Monthly Archives: Sierpień 2007

Instynkt, zjazd KC i grill

Zwykły wpis

Mam instynkt macierzyński. Do dobrze bo ostatno zaczynałam się zastanawiać czy przypadkiem nie zatracam już tego, czgo jeszcze nie miałam okazji wypróbować. Organ mało używany, zanika. A więc mam, cieplutki, pachnący instynkt macierzyński. Ale jest problem- niekoniecznie do dzieciarów. Na widok dzieciara mam ochotę wytargać bachora za fraki, oby tylko przestał wrzeszczeć, wyć, piszczeć, jęczeć, błagać, płakać i smurglić się po koszulce. Praca w otoczeniu zakupujących rodzin nie sprzyja rozwijaniu zdrowych odruchów.

Ale odkryłam dziś instynkt. Do kurczaków. Nie ślicznych, żółciutkich pomponków, tylko do zimnych, gołych martwych ptaków z kodem paskowym na owijającej je folii. Otworzyłam dwa takie, nalałam wody do zlewu i zabrałam się do płukania korpusów. I tu nagle światłość taka mnie otoczyła i ciepło mi się w środku zrobiło. Szorowałam pod paszkami, myłam szyjki, nózie, dupki, klepałam czule po pleckach i wydzierałam ostatnie piórka ze skrzydełek. Nucąc przy tym pioseneczkę i czule zagadując martwotę. Zebrane w kuchni towarzystwo przerwało dyskusję i patrzyło na biedną, smutną Kokainkę jak pluskała się w zlewie jak świeżo upieczona matka bliźniaków. Plotłam przy tym androny w stylu: „No już już, nie po oczkach, tak? No już, tak taak, malutki, zaraz wsadzimy do brytfanki, upieczemy, fajnie będzie…tak!”.

Goła ptasia skóra, miękkie pod spodem, szum ciepłej wody i masz- kobieta jak się patrzy. Psia moja mać. A wszystko dlatego, że jestem jedynaczką. No ale dość o tym.

/Ville Vallo o tym, że zawsze tylko ją i nikogo innego./

/A teraz o tym, że chce jej pokazać…swoją miłość i wyrwać jej skrzydełka jak motylkowi. Oj Ville, Ville, do pracy byś się wziął./

Temat przepadł. Również Mama Temata i Siostra Temata. Nie widuję całej trójki od tygodnia a jutro mieliśmy iść na wielkie picie. 
Smsy milczą, samochodu na parkingu nie ma, ni widu ni słychu.

W niedzielę przyjeżdża Rodzina. Mama Susła, któa ma zamiar zostać miesiąc w otoczeniu Syna, Synowej, Wnusi i Wnusia Potworka. Na szczęście na jeden dzień. Podrzucą Teściową do naszego gniazda, niech kuka.

Na tą okoliczność- gotuję obiad. Rzeczone martwe kuraki z jabłkami i śliwkami zamiast wnętrzności, pekińskie szaleństwo na sałatkę, rosół jak przystało na niedzielny obiad polskiej rodziny w Anglii i ciasto z torebki polane pochrupującą czekoladą. Ciasto będę robić jutro, przed drugim kurakiem więc przepowiadam już teraz, że będzie śmierdzieć pieczonym ptakiem.

Jak Suseł powie ile czasu spędziłam nad tym obiadem, to go ukruszę. Ma być, że robię takie przyjęcia w godzinę, lewą ręką, za plecami. Tak jak Landers grywa na gitarze.

/Ville znęca się nad panienką i rozpływa się nad jej pośmiernymi drgawkami, rewelka- „Gone with the Sin”./

Na przyjęcie Rodziny, wielkie zmiany- sprzątanie i malowanie trawników. Na chybcika posadzone roślinki w wielkich donicach w przedpokoju, bambusowe firdygałki tu i tam, miski rzeźbione z drzewa deszczowego- na lentilki, zapaszek w puszcze, poprane dywaniki łazienkowe i lampioniki w oknach. Jak na zjazd KCPZPR. A potem Rodzina odwiedzi FakiJapi, obejrzeć łóżko piętrowe za 450 funtów miesięcznie. Chciała, to ma.

Z ogłoszeń towarzyskich:
*Beret przestaje być sztywniakiem;
*Joe to chory schizfrenik, którego zaczynam się bać;
*Michael ma obsesję na punkcie dotykania moich włosów;
*obcy ludzie mówią mi po imieniu.

Rankiem pod oknem w kuchni baraszkuje szczur, ktoś odkurzył hall (pierwszy raz od roku), sąsiedzi spod C spalili kolejny półantyczny
mebel w ramach kolejnego oblewania przemijającego lata. 
Zaledwie wczoraj zaalarmował mnie swąd palącego się lakieru, podejrzane
trzaski pod oknem i niewytłumaczalna chmura dymu wciskająca się przez szpary w futrynach a dziś znowu brygada smaży kiełbaski nad kredensem. A mówią, że to Europa Wschodnia jest zacofana. O grillu pewnie nie słyszeli.

Dość miętolenia, pa.

Reklamy

W ciemności, zarośnięta bluszczem z Marquezem w ręku.

Zwykły wpis

NIC pasjonującego się dziś w moim życiu nie zdarzyło. NIC.

Spóźniłam się 10 minut, nikt nie zauważył, nic nie robiłam, nikt nie zauważył, byłam tu i tam, trochę się pokręciłam i poleciało 9 godzin. 

W drodze do domu zdziwiłam się, że o 20:00 już tak ciemno ale potem jedno spojrzenie w niebo uświadomiło mi, że oto nadchodzi kolejna fala ulewnych deszczy i nie pamiętam gdzie dałam swoją kurtkę przeciwdeszczową.

W domu- nie ma światła na klatce a w ciemnościach niesienie roweru po krętych schodach na górę staje się jakoś bardziej uciążliwe. Biedny Charlie dostaje pypcia na jęzorze za każdym razem kiedy muszę targać obciążonego zakupami bicykla na piętro. Mam nadzieję, że to pypeć wielkości stanu Alabama.

