Monthly Archives: Styczeń 2011

Żyję i nie żywię urazy oprócz tego, że ogłaszam eksodus!

Zwykły wpis

  A więc uzgodnione…SPODOBA WAM SIĘ!… albo nie. Bo będzie trochę inaczej.

Zadałam wczoraj przeglądarce pytanie o najlepszą platformę blogową, obadałam, pomacałam i mam. Na razie maluję ściany, urządzam, wybieram wycieraczki, więc bądźcie cierpliwi. Swego czasu otworzyłam bloga na Worpressie ale jego konstrukcja jest dla użytkownika Onetu jak Porshe do cepa. Nie żebym nie umiała ;), nie nie, po prostu za dużo bloga w blogu. A ja mam pisać anie klikać i się podniecać. Ten który wybrałam każe się naklikać tylko na początku ale kiedy tapety i czajnik są na miejscu, pozostaje tylko tworzyć. Dzieła. 🙂

Wracając do gorącego tematu odwołałam się dziś do tego co napisała czytelniczka Otręba (dziękuję) i rzeczywiście, znalazłam opinie w których lekarze uznają, że o ile wzrost i waga idą w parze, nie ma powodu do niepokojów. Są kiedy dziecko jest:
a) bardzo wysokie a waga w normie lub niższa- natura mogła pojechać po hormonach wzrostu
b) normalnego wzrostu ale otyłe- czyli kiedy mamy do czynienia z McDzieciakiem
c) niskie ale o normalnej wadze- ewentualna karłowatość
c) normalnego wzrostu ale z niedowagą- czyli zaburzenia trawienia i wchłaniania.

A skoro to już sobie wyjaśniliśmy, wspomnę tylko, że w ramach złego i szkodliwego żywienia na które Kokainka pozwala swojej biednej córci, zła Mama-Kokainka wprowadziła jakiś czas temu Koszyk Majki. Majka nie lubi czerwonego jak wiecie i bardzo trudno namówić ją na spróbowanie czegokolwiek z tej strony tęczy. A więc kupiłam koszyk wiklinowy z pokrywką, płaski ale szeroki i wsadzam do niego jabłka, pomarańcze, mandarynki, banana, paprykę w trzech kolorach itp. Maja wie, że koszyk jest jej, stoi na kredensie i kiedy chce może sobie otworzyć pokrywkę i wziąć co chce i nikt nie pokrzyczy. Na razie bawi się pomarańczowym wkładając owoce do wózka z lalą ale ostatnio zjadła dwa jabłka w jeden dzień i jedno w kolejnym dniu. Aż po ogryzek. Oczywiście nie omieszkała nam przypomnieć jak działają na nią jabłka i trzeba było wsadzić ją do wanny nie tylko z pieluchą ale w pełnym rynsztunku, czyli razem z koszulką i spodenkami.

Ale dwa dni temu odstawiła numer tysiąclecia. Kupilismy fotel do komputera. Taki managerski, czarny z wielkim oparciem bo jest w nim „akcja bujana” czyli rocking action i bujanie Maleńtasa łaczy miłe z pożytecznym. Ale Mai zw fotelu nie widać. Wypakowaliśmy sobotnie zakupy, wsadziliśmy ładuny w szafki, Maja w tym czasie dostała „Zaczarowany ołówek” na komputerze więc poszła i pozwoliła robić nam swoje bez prób pomocy z jej strony. W pewnym momencie przybiegła z zielonym ogórkiem w folii, którego przedtem wygarnęła z toreb i kazała sobie otworzyć bo folia nie smakowała jak mizeria. Przełamałam więc ogóra na pół, obrałam z folii i pewna, że co najwyżej poniumnia koniec i zostawi wróciłam do ładowania w póły. I nie było jej widać zza tego oparcia.

Jak już znacie Maję, co zrobiła? No? No? Oczywiście! Wpieprzyła całego zielonego ogórka  był długi na 30 cm. Ze skórą. Folę wcisnęła między klawisze klawiatury i kiedy ją odwiedziłam przy „Ołówku” siedziała rozparta jak basza i bekało jej się latem i arbuzem.

W nocy umierałam ze strachu, że dostanie skrętu kiszek albo opjuka pokoik… kiedy weszłam poprzykrywać końcówki, spała w najlepsze a w powietrzu unosił się zapach ogórka zielonego szklarniowego minus folia.

