żyć w błogiej nieswiadomosci faktów drzwiowo-okiennych…

Uczę się na specjalistę od zamawiania okien i drzwi. Jeszcze trzy miesiące nie wiedziałam co to jest mullion, astragal bar, lever-lever, ovolo, chamfer…. w trzy miesiące moje słownictwo poszerzyło się o jakiś milion technicznych rzeczowników o których istnieniu nie miałam pojęcia. Do tego komplikacje jak: „low silver ali” albo „a rated tuff flemish krypton sealed unit” i inne podobne ustrojstwa. na poczatku czulam sie jak na pokladzie statku kosmicznego w czasie awarii uniwersalnego tlumacza. Z gory uznano, ze jestem super swietna i niejednokrotnie pozostawiano mnie mrugajacą nerwowo jednym okiem po tym jak dostalam szybkie polecenienod szefa ktore wtedy jeszcze brzmialo jkk:

-Zadzwon do ewolucji i spytaj jakie maja ołowiane czasy w tym tygodniu na splukane profile. 

Dzis to samo zdanie brzmi w moich uszach tak:

– Zadzwon do Evolution i spytaj o czasy produkcji ram gładkich.

Lepiej, chociaz dla zwyklego czlowieka to nadal plus minus bełkot szaleńca. 

Pelne trzy miesiace pracy dobiegly wlasnie konca. I wiecie co? Nie wiedzialam co to zycie. Nieustannie sie ucze, dowiaduje sie codziennie rzeczy o ktorych nie mialam oojecia kiedy rano otwieralam oczy, wszyscy pokazuja mi nowe rzeczy, pokazuja jak jest szybko i wygodnie, nie musze blagac o informacje, moge zadawac glupie pytania, te same pytania po 100 razy, sama organizuje swoja prace i ludzie dookola doceniaja moje pomysly, mam „swoj system” ktory nie gotuje nikomu krwi w zylach. Osoby z drugiej strony telefonu, z fabryk, chwala mnie do innych za pełne ogarnianie tematu, księgowa za błyskwiczne reakcje na jej prośby, Mały Szef prosi mnie o doszukanie się polskich producentów okien i drzwi drewnianych i w ciagu kilku tygodni staje sie posrednikiem w kontaktach miedzynarodowych i organizuje podroz do Polski! ze wszystkim, hotele, bilety, transport, wyceny…. Teraz Maly Szef pyta sie mnie O RADE!! Mnie! 

Mnie, mala, durną Poleczkę, ktorej wyciagano długopis z ręki żeby nie zrobiła krzywdy innym.

Bylam w zeszlym tygodniu na wieczornym wypadzie do pubu ze wszystkimi z pracy. Mialam nie isc. Mysl o żenadzie dwoch czy trzech godzin w towarzystwie osob ktore maja cie w dupie i otwarcie ci to okazują przyprawiał mnie o mdłości. Poszłam jednak wiedziona dobrym przeczuciem/wiarą w ludzkość itp i nie pożałowałam. Lekarze powinni uczyć się naj wyprawiać imprezy bez poniżania swoich pracowników, pracownicy powinni nauczyc sie jak chodzic na imprezy pracownicze nie poniżając się nawzajem.

Wszystko w cenie- pełen wybór z menu, napoje, drinki… a spróbuj odmówić! Jeden wielki stół przy którym toczyła sie jedna rozmowa a nie 10 rozmów przy stoliku „Lekarze i Zasłużeni”oraz „Zaproszeni z Konieczności”. Nawet nie wiem kiedy zrobila się 22:00. Rozmawiałam ze wszystkimi, o zyciu, o poslich oknach, o mózgu na chodniku i innych niefortunnych przypadkach, o jezyku…Przyszła również nowo zatrudniona dziewczyna do pracy w filli i od razu poczuła się jak swoja. Nie chciało się iść do domu. 

W zeszłym tygodniu widziałam się z Panikarą.

-U nas? A jak myślisz? Jak zawsze. J się zwalnia, powiedziała Managerce, że minął rok, wszystko jest po staremu a ona jest za stara na taką kiełbasę wyborczą. Podobno Managerka była zdziwiona i niepocieszona. Zdziwiona i niepocieszona. 

Niektórzy niczego sie nigdy nienauczą