W domu…poprane dywaniki łazienkowe, w kuchni śliczny fiołek w doniczce i taki inny zielistek ze ślicznymi purpurowymi kwiatkami, w oknie w przedpokoju jasno i przejrzyście. To Żonka wybrała kwatki, które kupił mi Suseł, poprała i posprzątała oraz wykosiła bluszcz pchający się uparcie do mieszkania przez szpary w oknie. Okna są szczelne ale mimo to nowe pędy włażą do pokoi przez całe lato. Powoli i mozolnie podnoszą opuszczane okna w górę i macają wokół w poszukiwaniu czegoś do uczepienia się. Ryją dziury w murze, wklejają się w każdą szparę tak głęboko, że nawet nożem nie można ich usunąć. Pewnego dnia całe to Zamczysko zniknie przykryte tym bluszczem a my pośniemy snem stuletnim w oczekiwaniu na bohatera na białym koniu, z sekatorem w ręku.

Przetłumaczyłam skargę na Ubezpieczalnię dla Mamy mojego Ucznia. (Chwalmy Pana za pomysł na http://www.ling.pl) Firma kosiła pieniądze na składki a kiedy nadziała się na hak holowniczy innego samochodu na zalanej powodzią autostradzie, od miesiąca nie może doczekać się reakcji ze strony firmy. Dzwoni, stuka, grozi, krzyczy- nic. Typowa Angielska postawa- za kilka dni pomyślimy kiedy serio pomyśleć o problemie.

Czytam „Miłość w czasach zarazy”. Niektóre fragmenty, zaznaczone już ołókiem, nawet po kilka razy. Smętny Florentino Ariza…

/30 Sekund i „Hunter”, cover Bjork, który podoba mi się bardziej niż eskimoski oryginał./

Branoc.

Narzekania jeno

Zwykły wpis

Dzień kolejny jak sznurek pakowy.

Wstałam, wrzuciłam gliniastego chleba w otchłań gastryczną i pojechałam do roboty. Po drodze wiało znad Atlantyku tak mocno, że wiatr zatrzymywał mnie w miejscu. Spóźniłam się 10 minut ale i tak nikt nie zauważył.

Beret zastęuje swojego Szefa a ja zastępuję Bereta. I tak bum cyk cyk i do przerwy. Wyjęłam sobie „Miłość w czasach zarazy”, otworzyłam tam gdzie skończyłam i na stół pało mi coś nawijającego po polsku. Mamoniowa wróciła z Ojczyzny. Dużo słów, mało treści, w przeciwieństwie do Marqueza, ale cóż, 
głupia natura nie pozwala mi na więcej asertywności. I tak skończyła się przerwa. Na drugą, poszłam w tajemnicy i udało mi się przeczytać 15 stron (tu hip hip).

Drażni mnie moja podwładna, starsza pani Pauline. Od pierwszego dnia udaje, że jestem utkana z mgły lub powietrza ale teraz jeszcze nie może się wysikać nie wiedząc gdzie jestem. Przychodzi, nie pyta o nic, robi swoje, idzie do domu ale  k o n i e c z n i e  musi znać każdy mój krok. Gdzie jestem, od której śniadam, do której obiaduję. Do tego stopnia moja obecność jest jej solą w oku, że sam Beret prosi, żebym się jej „meldowała” kiedy gdzieś idę. Brwi poszły mi automatycznie w górę, podobnie jak słupek rtęci w osobistym ciśnieniomierzu. „Wiem, wiem, jesteś Team Leaderem i możesz robić co chesz ale wiesz, to starsza kobieta jest, łatwo się denerwuje…” Kij jej w oko. 
Ale najfajniej jest, kiedy przychodzę ją uświadomić o moich kolejnych 
poczynaniach. Nawijam, nawijam, ona nawet nie patrzy a kiedy skończę daję jej
chwilunię na odpowiedź, która nie następuje. Mgła i powietrze. Kiedyś, jak się w końcu odważę, zakończę mój wywód pytaniem „Is it ok with You?”.
Szcuję, że albo dostanę czymś ciężkim albo Pauline będzie musiała zacząć łykać hormony bo od nagłych fal gorąca można dostać wylewu.

Mam kuchennego lenia i od trzech czy czterech dni nie zrobiłam obiadu. Jem fasolę z kiełbaskami z puszki i rozpływam się wprost nad bogactwem angielskiej kuchni. Kiełbaski są tak miękkie, że nie trzeba ich gryźć- wystarczy przycisnąć taką do podniebienia a rozpływa się ma papkę. Pycha. Fasola to takie kuleczki wielkości grochu a wszystko razem oklejone sosem pomidorowym o konsystencji keczupu Geant Leader Price. Ale co najlepsze, Aglicy brzydzą się fasolką po bretońsku- kiełbasa jedzie czosnkiem, jest twarda i w wielkich kawałach, fasola jakaś taka ogromna, przyprawy, pieprz powodujący wrzody i inne zielska. Łech! Ta kuchnia kontynentalna…

18 dni po terminie Landlord uprzejmie wysłał sesemesa z pytaniem czy może przyjechać po czynsz. Zawsze pyta czy może przyjechać a wysyła Karaibczyka, który od progu zabija wszystkim swoim nieodłącznym zapachem pustych zębów. Liczy Liczykrupa, liczy a ja tylko się modlę, żeby otworzyć okna na przestrzał.

Znowu narzekam. Na Pauline, na pogodę, jedzenie, smrodzenie… Widać taka moja natura, że na koniec dnia zapominam o tych wszystkich pięknych zeczach które tu widuję, radosnych ludzi, których spotykam i o pasjonujących wydarzeniach tego dziesięciotysięcznego miasteczka w centrum wielkiej, zielonej równiny.

/I tak puszczę sobie „From Yesterday” 30 Sekund w wersji pełnej, nie pochlastanej i będę sobie oglądać pana Leto, w scenie w której go ubierają w te samurajskie łaszki. Coś od życia./

Upadek muzyki, kuchnia i oblewanie awansu.