Nasza Maja to nie potrafi trzymać diety, o nie.

Ach! I nowe słowa! MNÓSTWO!

-Japo!- jabłko
-Kjatki! – kwiatki
-Miauk!- kotek
-Ho ho śnie!- choinka
-Kochiam- bo tak mówią w piosence
-Ej, pać sie! Pać!- spójrz jaki numer, podziel ze mną podziw!
-Dziekuje-je-je…
-Pjosię- składając łapki razem jak myszka
-Jef!- lew straszny
-Jeś- jeż też straszny, szczególnie kiedy robi:
-Kuj!- czy wszystko co szpiczaste
-Kjedki- do rysowania ale częściej do gryzienia
-Tenca! – tęcza na niebie czyli:
-Nie-bo!
-Miś!
-Mysz!
-Uszy!, oraz:
-Juś!- kiedy dość tego dobrego.

a te wszystkie !! wykrzykniki!! bo Maja bardzo się entuzjazmuje i każde jej słowo zakończone jest wykrzyknikiem nawet wtedy kiedy mówi cichutko.

A Maleńtas je i śpi. Nie wiem na co zbiera siły ale to musi być nie lada przedsięwzięcie bo potrafi mi kimać po 17 godzin na dobę.

Szydłuję. Kokonki na zamówienie szydłem numer 15 i w godzinę Anatomii Grejki (oglądanej od początku, a co) zaczynam i kończę takiego kokona plus czapeczka.

Dziś wysłałam też pocztą pierwsze 6 paczek, podliczyłam i jestem szczęśliwa.

I cieszycie mnie Ludzie moje kochane. Tym pisaniem swoim…

Aha. A Suseł przyniósł nam do domu reklamę Rutinoskorbinu. Leży i dycha, ogląda swój ukochany film (Odyseję Kosmiczną 2001) i czuje że nadchodzi najgorsze. Najgorsze to będzie jak się wszyscy położymy na sofie z tym cholernym Rutinoskorbinem i zażyjemy go niezgodnie z zaleceniem lekarza….

Reklamy

Pszzzzt…pszzzt… tu Kokain…halo… tu Kokain…..

Zwykły wpis

Zmiany.

Mówią, że są dobre. Że czasem na nie czas. Że miło jest zapakować co się ma do pudła, na wierzch upchać trofea myśliwskie i przycisk do papieru i po prostu zmienić biuro.

Niniejszym opuszczam Onet na zawsze. Dość trolli, spamu, reklam opon zimowych, glitterków, pazurasków i polecania przez Onet bo nie mają o czym pisać i żerują na pracy bloggerów. Wystawiania się na to co niosą ze sobą wizyty 30 000 osób jednego dnia. Dość chamstwa i góralskich pieśni.

Tu jest kolorowo, mam ładne czcionki, mnóstwo guziczków, mogę wrzucać w paski co tylko mi się spodoba, Flickry, tagi, wtyczki najprzeróżniejsze a nie zastanawiać się jak zalinkować żeby Onet nie udał, że nie wie o czym mówię. W czasie pisania tekst zapisuje się sam, więc już nie stracę godziny pracy bo tuż pod oknem wpisu reklamuje się hotel na Teneryfie, wrażliwy na kliknięcia jak dziewica na łaskotki. Mogę nawet wrzucić okienko JuTupkowe!

Podobają mi się te kolorowe poduszki…. jak w domu. Czas na kolor i czas przeć do przodu.

W dole mam okienko JuTupkowe w którym można obejrzeć i posłuchać co też nowego lubi Kokainka. Jeszcze niżej, paseczki Dzieciusiowe, które przypominają o tym jak szybko płynie czas.
A jeszcze niże moje trzy galerie Flick- ze zdjęciami, z szydełkiem i światem wokół mnie. Zmieniać się będą za każdym razem kiedy dodam coś nowego. W galeriach można zostawiać komentarze i zamówienia 🙂

Witajcie moi Drodzy Czytelnicy i jedziemy!

Pszzzzt…pszzzt… tu Kokain…halo… tu Kokain…..

Zwykły wpis

Zmiany.

Mówią, że są dobre. Że czasem na nie czas. Że miło jest zapakować co się ma do pudła, na wierzch upchać trofea myśliwskie i przycisk do papieru i po prostu zmienić biuro.

