Monthly Archives: Luty 2008

A co na tpo BBC?

Zwykły wpis

A było odczuwalne i to nawet w Europie z tego co podaje BBC:

(…)Davie Galloway, seismologist for the BGS, said people had reported feeling the tremor from as far as Bangor in Northern Ireland to the west, Haarlem in Holland to the east, Plymouth to the south and Edinburgh to the north.(…)


Z drugiej strony, nocna zmiana w Sklepie nic nie odczuła. Co najmniej 50 osób, 10 km od naszego Zamczyska nie poczuły nawet kiwnięcia. Kilka kilometrów dalej, na osiedlu na którym mieszka większość mojej
załogi poszło kilka szyb. 

Reklamy

Najsilniejsze trzęsienie ziemi w UK od 25 lat, potęga ignorancji i coś o wiedzy ogólnej na temat matki naszej Ziemi

Zwykły wpis
-Dzień Dobry!
-Dzień Dobry!
-Dzień Dobry!
-Co nowego?
-Niewiele.
-Dzień Dobry!
-…
-Dzień Dobry!
-Patrzcie! Jedzą Howarda.
-Doprawdy? Daje do myślenia, nie?

„Sens Życia według Monty Pythona”, Scena w akwarium.

Zaczęło się od tego, że nagle trzepnęło łóżkiem, szarpnęło i w ciągu trzech setnych sekundy obudziłam się, usiadłam i zdałam sobie sprawę z tego, że cały pokój kiwa się na boki! W ciemności słychać było tylko niskie „łuuuuuuu” i skrzypienie mebli. Suseł obudził się jakieś 4 sekundy później, zerwał się z łóżka i poleciał do okien szukać grzyba atomowego. W ciągu 10 sekund wstrząsy ucichły stopniowo i zapadła cisza. Wyszliśmy do przedpokoju gdzie Brat stał w samych gaciach i łypał przez uchylone drzwi. Już po tym jak odzyskaliśmy zdolność logicznego myślenia, odrzuciliśmy gniew poltergeista Zamczyska, wybuch atomowy i naprawdę dużą ciężarówkę, doszliśmy do wniosku, że właśnie doświadczyliśmy trzęsienia ziemi.
Suseł trzymał kabel i łapał falę, ja gmerałam przy pokrętle i przez kolejną godzinę słuchaliśmy BBC, które rozbawionymi głosami opowiadało jak to we wschodniej Anglii właśnie pieprznęło 4,7 w skali Richtera, pootwierały się szafki kuchenne i całe miasteczka pobudziły alarmy samochodowe. W końcu usnęliśmy.
Rano, wersja oficjalna sięgnęła 5.3 w skali Richtera. Pojechałam do pracy ale postanowiłam nie wpadać na zmianę z wybałuszonymi ślepiami i pianą na pysku opowiadając jak trzęsło mi się łoże. I dobrze. Bo reakcja Anglików była…ŻADNA. Nastawiłam uszy na odbiór słów quake, tremors, shakes, last night i nic. Koło 12:00, już po tym jak minęłam w korytarzach z 50 osób
(„-Mooorning!”)
ziewnęłam przeciągle i E. Spytała mnie czy jestem zmęczona. A byłam, jak cholera bo zanim usnęłam oczami wyobraźni widziałam padające domy, falujące asfalty, trzeszczące warstwy geologiczne i napięcia w głębi ziemi. Geologiczny koszmar senny. Odpowiedziałam więc, że padam z nóg przez te… zawiesiałam głos.
-Przez co?
-No wiesz…- nic- Trzęsienie.
-Oł! A, to! No…eee…pf.

Ok, w gazetach nic nie ma, zamknęli wydania brukowców przed dobranocką ale ludzie powinni chociaż coś skomentować! Jak było? Jak wysoko się skakało? C o k o l w i e k !

Angielska flegma, ot co. Nic ale to nic nie jest w stanie nimi wstrząsnać. Kiedy w tym roku pół Anglii stało pod wodą, granica wody dotarła do centrum miasta, jedynym problemem było to, że nie można było się dostać do najtańszego parkingu w mieście a farmerzy z zalanych pól w przerwach między pompowaniem wody z piwnic wnoszą błocko na kaloszach do pubów. Pomyślałam wtedy: cóż, Anglia to mokra, deszczowa kraina, są przyzwyczajeni do powodzi więc nawet się nimi nie przejmują.
Ale jak wytłumaczyć kompletny brak zainteresowania trzęsieniem ziemi od którego telepały się wszystkie pamiątki rodzinne na kominkach od Bangor po Londyn? Znieczulicą? Odpornością na stres nabytą w bombardowanym londyńskim metrze? Kompletnym zidioceniem?