Zwykły wpis

/Oomph!- „Scorn”/

A w ciągu dnia przeleciałam także .:Wumpscuta:. i In Strict Confidence aż mi się tak przyjemnie ciężko na sercu zrobiło. Mam po dziurki w nosie radia wrzeczczącego głosem czekoladowej Rihanny piosenki o parasolce i tego cholernego „Destinationa Calabria” na widok którego męska część załogi 
kantyny upuszcza widelce i puszcza ślinę z między rozdziawionych warg. Gdzie się podziała normalna muzyka? Teksty o umieraniu, cierpieniu i bolącej duszy? Nie dziwota, że żeby posłuchać o życiu trzeba ściągać niemiecki industrial, EBM albo Michała Bajora. Reszta zeszła na psy. A Michał dopóki nie pokaże twarzy, nadaje dość negatywnie, czyli pozytywnie:

Lata, dni, godziny w supeł mi zawiązał czas
Nie ma Albertyny, nigdy już nie stanie w drzwiach
Zakwitające dziewczyny
Po chwili mają sto lat
Ich cienie tańczą tam
Gdzie w ciszy
Głogi się kołyszą


No i pięknie.

Jestem zachwycona swoją kuchnią. Wielkie, drewniane Coś co przytargałyśmy z Żonką tydzień temu straszyło brzydotą nie do zniesienia i już zastanawiałam się czy mamy ciupagę, żeby to porąbać i wynieść ciemną nocą. Nawet kiedy kitowałam i szlifowałam zbierało mi się na estetyczne womity ale ponieważ Mateczka sprowadziła mnie na świat upartą jak osioł, nawet przed samą sobą szkoda mi było się przyznać, że Coś należy wyrzucić i nie tracić na to czasu. Wbrew sobie pobejcowałam, polakierowałąm majtając gąbką tu i tam, zamiast dziubać się z pędzelkiem. A potem w nogi.

Kiedy wyschło, weszłam do kuchni i postarałam się spojrzeć okiem łaskawszym i nagle zstąpiło na mnie natchnienie. „Tu przesuniemy, tam wsuniemy, tam się urąbie, tam podstawi kołek, mam kołek, masz piłę?, i będzie tak, że mucha nie powie słowa, zobaczycie.”. Jak zarządziłam tak wykonano i nagle towarzystwo zaczęło się zachwycać. Jak pięknie, jak pasuje i ile to miejsca. 
Tylko tyle, że moje natchnienie odwędrowało trochę od pierwotnego planu
i postanowiłam, że zamiast miejsca na wszystko co popadnie, będzie to mebel ozdobny i nie wolno na nim stawiać kichy i marynowanych buraków w słoiku. I tu się Lokator postawił i zaczął coś bączyć o tym, że jak na razie to stoją tam tylko moje rzeczy. Ale do polerowania, skrobania, łatania i malowania nie przyłożył łapy. 
A więc postawiłam na tym czymś, co okazało się pięknym narożnikiem z pięcioma półkami w kolorze hebanu ręcznie malowane filiżanki do herbaty, wazoniki, przyprawy w metalowych puszkach, misę z owocami i takie tam. 
A potem poszłyśmy z Trufflem w plener, zbierać osty do wazonu. I jak zwykle 
poszłyśmy na całość i zwlokłyśmy do mieszkania wór zielska z którego wyszedł Dożynkowy Wiecheć, Jarzębinowa Instalacja, Ostrokrzewowy Straszak i „Suchota Rolnika” jak nazwała to Truffelka. Zrobiło się pięknie i jesiennie, czemu dziwić się nie wolno, bo sierpień w Anglii niczym nie przypomina sierpnia na Dolnym Śląsku.

A dziś po pracy pojechałam do sklepu z wszystkim co potrzeba, żeby urządzić dom w stylu „posh”, czyli takie małomiasteczkowe Almi Decor i kupiłam wijące się wazoniki z ciętego szkła, prostokątny wazon o kształcie i kubaturze cegły, pot pourri waniliowe, które nie pachnie wanilią ale ładnie wygląda i koszyczki z morskiego zielska. Powstrzymałam się przed kupnem kamieni prosto ze strumienia- wystarczy zakraść się nocą na podjazd sąsiadów 200m stąd i zebrać otoczaki według koloru, kształtu lub jak tylko dusza zapragnie. A przy okazji udusić mu kurę i wydoić krowę.

Dziś powinnam oblewać awans.
/*chlup* *chlup*/

Ryszard Wielki przeszedł osobiście mi pogratulować pozytywnie zaliczonych testów oceniających moje zdolności do mówienia ludziom co mają robić. Od dziś jestem Team Leaderem, na koniec miesiąca dostanę wyrównanie za ostatnie 10 tygodni i zaczniemy w końcu odkładać na samochód. Za trzy miesiące kupimy sobie jakieś pięcioletnie śliczne maleństwo za gotówkę i skończy się targanie zakupów w plecaku.

Cytat dnia: „Praca zespołowa to ja i grupa ludzi, którzy robią co im każę”.

I tym pięknym akcentem zakończmy dzień dzisiejszy, w niecierpliwym oczekiwaniu na dzień kolejny.