Niniejszym opuszczam Onet na zawsze. Dość trolli, spamu, reklam opon zimowych, glitterków, pazurasków i polecania przez Onet bo nie mają o czym pisać i żerują na pracy bloggerów. Wystawiania się na to co niosą ze sobą wizyty 30 000 osób jednego dnia. Dość chamstwa i góralskich pieśni.

Tu jest kolorowo, mam ładne czcionki, mnóstwo guziczków, mogę wrzucać w paski co tylko mi się spodoba, Flickry, tagi, wtyczki najprzeróżniejsze a nie zastanawiać się jak zalinkować żeby Onet nie udał, że nie wie o czym mówię. W czasie pisania tekst zapisuje się sam, więc już nie stracę godziny pracy bo tuż pod oknem wpisu reklamuje się hotel na Teneryfie, wrażliwy na kliknięcia jak dziewica na łaskotki. Mogę nawet wrzucić okienko JuTupkowe!

Podobają mi się te kolorowe poduszki…. jak w domu. Czas na kolor i czas przeć do przodu.

W dole mam okienko JuTupkowe w którym można obejrzeć i posłuchać co też nowego lubi Kokainka. Jeszcze niżej, paseczki Dzieciusiowe, które przypominają o tym jak szybko płynie czas.
A jeszcze niże moje trzy galerie Flick- ze zdjęciami, z szydełkiem i światem wokół mnie. Zmieniać się będą za każdym razem kiedy dodam coś nowego. W galeriach można zostawiać komentarze i zamówienia 🙂

Witajcie moi Drodzy Czytelnicy i jedziemy!

Serio, witki opadają

Zwykły wpis

zawsze
.
.
.
Zawsze
.
.
.
ZAWSZE
.
.
.
Z A W S Z E !!!!!

(Kurwa mać) ….. żałuję, że wypsnie mi się coś co inni nazywają świetnym tekstem, lekkim piórem itp. Bo wtedy cholerny Onet wrzuca to coś na główną stronę i mam przebimbane.

Ludzie! O ZABAWKĘ!

Dziękuję normalnym, czułym Czytelnikom za wzruszając opowieści o misiach, pieskach, kotkach i żyrafkach którym los nie oszczędził krzywd i proszku.

Ale przy okazji dowiedziałam się też, że mam w domu grubasa hodowanego na sterydach, ludzika Michelin z którym trzeba coś zrobić. Pieprzę to. Nie ma co z czym robić bo m co je i ile i wiem czego jej odmawiam, z zasady.

Dostałam maile w których jacyć fanatycy zdrowego żywienia próbują mi nawtykać niewyszukanymi słowy. Inni piszą tylko po to, żeby powiedzieć jak mnie kochają miłością buta do charka.

Ale trolle, które nie mają za grosz (z resztą czego się spodziewać po trollu) poczucia przyzwoitości doprowadzają mnie do kurewskiej pasji. Bo piszą o miom dziecku? Nie. Dlatego, że na świecie, wokół nas, po ulicach chodzą ludzie w głowach których rodzą się takie myśli. Ochłapy myśli. Szlam, bagno emocjonalne, potworniaki rosnące na chorym mózgu. Bo o moim dziecku? Nie, o jakimkolwiek. Nie umiem wyobrazić sobie tej myśli, sposobu myślenia i patrzenia na świat osoby, która wyprodukuje a potem podzieli się taką myślą i nie będzie chciała sobie samej rzygnąć na buty:

Masz rozhisteryzowanego rozbiestwionego Bachora, kurwaaaa nie trawie takiego zachowania, za fraki migiem bym tego dzieciaka wrzuciła do pokoiku na godzine, nie jestem za biciem ale opiierdol dzieciakowi raz na jaki czas sie przyda , rosnie ci kolejny bestresowo wychowany gowniarz

Ja się dziwię, że autor tych słów nie jest za biciem. Wnioskując z wypowiedzi autor powinien być za biciem, przypalaniem, tłuczeniem młotkiem i podłączaniem do prądu dziecka a najlepiej cudzego. Dałby sobie upust! A jak! Daj sobie upust!

Bezstresowy gówniarz… autor tych słów najwyraźniej do dziś wspomina miłe sercu chwile kiedy rodzice prali go na kwaśne jabłko, zamykali samego w pokoiku pod schodami aż proszę!- wyrósł człek jak się patrzy!

