Monthly Archives: Lipiec 2012

Olimpijsko i generalnie sportowo, że hej.

Zwykły wpis

Wspominałam Wam kiedyś, że kocham wkładać kij w mrowisko?

🙂

Aha, znacie mnie od lat!

No to będzie o Olimpiadzie.

-Olimpiada powinna być powodem do wstydu wszystkich cywilizowanych społeczeństw- powiedziała zadziornie Kokain.

-No co ty, duma narodowa, osiągnięcia, emocje, fair play… co ty mówisz, Kokain?

-To proste. Każdy sport uprawiany wyczynowo ma kilka celów i żaden z nich nie jest chwalebny. Po pierwsze- RYWALIZACJA. 10 000 osób zjeżdża się z rożnych zakątków świata, żeby przez 2 tygodnie obsesyjnie myśleć, skupiać się, dawać z siebie wszystko- żeby udowodnić sobie, koledze, drużynie i całemu światu- że jest się najlepsiejszym z najlepsiejszych. Jak pobiec szybciej i skoczyć wyżej, żeby być czempionem który przejdzie do historii? Jak zapisać się na kartach historii… o której 90% ludzi zapomni zaraz po zakończeniu zawodów a kolejne 5% nie dalej niż za miesiąc. Czy ktoś pamięta kto był Mistrzem Świata w piłce nożnej w 1995? Bez ściemy- kto pamięta kim był mistrz świata w miocie kulą w 1974 roku. Nikt nie pamięta? No to trochę bliżej? Z kim wygrała Hiszpania w tegorocznych Mistrzostwach Europy w piłce nożnej, prosze tu wyliczyć. aaaaaa…. pamięć ulotna jest jak ulotka, prawda? Ale Ego prężne i wrzeszczące wokół: JA NAJLEPSZY JAAA PATRZCIE JAKIE MAM OSIĄGI GDZIE MÓJ SZAMPAN MIERNOTY!?!

Ich życie to ciągła pogoń, każdy dzień precyzyjnie obmyślony i ograniczony do powtarzanie w kóło i w kółko tych samych czynności, ograniczanie swojego jestestwa do roli mechanicznie napędzanej zabawki. Kiedy sprężyna nie jest naciągnięta, psychika takiego człowieka kapcanieje bezpowrotnie.

I to żenujące współcelebrowanie na podium- Srebro i Brąz ZAWSZE czują się gorzej, mina miną, bohaterskie gesty swoją drogą a gardło ściska żal i obietnica, że następnym razem to JA i MOJE EGO staniemy piętro wyżej bo jego szampan jest słodszy niż ten tutaj.

Razem z pamięcią gaśnie sława sportowców i kiedy przestają być wyczynowcami, po latach ciężkiej pracy i wyrzeczeń… okazuje się, że są ludźmi zgorzkniałymi, schorowanymi, ze łzą w oku wspominający swoje osiągnięcia wzdychając do medali w gablotach i nie umieją znaleźć sobie miejsca w życiu. Nikt ich nie nauczył, że stanowią wartość samą w sobie, przez lata uwierzyli, że są tyle warci ile rozciągliwe są ich ścięgna, wytrzymałe mięśnie, pojemne płuca- sens ludzkiego życia sprowadzony do wydajności organizmu.

W biznesie pozostają Działacze. Działacz to taka maszynka do kręcenia pieniędzy. Sportowiec się kładzie, Działacz zaczyna kręcić korbą, wałkuje, wałkuje, drugą ręką odbiera smsy, pije kawę i zalicza konferencje prasowe, ze sportowca zostaje cienki wafel, który wrzuca się do kubełka i pod korbę podkłada się młodzika ze szkółki. I dalej kręci i kręci. Czasem jedną olimpiadę, czasem kilka… wytrzymałość sportowca jest ograniczona, Działacz może kręcić korbą do emerytury. Wtedy nazywa się Działaczem Zasłużonym i ma dożywotnią wejściówkę na wszystkie stadiony.

A na trybunach siedzi Kibic. To dopiero menda. Kibic kocha emocje Tu i Teraz, ma ograniczoną pamięć i leci na wszystko co brzmi jak sukces. Jakby dopingowanie mistrzowi świata stawiało ich na tym samym podium, czują się cudownie kiedy wygrywa ten, którego obstawiano od początku ale odwróci się zadem kiedy tylko ulubieniec nie trafi piłką do kosza czy zaliczy dupsko na lodzie.
-Zawsze mówiłem, że to cienias, gwiazdka jednego sezonu…

A Sportowiec polega na ludzkiej opinii jak na niczym innym. Kiedy przestają pisać w gazetach, trybuna buczy lub rzuca zgniłymi pomidorami- pod sportowcem kruszy się cienki lód.