Nuklearni ludzie i różnice narodowościowe

Zwykły wpis

Dziś rozmawiałam z Irlandzkim Katolikiem Joe o „nuklearnych ludziach” i wyszło na to, że Polacy to nieczułe potwory bo pozwalamy sobie na żarty 
na ten temat. 
A było tak: przeciętny angielski kalafior jest wielkości dużego polskiego
pomidora. O zwykłyego kalafiora trudno a jeśli już się pojawi na półce, nazywany jest Extra Large. Joe spytał więc jak wyglądają wielkie kalafiory w Polsce? Zażartowałam, że nijak w porówaniu z Ukraińskimi. I nie świecą. I tu się zaczęła galopka. Joe zmierzył mnie spojrzeniem od którego Beria by się zaczerwienił i zaczął szeptać, rozglądając się na boki:
-Coś ty, zwariowałaś? Śmiejesz się z „nuklernych ludzi”? Z tego się NIE WOLNO śmiać! To zbrodnia!
Zamurowało mnie. Szeptał jeszcze i szeptał niepomny na moje tłumaczenia, że Polacy traktują tego typu żarty dość lekko, podobnie jak żarty o wariatach, Żydach, Niemcach i ludzkich nieszczęściach. Kiedy już zagotował się ostatecznie, wypaliłam bezlitośnie:
-Czy wiesz co to jest płyn Lugola?
-Nie.
-W dwa dni po wybuchu w moim mieście padał deszcz. Wracałam z Babcią z lekcji baletu i zmokłyśmy do suchej nitki. To był deszcz, który siał 
promieniowaniem przekraczającym normę 70 razy.Dwa dni potem w telewizji i szkołach odgłoszono, że wszyscy rodzice mają zabrać swoje dzieci do przychodni, gdzie dostaną do wypicia płyn Lugola, który ma zapobiec chorobie popromiennej dzieci. Należy ograniczyć wychodzenie z domu i niepotrzebne podróże na wschód kraju lub do Rosji. W 2 tygodnie „zaszczepiono” 11 milionów dzieci. Jak byś się czuł, gdybyś pewnego dnia dowiedział się, że przez ostatnie dwa tygodnie przez twój kraj wiało radioaktywnym wiatrem ale nikt się do tego jawnie nie przyznał? Mówiono, że na Ukrainie zginęło 6 milionów ludzi, że ulice wprost świecą radioaktywnością a twoje dziecko ma 50% więcej szans, że w ciągu najbliższych lat zapadnie na raka szpiku czy tarczycy?
-…
-Nie ma w Polsce rodziny, która nie straciłaby kogoś na wojnie, w obozach czy na froncie. W każdej rodzinie jest to historia żywa i bliska i przekazuje się ją kolejnemu pokoleniu jak srebrne łyżki i zegarek po dziadku. Ale każde społeczeństwo ma swój własny poziom tolerancji na cierpienie i sromotę historyczną. Lodyńczycy siedzieli w tunelach metra i wcinali fasolę z puszek a w tym czasie miliony Europejczyków z kontynentu fajczyło się w piecach krematoryjnych. Żeby móc iśc dalej i przestać myśleć o tym jak o niewyobrażalnej potworności, trzeba umieć zacząć o tym żartować.
– Ale my o tym nie żartujemy! Nie  drwimy sobie z innych ludzi!
-I właśnie dlatego nadal nienawidzicie Niemców do tego stopnia, że pewna Niemka, która pracowałą ze mną kilka miesięcy temu wyparła się swego pochodzenia i dopiero, kiedy poznałyśmy się bliżej przyznała się, że nie chwali się swoim pochodzeniem w Anglii od kiedy przez miesiąc ktoś malował jej trabanta w swastyki. W Anglii, w 2006 roku!
-…
-Nie potrafiliście nawet przełknąć kwaśnego cukierka w czasie MŚ w piłce nożnej w Niemczech, ileż ja to się naczytałam w The Sun czy w 
Esqirerze o tym jak głupi, śmieszni i beznadziejni są Niemcy, jak grają na tych swoich dzwonkach, chodzą w kapeluszach z piórkiem i rażą akcentem.
Wolę siać ukraińskim dowcipem niż brytyjską nienawiścią.

Joe obsiadł, spuścił parę z rurek i zaczął się tłumaczyć. Dodałam, że według Anglików Szwedzi jedzą surowe ryby prosto ze skóry, mieszkają w szopach krytym mchem i zużywają za dużo prądu przez te ich wieczne noce, Polacy mówią po rosyjsku, mają 11 miesięcy zimy, chociaż coś się z tym nie zgadza bo są tacy, którzy twierdzą, że Polska leży w Afryce! Śmieją się z naszych potknięć językowych a sami potrafią tylko bonżuł i heilhitla! Nienawidzą Francuzów a żrą ich sery i żłopią wino aż im się uszy trzęsą, gardzą Włochami a wszędzie zachęcają smakami italian taste, kraje na wschód od Rzymu aż po Chiny to Rosja a Amerykanie są śliniącymi się debilami.

Irlandzki Joe milczał jak zaklęty. Bezlitośnie dodałam, że Irlandczycy nadal istnieją w świadomości Brytyjczyków jako tani stoczniowcy w beretach, Szkoci jako półmózgie krwiożercze prymitywy z gór spółkujące z owcami a Walijczycy mają głupi język, którego nikt nie rozumie i zdecydowanie za dużo lasów i za mało parkingów.

I to wszystko wnioski jakie nasunęły mi się po 1,5 roku nurzania się w Angielskiej kulturze. Oni sami tego nie widzą. Żyją w nieustannym naśmiewaniu się z nadwagi, niedowagi, wzrostu, chronicznych wiatrów Justina Timberlake’a i mody gwiazd telewizyjnych, fotografują piękne kobiety nie noszące majtek, wysiadające z luksusowych limuzyn i celulitis J-Lo.

Kiszą się na tej swojej wysepce, niepomni na barwność kultury europejskiej uważając, że nikt tak nie ucierpiał w IIWŚ jak oni, że są wyzwolicielami Europy, każdy powiniem mówić po angielsku a ruch lewostronny jest jedynym słusznym ruchem drogowym. Żrą kiełbaski będące mieszanką mięsa, mąki i mleka, fasolę z puszek i dorsza.

-A jak inaczej?- spytał w końcu Joe i zamrugał niebieskimi ślepkami.

Pogłaskałam, przytuliłam i dałam mu czas na przemyślenia. W końcu nie każdy z nas ma szansę żyć w ciekawych czasach.

Barka śledziowa i Temat

Zwykły wpis

Atlantycka pogoda. Wszyscy czują się jak na pokładzie barki śledziowej w samym środku sztormu. W dzisiejszej kuchennej scenie zabrakło tylko lampy zwieszonej z sufitu, smętnie kiwającej się nad głowami umordowanych marynarzy. Fale białego, zacinającego żyletkami deszczu uderzały raz po raz w okno, ktoś wstał włączyć ogrzewanie i zrobić jeszcze kawy. Ohyda.