Dla porównia, zastanówmy się jakby to wyglądało w Polsce.
W ciągu minuty od ostatnich wstrząsów wszyscy mieszkańcy budynku wyskoczyliby na korytarze, żeby wymienić doświadczenia, ustalić co się stało i co dalej? Powstałby komitet kryzysowy pod kierownictwem Sąsiada spod 12, który z kolegą spod 8 rozganialiby tłum do mieszkań, nieświadomie rozwiązując tym samym komitet po 10 minutach istnienia. Rano, w sklepach i firmach nikomu nie zamykały by się paszcze: a kto? a co? a co na to ciotka ze Zgierza co już rano dzwoniła bo słyszała u Ojca, że na Wrocław w końcu spadła kara boska. Wszystkie odczucia wyłożone prosto na stół, omówione i wymienione z kolejnymi słuchaczami jako swoje. Dowcipy, przytyki do grubasa z parteru itp. Czujecie to? Wieczorem, w Wiadomościach pełna relacja, z udziałem naukowców z PANu a w tle, nieruchome zdjęcie wydruku z sejsmografu. W ciągu następnego tygodnia PZU Życie musiałoby umorzyć 100 podań o odszkodowanie za przewróconą w przedpokoju miotłę i zestresowanego psa. A po kolejnym tygodniu, trzęsienie przeszłoby do historii. Tylko Daniec wspomniałby jeszcze o wydarzeniu przy okazji kolejnego skeczu o Gołocie z okazji opolskiego Kabaretonu.

Anglicy przyjęli to z gentelmeńskim profesjonalizmem lub kompletnym bezmózgim znieczuleniem, nie jestem w stanie stwierdzić.

Ale najbardziej wstrząsnął mną koniec zmiany. Trzęsienie ziemi o sile 10 w skali Richtera nie wywołałoby we mnie takiego szoku jak końcowe stwierdzenie E., Angielki, pani ok trzydziestki, matki synka w wieku lat ok. 10.:
-No cóż, w dobie ocieplenia klimatu takie rzeczy będą zdarzać się coraz częściej!

W moim mózgu powstało spięcie. Cudem powstrzymałam się przed boleśnie niegrzecznym sprostowaniem na miarę mojego wykładowcy z geologii dynamicznej. Wyjąłby z pyska fajkę, zapetował w popielniczce na biurku i sięgnął po indeks, mówiąc:
-Z największą przyjemnością zwalniam pana Drogi Studencie z przykrego obowiązku studiowania. Proszę już do mnie nie wracać, nigdy więcej, ani pod postacią studenta Ochrony Środowiska ani ducha ani też proszę mi się nie kłaniać na ulicy. A teraz proszę iść. Tłukąc kamienie przy układaniu chodnika będzie Pan bliżej geologii niż kiedykolwiek. Żegnam.

Ale żeby dać wydarzeniu odpowiednią oprawę godną polskiego poczucia humoru i wyczucia sytuacji zacytuję wersję Brata i wersję Susła:
Brat: Wiecie, ja myślę, że to nasza sąsiadka włączyła swój wibrator. Baterii starczyło tylko na 10 sekund ale ile króliczków Duracell potrzebowałbyś żeby zaspokoić taką kobietę??

Suseł: Mam taką wizję. Ludzie wybiegają z domków na ulicę. Sąsiadka Willis mówi do Sąsiadki McMillan, przez żywopłot: (niestety, tu musi być po angielsku):
-Look, what a nice atomic blast, isn’t it?
-It is! It is indeed! That’s so exciting! What you think, son?
-Wicked!-
odpowiada lekko niedoćpany nastolatek w rozciągniętych dresach Adidasa, ćmiący fajkę wiszącą z wargi.
A na niebie rozpościera się piękny i kształtny grzyb atomowy. Chwilę potem cały chleb w kraju zamienia się w dobrze dopieczone tosty.