Kibic kocha wydawać pieniądze których ma mało na gadżety, które pasą kieszenie Działaczy. Maskotki, czapeczki, kubeczki, szklaneczki, trochę uciechy dla mas w postaci Ceremonii Otwarcia, Ceremonia Zamknięcia już niewielu interesuje. Były emocje, teraz czas na kubełek.

A dyscypliny? Niełatwo czasami wyjść z pudełka i spojrzeć na własne opinie z perspektywy ale czy naprawdę poważnie sądzimy, że jest coś doniosłego w rzucie zaostrzonym kijem w trawnik? Albo, napełnianie dziury w ziemi wodą, do której wskakuje 10 facetów w gumowytch kondonkach na głowach, żeby mogli pływać tam i nazad? Albo miotanie żelaznym odważnikiem aż łapy wyrywa? Tarzanie się po plastikowej ceracie w spoconym uścisku innego faceta czy baby? Co jest doniosłego w bieganiu z wywalonym jęzorem i przeskakiwaniu przez patyki, które ktoś porozstawiał wszerz drogi? Czy bieganie z kawałkiem kijaszka w ręku, żeby oddać go czekającemu? Czy jak na to nie popatrzycie ne macie wrażenia, że taka impreza przypomina raczej cyrkową arenę, którą nawiasem też gardzę, z tych samych powodów tylko bardziej bo każą te wszystkie głupie rzeczy robić zwierzętom.

Czy ziemskie społeczeńswto jest naprawdę tak prymitywne i ograniczone, że bawią nas rozrywki z czasów gladiatorów? Serio? Szczerze?

Na Olimpijskie Kółka, mam nadzieję, że nie. I wyłączam telewizor.

Reklamy

Idziemy do szkoły!

Zwykły wpis

Maja odwiedziła wczoraj swoją nową szkołę. W przyszły piątek będzie kolejne spotkanie dzieci i pogaduszki nauczycieli z rodzicami. Maja bardzo się napaliła na szkołę, szczególnie jak powiedziałam, że będzie nosić do szkoły pudełko kanapkowe i picie. Umyśliła więc, że szkoła to miejsce pikników i dopilnowała dokładnie, żebym do plecaczka z Fifi zapakowała kanapkę „tlójkącik”, jabłko, rodzynki i picie.

Kocham tą jej pewność siebie i bezceremonialność. Weszła do obcego budynku, dała sobie zdjąć plecak i kurtkę i od razu wystrzeliła w salę gimnastyczną krzyczać:
-ALe faaaaajnie!
Pierwsza znalazła maluchy z zerówki, wpadła w kredki, dostała od pani własne imię-naklejkę na brzuszek i tyle ją widziałam. W pokoju śniadaniowym, od 9:00 do 11:30  sekretarki uwijały się podając kawę, herbatę, ciasto marchewkowe zebranym rodzicom, przymierzały i prezentowały mundurki na małym chłopczyku zadziwionym swoją nagłą popularnością.
-Ale ja już mam mundurek!

Ponieważ Maja, jak wszyscy wiedzą wzrostem grzeszy, musiałam poprosić, żeby ją przyprowadzić i zdecydować czy brać kurtkę przeciwdeszczową na wiek 7-8 czy 11-12. Pani poszła po Maję ale wróciła z pustymi rękami:
-Je tosta.
-Co robi?
-Je tosta.
-Je chleb z tostera??
– Owszem. ….. a normalnie tego nie robi?
-Nie. W życiu.
-Aha.

Okazało się, że pasuje kurtka 11-12, dziewczynki noszą tylko spódniczki, więc odpadł mój największy problem z dobraniem jej spodni- ma nadal duży brzuszek i nierozciągliwe spodnie gniotłyby ją w bębenek w czasie godzin siedzenia przy stoliku. Spódnicę można podciągnąć wyżej i brzuszek będzie czuł się o wiele lepiej.W tej kwestii  nic się nie zmienia, brzuszek rośnie razem z Mają i nawet ostatnie tygodnie podczas których Maja pokochała truskawki i odmawia sobie śniadania i obiadu na ich rzecz, nie schudła ani grama. Ona po prostu taka jest ale trochę mnie to martwi. Już zaczynam myśleć, że ma „pszeniczny brzuszek” czyli formę łagodnej celiaklii ale już sama nie wiem. Pomijając makaron, nie je produktów mącznych prawie wcale….