/Woven Hand- pan jak zwykle śpiewa o Bogu i owieczkach ale podoba mi się bo śpiewa spod wątroby./

Co do Tematu: już nie muszę czekać na SMS’a. Wystarczy, że nie widzimy się parę dni i miniemy się wkorytarzu- wieczorem dostaję miłego dla oka sesemesika z całuskami i zapytaniami o zdrowie i samopoczucie szlachcianki, jak pogoda i notowania na giełdzie. Dawno już przestałam pisać pierwsza. Pewnego dnia stwierdziłam, że prędzej ugryzę się w ucho niż napiszę, więc po prawie trzech tygodniach ciszy zaczął mnie bombardować propozycjami: a to koncert Enter Shikari a to wypad załogi starego departamentu na wielkie chlanie itp. A kiedy sam się ulula, wysyła pustaki. Ale szanownie przyjęłam propozycję wypadu 1 września i teraz czekam na szczegóły. 
Nie rzuciłam się jak kura na ziarnko, tylko odłożyłam telefon i dałam mu 
poczekać dobę. Żeby sprawdzić jak długo wytrzyma i jak mu zależy. Do kolejnego wieczora dostałam trzy ponaglenia czy idę, czy pójdę, czy będę.
Jak po mnie przyjdzie, to będę 😀

I robi podchody na miarę swojego młodego wieku- zamiast przyjść i pogadać, kręci się koło mojego grajdołka i udaje że rozmawia z każdym oprócz mnie. A ja śmieje się do łez patrząc, jak idzie po rolkę papierowych ręczników 10 minut, po drodze ogląda ściany i szuka dziadów po kątach, stoi 2 metry ode mnie i udaje, że jest tu z misją powierzoną przez samą Elżbietę II. A potem wraca do siebie wolnym krokiem kulawego żółwia i drażni mnie widokiem swoich gołych łydątek. Bo to nie są łydki, tylko łydątka. Cóż, takie zboczenie. Żadnego z nas nie można nazwać normalnymi
ludźmi ale im dłużej nad tym myślę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że w tym tempie Temat osiągnie dojrzałość emocjonalną w 2078 roku. Tyle tylko, że do tego czasu ja będę dyndać na chmurce i oglądać świat z całkiem innej perspektywy.

Czy tak jak dzisiaj- dziabnęłam go przypadkowo drzwiami, wymieniliśmy się helołami i wtedy, kiedy nastąpić miała kulminacja przelotnego spotkania, nabrał powietrza, sapnął przez nos i już. Po kulminacji. Dobrze, że się nie usmarkał.

/Woven Hand- „Swedish Purse”, śliczności./

Podoba mi się, że należę do jego wieczornej rutyny: skarpetki, wyłączyć telewizor, nastawić budzik, ziewnąć, wysłać jej trochę literek, podrapać się w tyłek i spać. Kiedy w końcu wymodzę odpowiedź na sesemesa, około 23:30 już nie dostaję odpowiedzi. Do następnego wieczora.

A więc, do następnego. Branoc.

Gateway, organiczny syf i złoty ząb i żółtko

Zwykły wpis

Od dziś piszę z zacisza kołderki, co oznacza, że wkroczyłam na wyższy poziom użytkowania komputera i weszłam w posiadanie laptopa. 😀 😀 Wczesnym rankiem Suseł dał mi do pomacania przyciężkawe pudełko z rączką, które okazało się dawno wyczekiwanym komputerkiem. Ponieważ według zasady, że co ma działać trzeba zepsuć, Suseł wywrócił system zanim jeszcze wyszłam do pracy. Nie jadł śniadania, obiadu kolacji, wróciłam o 21:00 a on nadal siedział tak jak go zostawiłam, z obłędem w oczach i „instalował”. W ciągu dnia zamordował Windowsa Vistę, postawił XP’ka, położył XP’ka, postawił XP’ka i położył kartę dźwiękową. A więc nic mi nie leci w tle.

/Nic nie leci w tle./

Ale reszta działa bez zarzutu. Tymczasem Suseł wcina fasolę z puszki i jest szczęśliwy jak norka.

W pracy. Ponieważ w ramach programu „No queues” 80% załogi musi umieć obsługiwać kasy, zostałam wyszkolona, przepytana i pozostawiona napastwę losu klientów. Po trzech dniach normalnych zmian przerywanych nieustannymi
wezwaniami na kasy przekonałam się, że Anglicy dzielą się na dwie grupy żywieniowe: śmieciożercy i organiczni. Śmieciożercy żrą co popadnie- bekon, czipsy, frytki, żelki, marszmeloły, dania gotowe, te ich ohydne kiełbaski, żłopią Pepsi. 
Opasłymi paluchami wygrzebują karty płatnicze z opasłych, otłuszczonych 
portfeli noszonych na opasłych i otłuszczonych sercach.
Organiczni natomiast wydają majątek na zdrowe, nisko przetworzone żarcie, którego pochodzenie graniczny albo z cudem albo z absurdem. Np. marchewka Organic jest organiczna, zdrowa i droga bo ma wiechcia na końcu , jest umazana błotem i zapakowana w fikuśny, niewygodny worek. Kupują organiczną czekoladę, organiczne ciastka, organiczny makaron a to wszystko wyczarowane z ziemi niezanieczyszczonej cywilizacją, oddychające niezanieczyszczonym powietrzem, chłeptające wodę z jurajskich ujęć a to wszystko razem zebrane w jakimś graniczącym z cudem miejscu, z dala od dróg i autostrad, hrabstwo lub dwa dalej. Tu zaznczyć trzeba że w Anglii co krok to rondo lub samochód, więc ufam, że pani Rowling sprzedała angielskim farmerom sposób na upychanie organicznych farm w pobliżu Hogwartu, lub w zajezdni  Błędnego Rycerza. Albo taki dorsz czy śledź Organic- skąd? Z odległej planety, gdzie morza i oceany nie zaznały tankowców i trawlerów? Każda ryba wyłowiona z ocenaów tej planety może służyć za termometr, tyle w nich rtęci. Ale organiczni Anglicy wolą przepłacać zamiast myśleć.