Rozwydrzonego masz bachora. I na dodatek brudasa jak widać. A ty nie jesteś chyba lepsza. Prać ufloganą zabawkę razem z dziecięca bielizną? Szkoda że jeszcze trampek tam nie wrzuciłaś. 😛

Ooga, ooga, oogachaka!

Zwykły wpis

YUPPI!

Mam zamówienie na CZTERY kokonki od jednej klientki ebaya !!! I jeszcze leci do zaciążonej koleżanki pokazać, żeby też sobie wymyśliła kwadratowe pisanki, bo ja mogę wszystko.

 

Jak to Maja: Jeście, jeście!

PS po kilku godzinach. Babeczka kupuje pięć kokonków i kocyk „TylkoNaSprzedaż”.

JEŚCIE!!

Szydełkowo

Zwykły wpis

Zrobiłam kocyk TYLKO NA SPRZEDAŻ. Podkreślam, żeby znowu nie przekonać samej siebie, że kocyk przynosi szczęście/jest cieplejszy niż inne/ładniejszy niż poprzednie i nie zostawić go dla siebie. 🙂

 

 

 
  

Tą samą wełenką i tym samym ściegiem robię też śpiworek dla dziecka 0-3 lub szatkę do chrztu, kto co woli. I to prawdziwe wyzwanie bo lecę z bańki, czyli robię rząd, rozkładam, badam, macam i oceniam, robię rząd i macam po raz kolejny. I tak już 30 rzędów. Skończony przeleję na papier i zacznę trzaskać więcej bo całkiem szczerze i skromnie- jest to dzieło piękne. Ha!

Przy okazji czekania na karmienie o 24:00 również rękawki na iPody:

 

rękaw(ek) na iPada z jabłuszkiem (teraz na ebayu):

 

oraz śliczny, biały, z śnieżnymi błyskami rękawek na iPoda lub telefon, co kto woli:

 

Co nieco i nie tylko, wystawiłam dziś na ebayu i czekam. Czekam. 1…2….3…….

Trzymajcie kciuki!!

My Snort Will Go On czyli do grobowej deski a przynajmniej tak długo póki nie puści pakuł

Zwykły wpis

Pewnie znacie taką hollywoodzką scenę?

Statek tonie. Wodoszczelne śluzy zamknęły się i uwięziły pasażerów po drugiej stronie drzwi. On dopada do szybki. Ona jest po drugiej stronie, mokra kura, On krzyczy, że kocha i zaraz znajdzie siekierę, Ona bulgocze ostatnie czułe słówka, potem już tylko ręka osuwająca się w dół szkiełka, włosy w wodzie i błękit oceanu. Odjazd kamery.

Zrobiłam dziś Coś Strasznego.

Wsadziłam Teletubisia do pralki bo był bardziej szary niż żółty. Razem z majkowymi brudkami, jako ostatniego, buzią do szybki. Nasypałam proszku, nalałam płynu i włączyłam pralkę. A wtedy do kuchni wkroczyła Maja.

Resztę już znacie.

Maja dopadła do pralki i zaczęła bić piąstkami w szybkę. I WYĆ jak syrena.
Pierwszy obrót był najgorszy. Teletubiś obrócił się o 180* i chociaż z jego pyszczka nie zniknął uśmiech, Maja na widok pierwszych haustów Ariela zmieszanego z wodą dostała absolutnego pypcia.
Szarpała szufladę z proszkiem jakby można było wyjąć Teletubisia tamtym końcem, ciągnąć za drzwiczki, walić rękami w pralkę. Potem rzuciła się na podłogę. Próbowałam ją podnieść i pocieszyć ale

/-To koniec! Nic nie da się już zrobić! Pozwól jej odejść!!/

nie dała się podnieść. Wywijała się z objęć i znowu próbowała dokonać cudu ratunkowego. Omdlała kiedy Teletubiś znikł, wkręcony w wir pomiędzy spodenkami i koszulkami.

/-Kocham cię! Idź w stronę światła!/

Ale nie zapomniała. Jeszcze 10 minut wyła w salonie gdzie dociągnęłam ją za nogę bo szarpiące się 22 kilogramy to nie moja kategoria wagowa.

 

1,5h potem szłyśmy przez kuchnię na górę spać. Doskoczyła do pralki jak opiłek do magnesu i zaczęła stukać:
-Lala? Lala? LALA!