No i tak sobie siedziałam i obserwowałam otoczenie. W szkole jest zaledwie 100 dzieci, w klasie Mai będzie ich trzynaścioro. 2 i 3 klasa są połączone w jedną bo dzieci było za mało ale generalnie żadna klasa nie jest większa niż 20. Wf odbywa się wspólnie w większych grupach, dzieci codziennie zbierają jajka od kurek, karmią i zmieniają sianko, wszystkie grają na instrumentach i można wybierać między pianinem, fletem, klarnetem, wiolonczelą, gitarą, perkusją…. Dużo dzieci dostaje stypendia muzyczne po tej szkole. Rodzice, którzy przyszli na spotkanie to warstwa społeczna raczej średnio zamożnych, wyciszonych i spokojnych osób, które dopytywały się czy powinni kupić dzieciom piórniki, pomóc dzieciom przez wakacje w jakiś ćwiczeniach… Fajni i zaangażowani. 🙂

Jeszcze jedna nauczycielka mieszka na naszej ulicy, więc jak się okazuje, jeśli jest problem z dowiezieniem dziecka do szkoły lub odebraniem- nie ma problemu. Wystarczy zadzwonić i zabierze Maję ze sobą. Planujemy, że będziemy wozić Maję autem bo autobus w pełnym wymiarze kosztuje ponad 400f za rok. Wioseczka leży zaledwie 6 minut autem od Koziej Wólki, więc kurs autem jest o niebo tańszy niż trzaśnięcie drzwiami szkolnego autobusu.

Po wszystkim Maja była bardzo podniecona i kiedy obiecałam, że przyjdziemy znowu za tydzień dała się pięknie ubrać i kiedy za szybą pojawiła się Rodzicielka z Gabim zaczęła krzyczeć do wszystkich:
-Patscie, to moja bapcia! Widzicie? Moja bapcia!!

Tłum domyślił się, że chodzi o grandmother, dzięki Bogi i nie posądził pani w żółtej kurtce przeciwdeszczowej o zamiar porwania.

Mai bardzo się w szkole podobało. Ma już wybrany mundurek, czekamy tylko do września na kupno butków bo majowe stópki rosną tak szybko, że jak bum cyk cyk, w nocy powinniśmy słyszeć jak jej trzeszczą kości. 🙂

Po drodze był problem i o mało co byłoby ze szkoła wymarzoną jak z autobusem, który odjeżdża nam sprzed nosa. ktoś nie dopilnował i aplikację do Councila dostarczono mi 2 dni po ostatecznym terminie. Na szczęście się udało, już kobyłka u płota…. pewnego dnia w przedszkolu dostaję pakiet powitalny dla dzieci, które powitają szkołę w Koziej Wólce. NIE! Coś się stało, coś bardzo niedobrego! Pędzę do domu, łapię za słuchawkę, dzwonię do szkoły marzeń- Maja jest na liście przyjętych.
-Ale jest też na liście w Koziej Wólce!
-O! O!! O!!! …. proszę poczekać…..
….szepty w słuchawce- radzą. Ja mam kostkę lodu w żołądku.
Odbiera nowa osoba:
-Ale jest na naszej liście!
-A w naszej szkole też!
-A skąd wiadomo?
-Bo włąsnie dostałam od nich papiery!
-O! O!! O!!!…. prosze czekać….

rozmawiałam tak z 4 osobami. W końcu uradziły, że skontaktują się z Councilem i ustalą jak to się stało, że Maja stała się nagle taka popularna.

Na szczęście, po kilku godzinach oddzwoniły i zakomunikowały, że przyznały się przed Councilem do Mai i kazały skreślić ją z listy w Koziej Wólce.

UFFF k***a!

Szkoła w Wólce ma ocenę good, a szkoła marzeń outstanding. Dzieci zawsze będą zawieszone między dwoma kulturami, polską i angielską, więc pewność, że będą miały najlepszą możliwą drogę edukacji jest dla mnie bardzo ważne. Po tej szkole łatwo dostać się do fantastycznej Secondary School w Miasteczku a dzieci po niej w ogromnej przewadze dostają po collegach stypendia na uniwersytetach. Niby droga daleka ale ostatnio wspominaliśmy z Susłem nasze pierwsze dni w podstawówce i gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że to pierwszy dzień z kolejnych 21 lat nauki- nie uwierzyłabym i pewnie bym się załamała…. 🙂 ALe jakoś poszło i przyznam, że nie bez przyjemności.

A więc pierwsze koty za płoty są, pudełko kanapkowe czeka.

Wiwat Maja.