I tak sobie siedziałam na tej kasie, myślałam, pikałam, skanowałam,
przesuwałam, kiedy podeszła do stanowiska lekko pastowana dziewucha w moim wieku, obwieszona koralami, w przydługich szmatach. Uśmiechnęła się niewinnie klawiaturą złotych zębów a mi zapaliły się pomarańczowe lampy ostrzegawcze. Cyganka kupiła KiteKata za 36 pensów i poprosiła o rozmienienie kilku banknotów na łączną sumę 50 funtów. W tym momencie w moim mózgu ogłoszono alarm bojowy. Od razu przypomniało mi się co Matula moja powtarzała o Cyganach chcących rozmieniać pieniądze- :”Nigdy nie rozmieniaj, dadzą ci 100zł, ty rozmienisz a za chwilę wrócą twierdząc, że dali 200 a ty ich oszukałaś.”. Odmówiłam a ona niezadowolona wróciła na sklep i zaczęła krążyć między półkami i kasami w kółko ciągle trzymając resztę w łapie. Obserwowałam ją kilka minut ale w końcu znikła mi z horyzonyu. Po kliku minutach niespodzianka- wróciła i zaczęła się rzucać, 
że wydałam jej o 2 funty za mało. A ja wydaję pieniądze z dokładnością 
szwajcarskiego bankiera- złotówki, denary, liry, funty, jeny, bez znaczenia.
Szybko wezwana Team Leaderka mrugnęła okiem i poprosiła ją o kontakt i 
adres na wypadek gdyby okazało się, że w kasie rzeczywiście jest za 
dużo pieniędzy. Cyganka jakoś nie pamiętała gdzie mieszka i jaki jest jej
numer telefonu. 
Biedna cipa nie wiedziała na kogo trafiła- nie takich kombinatorów miałam na tapecie pracując tam gdzie pracowałam w Polsce. 5 lat liczenia pieniędzy na kasie w weekendy, w szczytowym ruchu, 300-400 tysięcy zł przepuszczane 
dziennie prze ręce pozostawiają odruchy nie do zapomnienia.

/Nic nie leci w tle./

Rower nadal w naprawie, chodzę piechotą, po drodze jem kanapki i studiuję dyskografię Depeche Mode. Po tylu latach nadal jestem w stanie wygrzebać z nich coś w co nie wsłuchiwałam się wystrczająco dokładnie. Prawie jak z tą słomianką pod czajniczek na herbatę w którym pozasychały kawałki jedzenia…

Wygrałam zakład o żółtko. Rozmawiałm z durnowatym Janiołem o kolorze moich włosów, kiedy rzuciłam słowem „yolk” dla pełnej wizualizacji. Zaczął się pienić, że nie mówi się yolk, tylko yok i nie piszę się tego przez „l”, tylko bez „l”. Po jego stronie stanął też Garnek i Irlandzki Katolik ale ja trzymałam swoją rację. Nie na darmo sprawdziłam kiedyś to słowo w słowniku po tym 
jak John Travolta użył go w scenie z dowcipem w samochodzie w filmie
 „Michael”. Uparłam się jak oślica i nie było rady- poszliśmy do jedynego 
Anglika w okolicy, który potrafi pisać i stanęło na moim. 
Triumfalnych fuknięciom nie było końca. 😀

Dobra, dość narzekania. Grzeje mnie radiatorek i włacza mi się tryb wypoczynkowy.

Yo!

 

Gwarancja, szafa na buty, M40 i poprawność polityczna

Zwykły wpis

Pogoda znowu nie zasługuje na słowo komentarza. I to właśnieteraz, kiedy po 3 tygodniach użytkowania mojego lśniącego, czarnego rowerka,musiałam go oddać do naprawy. Skoro już mam drałować 12 kilometrów dziennie na piechotę, to czemu nie przypięknym słonku? Nieee, lepiej, żeby pogoda wróciła do normy, czyli zimnego,zaplutego i zasmarkanego niekończącego sie ciągu ulew i oberwań chmury.

 

A rower, no tak, zepsuł się. Najpierw klikało w pedale,potem stukało w pedale, potem zaczęło walić. Kiedy dołączył do tego drugi pedała ludzie na ulicy zaczynali się na mnie obracać, zabrałam skarba do sklepu. Panwsiadł, zrobił kilka kółek wokół budynku i postawił diagnozę- cały rdzeń międzypedałami do wymiany.  A few days, co poichemu może znaczyć nawet 2 tygodnie. A ponieważ pogoda dopisuje, daję zarobićpakistańskim taksówkarzom, blać.

Dopisują nam również nasi sąsiedzi. Dwa dni temu, zainspirowanebrakiem miejsca w kuchennych szafkach, wybrałyśmy się z Żoną Lokatora naszaber. Pobliska aukcja staroci wyposażyła nas już w kupę pięknych, starychmebli, więc pomyślałyśmy, że to Coś, co stoi i czeka na nowego właściciela,czeka właśnie na nas. Pięć czy sześć półek z ciemnego drewna w kształcienarożnika idealnie wypełniłoby wnękę w kuchni z którą nie ma co zrobić. Przyokazji wypatrzyłyśmy przeszkloną szafę, którą jak ulał uwidziała się nam wprzedpokoju. Samoręcznie i samonośnie przytargałyśmy oba graty do Zamczyska izostawiłyśmy w holu. Ponieważ bez męskiego wsparcia skończyłoby się na holu,poszłyśmy przekonywać panów, że jest robota do wykonania.

Lokator dźwignął się z sofy, żeby podrapać się po bełchu,Suseł pokiwał głową zamyślony i zaczął mierzyć wnękę udowadniając, że nijak niezmieści się tu mebel, nieważne jakich rozmiarów. Potem Lokator zapalił fajurkę,Suseł odpalił i obaj pogrążyli sie w gdybaniach jakie brzydkie jest to cośczego jeszcze nie widzieli i że kupa butów w przedpokoju ma wartość artystyczną.Potem Lokator zaczął robić sobie tatara, Suseł kosztować a my dalej stałyśmyjak gwizdki czekając na zmiłowanie boskie. Szantaże i najazdy na męską ambicję niedziałają kiedy mężczyzna jest w stadzie z innym mężczyzną, na stole stoi żarciea na dole czeka robota.

I tak, po godzinie, kiedy zeszliśmy w końcu na dół….okazałosię, że ktoś podpierdolił nam szafę na buty. W Zamczysku mieszka w sumie 20osób. Komu obić pysk na tę okoliczność? W akcie bezsilności poszłam więc iwsadziłam do śmieci parę portek niewiadomego pochodzenia, które zaplątały sięostatnio w moje pranie. Nie ma szafy, nie ma portek.  

 

Dziwny ten kraj, dziwny.