/-Już nie wstanie! Zrozum! Pogrzeb był trzy lata temu!!/

I spać poszła z gilem do pasa.

Zła matka ze mnie, zła. Myślałam, że Maja nie ma swojego ukochanego przytulaka ale po tym i po tym jak nosi wszędzie naręcza Myszek Miki, misiów, Prosiaczków, Tygrysków i Elmów wychodzi na to, że Maja kocha wszystkie swoje zabawki.

Ale coś takiego?

Moja ukochana Weronika, którą mam do dziś wylądowała kiedyś po „praniu-kąpaniu” na piecu, żeby obciec. Przyszedł Tata Mój, napalił w piecu… i Weronika skończyła z pyskiem jak buldog. Podobno zwymiotowałam na widok Weroniki. Z rozpaczy. Mama schowała lalkę do szafki. Po dwóch miesiącach próśb o Weronikę i niezliczonych nieprzespanych nocach bez lali u boku, wyjęli Weronikę z szafki. Paw. Lala do szafki.

Nic nie działało, nawet obietnice, że już nie będę płakać i się denerwować jak otworzą szafkę. Mama napisała do Wólczanki (a mamy rok 1982) i opisała tragedię, bo serio- to przestało już być zabawne). List poszedł do skrzynki, minęło wiele miesięcy, kiedy razu pewnego do naszych drzwi zapukał Pan w Garniturze, z walizką w ręku. Przedstawił się jako Pan z Wólczanki i spytał czy tutaj mieszka mała Kokainka? Nie codziennie do drzwi puka Pan w Gajerku i pyta o czterolatkę. A w latach ’80 mogło to oznaczać, że mała Kokainka drukuje nocą bibuły pod łóżeczkiem. Mama zaryzykowała.

Pan wszedł, otworzył teczkę, wyjął list i upewnił się, że to Mamy prośba o ratunek. A potem wyjął z walizki dwie plastikowe buzie weronikowe, prosto z fabryki.

List krążył od biurka do biurka miesiącami. Weroniki szły na eksport do Włoch i tylko niewielka część trafiła do sklepów z zabawkami. Ktoś wzruszył się dziecięcym pawiem na widok maszkarona z pieca i postanowił zrobić dobry uczynek. Pan w Garniturze dodał pozdrowienia i poszedł na pociąg bo przyjechał z Łodzi. Pozostawiając cały dom w kompletnym osłupieniu.

Więc Weronikę mam do dziś. Wymieniona buzia doznała jeszcze uszczerbku po tym jak spadła z łóżka na podłogę ale wtedy byłam już starsza i rozumiałam, że ranny odniesione w boju świadczą o randze żołnierza.

Dziecięca miłość do zabawki

Dzieciak Faki ma Kjujika. Kjujik służy w szeregach Dzieciaka już 6 lat. Nie ma farby na oczach, świeci dwoma białymi plastikowymi ślepiami, jest prawie wyliniały, na 80% ciałka prześwituje osnowa pluszu. Uszy popruły się na paski. Kjujika nie wolno dotykać. Ma dożywotnią rentę kombatancką

A Wy? Mieliście tak?

Zielony, żółty, pomarańczowy, czerwony, fioletowy, niebieski…. a to wszystko na zdjęciach

Zwykły wpis

No lubię. I chciałbym, żeby Maja też lubiła. Jestem gotowa poświęcić dywan, raz nawet poświęcił się talerz (sam), ubranka, nieograniczone ilości papieru i czego tam pod rękę podlezie. Proszku do prania, szmat, papierowych ręczników…

Malować, rysować, wycinać, wyklejać.

Jak na razie Majowy „talent” objawia się w malowaniu sobie po ciele. 3/4 czasu na malowanie oddaje mazianiu kolorami po rączkach, nogach, stole a resztę po papierze. Ale kiedy już dochodzi do czynu, Maja daje upust emocjom i kartki lecą w powietrze, bo Maja chce jak zwykle bigger, better, faster, more!

Teczka już pęka w szwach. W porównaniu z moimi dziełami, które popełniałam w jej wieku, to obrazy pełne ruchu, energii, pasji. Ja rysowałam precyzyjnie jajowate kółka, oczy z rzęsami, rączki i nóżki miały być na swoim (plus minus) miejscu. A reszta kartki nieskazitelnie czysta… chyba, żeby podkreślić wagę tego co wymodziłam.

Maja leci z górki na luzie. Jak ze wszystkim.

Pięć miesięcy temu mamine próby narysowania kotka kończyły się zamalowywaniem rysunku w tempie karabinu maszynowego i wyciąganiu rączki po następne.

 

 

Trzy miesiące temu na widok słonka i chmurki Maja sama wybrała błękitną kredkę i narysowała niebo:

  

A dziś, grypowy Tata wziął dziecię do kuchni, przebrał w koszulkę, która wygląda już jak fartuch Picassa, zdjął portki aż do pieluchy, wręczył pędzel i wymalował z Mają pół kuchni.

 

 

   

Z pomocą Taty, Maja starała się wypełnić całą kartkę, przestała zamalowywać nasze usiłowania, gdzie może wtyka swoje główki i oczka.
Niestety malowanie skończyło się ssaniem pędzli i chłeptaniem wody z miseczki ale i tak było pysznie.

  

Maja i Tata przenieśli się ze sztuką na salony gdzie przesiedli się na kredki. Mai nawet nie trzeba było myć rączek bo zanim Tata zdążył Maję przeflancować, ta wylizała sobie łapki do czysta.

Mama posprzątała w kuchni, upiekła 6 muffinek z pudełka i z okazji obu rąk wolnych zorganizowała sobie półkę z przyprawami.

  

Kiedy skończyli dostała dwa rysunki do oceny. Na pierwszym Tata-Suseł dokonał rzeczowej prezentacji Rodzinki z uwzględnieniem proporcji i walorów ludzkiego ciała na ile kredka świecowa pozwalała.

 

A potem, kiedy już Maja straciła zainteresowanie sztuką rodzinną, oddał się natchnieniu i „oddał się rzeczowej prezentacji Kokainki z uwzględnieniem proporcji i walorów kobiecego ciała na ile kredka świecowa pozwalała.”. Ale zaklina się w żywy kamień, że to nie ja! Dziwne, bo koszulka moja….

 

Faceci!

Obrazki wyschły, Kokainka zjadła swoje muffiny i upiekła Spiced Banana Loaf.

 

 

 

  

i zeskanowała ku potomności wszystko co ciekawe a „pampuchy”, żeby Dzieci widziały w przyszłości jak to Tata widział Mamę, kiedy jeszcze była rześka.

  

Suseł mógłby częściej mieć gorączkę i dreszcze.

Mam 10 tygodni i pocieszny ze mnie Bąbelek

Zwykły wpis

No proszę, sami przyznajcie:

 

Co nie?

A to?:

 

Lub to?:

 

Jestem chłopczykiem radosnym i o ile nie gnębi mnie kolka, a ostatnio to okropnie, szczerzę się i suszę bezzębne dziąsełka do każdego kto pojawi się na wizji.

 

Mama mówi, że mam „lekką ramę”. To ma coś wspólnego z rowerem ale nie wiem ani co to rama, ani rower więc ufam, że ma rację, bo to Mama. Mówi, że Maja w moim wieku miała tłuszczyku jak młoda makrela a ja mam chude nózie i rąsie, choć na wadze przybieram jak owsik na owsiance.

 

Mówią też, że nie wolno, bo mam tylko 2 miesiące z małym haczykiem ale nie lubię już leżeć jak kłoda i wolę siedzieć. Bo wtedy coś widać. A nie tylko sufit we wzorki. Mama mnie wsiada do fotelika i stawia sobie na stole w kuchni. Lubię patrzeć jak Maja się bawi i jak Mama chodzi. Ale nie lubię jak Mama wychodzi. Bo wtedy płaczę. I jak Tata nie ma brody. Bo broda kuje.

Jak Mama gdzieś idzie, to robię tak, a potem jest już tylko gorzej, więc czasem Mama nie robi siusiu długo bardzo.

 

A ja robię sisi często i bardzo i okropnie jestem wrażliwy bo każę sobie wymieniać podwozie za każdym razem i wtedy płaczę nawet bardziej niż wtedy kiedy mnie bolą kiszki. Nie lubię mokro. Lubię sucho i pachniąco. Ale najlepiej to na golaska i wtedy się uśmiecham bo mi wieje po armatce.

Inne rzeczy też lubię a najbardziej mleczko. I spać też lubię cały dzień i latanie w kosmos też, jak mnie Tata rzuca i Mama też.

Dziękuję.