 

Tydzień temu na autostradzie zastrzelili harleyowcawracającego z konwentu miejscowość obok. Dokładnie tak samo, 6 lat temu po tymsamym konwencie zastrzelono innego Piekielnika. Ktoś wychylił się z samochodu,strzelił motocykliście z Hell Angels w kark i po kłopocie. Tyle tylko, żezrobił to na autostradzie A40, która łączy północ z południem Anglii w wynikuczego przez sześć godzin samochody jak stanęły tak stały. A wokół pola i owcejeno! Ani KFC ani picia, ani sisi. Skończyło się na doraźnej pomocy w postaci foliowych kocyków

 

 

Co za kraj…Palenie papierosów jest traktowane jako publiczna obraza,zarówno w pracy, jak i we własnym samochodzie. W tym kraju produkuje się bluzypolo wzmacniane Kevlarem, żeby chronić dzieci przed szkolnymi gangaminożowników (w ciągu ostatniego pół roku w Anglii 16 chłopców poniżej 15 rokużycia  poszło do piachu), nie wolnodekorować domów na Boże Narodzenie chrześcijańskimi symbolami bo obraża sięmuzułmanów. Katolikom czy protestantom nie wolno nosić do szkoły religijnychozdób, bo obrażają Pakoli a Pakolom wolno nosić każdy symbol Allacha bo jaknie, to wytaczają proces o dyskryminację. W okresie Ramadanu białym nie wolnojeść lunchu przy biurkach, bo obrażają tym Allacha, który wtedy patrzywyjątkowo przenikliwie.  Biała kobieta,która odezwie się pierwsza do towarzysza np. w pakistańskiej taksówce, obrywawstecznolusterkowym spojrzeniem ‘ala Dżyngis Han. A potencjalnie homoseksualnymanager w pracy, potrącony przez Pakola, nazwany bardzo niestosownie i znowupopchnięty nie ma prawa do złożenia zażalenia a Dyrekcja w ciągu dwóch dniprzywraca Pakola na stanowisko a poszkodowanego managera przenosi to innegosklepu.  

Gdzie ja mieszkam?

Ale to również kraj pięknych pól, owiec, łąk wieczniezielonych (bo nieustannie podlewanych przez deszcz), zamków, celtyckichcmentarzy, chat z kamienia i słomy rodem z Tolkiena i innych takich tamgadżetów.

  

   

 

Cii, już nie narzekam. 😀

Zamki, skarby i rycerz na białym ośle

Zwykły wpis

Weekendy wycieczek po okolicy. Przyszło upragnione lato, Lokator odpalił czterokołowca i zabrał nas na pakę. W zeszłym tygodniu odwiedziliśmy Stratford nad Avonem- miasto w którym urodził się Szekspir oraz Zamek Wroxton, dziś Zamek Broughton, za tydzień planujemy Zamek Warwick. Fosy, mury, witraże, niekończące się soczyście zielone trawniki przystrzyżone na 2 cm, rzeźby, kaczki, ławki i wodne lilie.

Ślubna Lokatora okazała się miłą panią po czterdziestce, z lekką dewiacją na punkcie Syna ale robi dobrą herbatę i jest miękka i gładka w kontaktach. Nawet Truffel wychynęła z pokoju dwa czy trzy razy, co się jej chwali, bo juz bałam się, że pewnego dnia zadławi się pajęczyną.

Dziś byłam na samochodowych wyprzedażach i ostatecznie stwierdziłam, że Anglicy nie wiedzą co mają w domach i co właściwie sprzedają. Ale o tym zaraz.
Z drobnostek kupiłam obrazek-płaskorzeźbę do łazienki z poprzyklejanymi muszlami (50 pensów), wiklinową walizeczkę na drobiazgi (50p), lampkę na świeczkę i aromaciki (50p) i przecudne TakieCoś- w głębokiej ramce, za szybką trzy miniaturki kuchennych półeczek. Na nich obrusiki, ręczniczki, czajniczek do herbaty, wałeczek do ciasta, garnuszki i takie tam utensylia kuchennie i mały miś- kucharz. A wszystko maluśkie i tak precyzyjnie wykonane, że wpatrując się dokładnie cały dzień, nie znalazłam śladu kleju czy chińskiej niedoróby. Cudeńko. Na razie chodzę po kuchni i przykładam do ścian.

A z prawdziwych skarbów: atlas świata z 1892 roku- nówka nie śmigana, z cieniowaniem gór wykonaną metodą kreskową Lehmana i Polską rozebraną pomiędzy miłych sercu sąsiadów. Japonia nazywana jest Nipo, nie ma Wietnamu tylko Siam, Anam i Tongking, połowa krajów afrykańskich nie ma określonych granic a Biegun Północny to biała plama kończąca się na Wyspie Jan Mayen. Absolutny skarb w mojej kartograficznej kolekcji. Również za 50 pensów. Pani sprzedająca stwierdziła prawdopodobnie, że atlas jest nieaktualny i pachnie strychem a gupia panna piszczy ze szczęścia zamiast kupić najnowsze wydanie ABC Urody.

Drugim skarbem jest oryginalny CorelDraw 8.0 i Photo-Paint z licencją, pudełkiem, trzema tomiszczami instrukcji i pełnym archiwum klipartów. Nigdy nie otwierany, za 5 funtów. Też piszczałam.

/Kraftwerk- „Radioaktivitat”/

1 września idę pić z Tematem.  Jak to możliwe? To w następnym odcinku. W każdym razie, Temat tak się ucieszył, że wysyła mi wieczorami puste SMSy. Biedne dziecko. 😀

Ten świat robi się karykaturalny

Zwykły wpis

W tym tygodniu dworzanie Lokatora wraz z Lokatorem zwalili się w liczbie trzech (3) do pokoju 6x6m^2. Tym razem pranie, bagaże, torbiszcza zajęły pół przedpokoju i kuchni, o mało co nie zabiłam się na czyjejś torbie, kosz na śmieci zapełnił się w mgnieniu oka. I pojawił się problem z Kamieniarzem. Lokator stwierdził, że „ma ochotę kujnąć Żonę” i Kamieniarz będzie mu zawadzał i wywoływał krępację. Więc siupnął go do pokoiku z okienkiem strzelniczym. To z kolei nie bardzo odpowiadało mi, bo nie lubię jak mi obcy facet 2,2m wzrostu dyszy za regipsową ścianką i samą swoją obecnością zmusza mnie do wyłaczenia telewizora o 22:00. Ale cóż, legł na materacu i kropka. W nocy przeniósł się do pokoju komputerowego twierdząć, że  tam jest scur albo inna mysza i szura mu. Ok, mysza może być bo to 200 letni dom i mieliśmy już myszę w uchni. Ale mówię: skoro tak, wyjmijcie wszystkie  swoje narzędzia i graty z klitki i wygońcie gada. Rozbiegli się nagle do swoich zajęć zostawiając problem na następną sesję osiedlową.

Tymczasem wielkimi krokami zbliża się audiencja Mateczki Susła, która potrwa nawet miesiąc. Mateczkę do naszego domu przywiezie Brat z rodzinką i wygląda na to, że za dwa tygodnie, nasza domowa menażeria powiększy się do…10 osób. Na szczęście tylko na weekend.

Boję się Mateczki.

/Depeszki „Blasphemous Rumours”, o wpadaniu pod samochód./

Maluję obraz. Śmierciuszek siedzi przy stole w restauracji a ponętna skośnooka kelnerka serwuje mu spaghetti bolognese pokazując majtki w barwach narodowych Anglii. Jak skończę, załączę.

Truffel traci kontakt z rzeczywistością. Wychodzi od siebie tylko na siku albo żeby warknąć. 
Wczoraj myła naczynia, stuknęłam Susła, żeby popatrzył co ona 
właściwie robi. Stała przy zlewie, tyłem, w kompletnym bezruchu dobre 3 minuty.
Patrząc przed siebie, na pustą ścianę. Kto zna Trufla, ten wie, że nic w tym dziwnego ale tym razem  j e s t  w tym coś niepokojącego. Znam ją 22 lata i widziałam różne cuda: zawieszki w lesie, kiedy cała gromada chodziła i wołała „Truuuufel!” a ona siedziała na mchu i kontemplowała gównotoczka, kompletnie niepomna głosu spanikowanych rodziców, zawieszki w szkole, zawieszki mniejsze i większe… Niektóre całkiem zabawne, jak wtedy kiedy byłyśmy nad morzem…

Rowy, środek września, zimno, paskudnie, po plaży błakają się dwaj dziadkowie z wnusiem i my. Grzebiemy sobie w piasku wymieszanym z ptasim gówienkiem w poszukiwaniu muszelek. Nagle, kątem oka widzę jasną postać zbliżającą się do nas od prawej. Patrzę…nie wierzę. Mrugam, nadal to samo: c a ł k i e m  goły facio maszeruje plażą w kierunku Ustki. Trampki związane za sznurówki, przerzucone przez ramię, majtadały zwinięte w kulkę i zapchane do buta. Radość i swoboda buja się na wietrze w rytm kroków. Facio coraz bliżej a ja zamurowana szturcham Truffla grzebiącego się w rzeczonem pisaku z gówienkami. Truffel nic. W tym momencie facio minął nas w odleglości pozwalającej wywąchać zapach skarpetek z trampek a Truffel nic. Wgapiona w białe, nieopalone dupsko, znowu szturcham Truffla, tym razem podpierając się „kurwą jej macią”. Truffel podnosi głowę, spostrzega nagusa i … nic.
-No patrz, widzisz? Goły facet!
-No?
-Goły! Facet! Goły facet!
-Do Ustki idzie.
-No i? Goły przecież!
-Do Ustki daleko.- dodała z zadumą i wróciła do grzebania.

Taki to Truffel właśnie jest.

/satelytka Lokatora zagłusza odbiór muzyki/

Znowu prowadzę porady komputerowe przez gg. Moja Mateczka, komputer i specjaliści od komputerów to jak rozmowa blodynki z blondynami o samochodach:

„-Więc wsiadłam, poprawiłam lusterko, sprawdziłam szminkę ale silnik nie odpalił.
-A sprawdziła Pani czy schowek na rękawiczki nie jest otwarty?
-Tak, był zmknięty, ale pomyślałam, że może to wina wycieraczek, że je zmieniłam w zeszłym tygodniu, więc wysiadłam, oderwałam i wyrzuciłam.
-Co?
-Jak to co? Sztuczne rzęsy!”

To mi przypomina moją Cioteczkę, która kończyła studia inżynierskie z technik komputerowych w czasach, kiedy przeciętna ODRA zajmowała jeden pokój a operatornia dwa kolejne. Dziś, po 25 latach od tamtych czasów nadal struga specyalystę: „Mam taki wolny internet ponieważ CeDeRóm jest zepsuty a tak wogóle to gg mi nie działa i wyskakuje bo mam mało miejsca na dysku.” 3Gb wolnego miejsca nie były dla niej wystarczająco przekonywujące.

Cóż, widać na mnie też przyjdzie taki czas. Dobije do pięćdziesiątki i kompletnie mnie odmóżdży w kwestiach informatycznych- będę bała się supernowoczesnych komputerów, twierdząc, że siedzi w nich diabuł (jak mawiała moja Babcia Od Wielkiego Dzwonu). „Nie wciskaj tych guzików, bo to diabuł, nie wiadomoco i wskoczy jeszcze się poparzysz, bo to na prąd idzie i prąd marnuje, jezus marya!” A to było Commodore 64 i River Raid.

/Suseł pociska na elektrycznej giczałce aż mi wibrują oprawki od okularów./

I tak wogóle to stwierdziłam ostatnio, że moje życie to jedno długie pasmo utyskiwań na ludzką głupotę. Muszę się znieczulić.

Ale jak tu się znieczulić na taki widok?: Niezbyt rozgarnięty pracownik mojego grajdołka próbował wczoraj zmienić dętkę w rowerze…nie ściągając koła. Przyszedł kolega i też nic nie wymyślił. Ponieważ obaj pracują na trollowni a ich IQ nie sięga 80 skończyło się na drapaniu po głowach. Aż w tle słyszałam melodyjkę z „Sąsiadów”. Kolega w końcu poszedł nic nie wymyśliwszy a pechowiec… oparł się o kolumnę przymurkową i …popłakał się.
I wtedy zrobiło mi sie żal. Cholerny świat. Ale nie poszłam i nie pomogłam, bo ów pechowiec ma ok 45 lat i straszne ciśnienie na kobiety. Ma obłęd w oczach, zielony groszek (sztuk raz) zamiast mózgu i czerwienieje na 
twarzy na widok kobiełki. Kiedyś wisiał nade mną ładnych parę minut bez słowa, tylko
z pasją w ślepiach, kiwając głową i czekając na natchnienie, które ześle mu Bóg. Ja miałabym paść na kolana z wrażenia i wtedy by se kujnął? Dżizu!