Z Potrzepanej Wyspy

BBC Breaking News

Zwykły wpis

Mieliśmy trzęsienie ziemi!!! Nie umawiałam się na to i 5 lat studiów w jednym z najbardziej stabilnych sesjmicznie rejonów Europy jakoś na to nie przygotowuje!

Jest 01:30 i słuchamy radia. Epicentrum było pod Kingston-upon-Hull, 4.7 w skali Richtera. Trochę mil do naszej Dziury ale silne na tyle, że trzęsło sie wszystko w naszym pokoju a łóżko chodziło jak małżeńskie łoże w ślubnym apartamencie w Las Vegas!

Jutro napiszę co i jak i już się tłumaczę: piszę na blogu o tej później porze TYLKO dlatego, że co chwila sprawdzam wieści spod ziemi 😀

http://news.bbc.co.uk/1/hi/england/7266136.stm

Za pięć lat będę miała pięć lat do czterdziestki!

Zwykły wpis

Czyli Kokainka myśli na czarno z okazji stukniętej trzeciej dziesiątki. 😦
Stuknęła mi w południe i od razu poczułam się jakaś taka stara, brzydka i zwiotczała.

A teraz na dodatek boli mnie wszystko i podejrzewam, że jutro odmówię powstania do pracy. Byliśmy na basenie. Przez dwie godziny prowadziłam zażarty dialog z moim starym, trzydziestoletnim ciałem:
-Płyń!
-A takiego, o! Boli mnie!
-Płyń mówię!
-E-e!
-Płyń bo cię walnę!
-A walnij se! Będziesz stara i posiniaczona. I z zakwasami! O!
Ale ponieważ siła umysłu potrafi czynić cuda i unosić ciężarówki, do 20:00 skończyła się dyskusja z własnymi mięśniami i jakoś poszło. Jutro kolejne
2 godziny.

A teraz spaaać…

O tym jak się łatwo powiesić na sznurze do prania

Zwykły wpis

Natchnienie do tego wpisu nie przyszło ot tak. 
Ale ostatnie wydarzenia w Anglii nie dają się inaczej podsumować. Pewnie będą 
tacy, którzy stwierdzą, że Kokainka znowu przesadza i pakuje wszystkich do
tego samego pudła ale każdy emigrant przyzna mi rację. A bez spojrzenia
na problem z kilku puntów widzenia, jak ocenić co jest lepsze?

Angielska nastoletnia lalka to twór dość dziwaczny jak dla Polaka. Kiedy u nas nastolatka przekracza magiczny wiek kompletnego seksualnego zidiocenia w wieku lat 17-18, angielskie nastolatki przechodzą tą fazę w wieku lat 13-14. Okres, który powinny wykorzystać na kształtowanie indywidualnych gustów spędzają na kupowaniu i nakładaniu na siebie wszystkiego co tandetne, różowe i od lat nie modne w Europie, żeby niczym radiolatarnia kosmiczna wabić młodych (choć częściej starszych) adoratorów w zacisze swoich małych pokoików na piętrze.

Ale od początku:

Pięcioletnia angielska dziewczynka ubrana jest na różowo, tu i ówdzie pokryta cekinami, szminką, lakierem do paznokci, nierzadko chodzi w dziewczęcych bucikach numer 2 na obcasiku, na ulicę wychodzi tylko z torebką i wybiera tylko różowe jogurty. Przy okazji podskakuje i na całą okolicę wykrzykuje najnowsze telewizyjne hity dla maluchów, co jest tym bardziej groteskowe, że robi to ubrana jak mini wersja potwora z pierwszej lepszej strony xXx. Dziewczynkom bardziej twórczym (?), posiadającym jeszcze strzępy wyobraźni, mamy pozwalają wychodzić na zakupy w sukni balowej Królewny Śnieżki. Torebka i buty pozostają bez zmian.

  

Wystrój pokoików powoduje, że wyrasta z nich pokolenie identycznych, od kołyski pokrzywionych osobowości bez cienia indywidualności i umiejętności dokonywania wyborów.

Potem nadchodzi wiek lat 10 i tu dziewczynki nie mają innego wyjścia jak zróżnicować się pod względem wyglądu. Ponieważ do tego czasu 30% dziewczynek jest otyłych, nijak nie idzie za tym stylistyka lalek Bratz. Wciskają się więc w byle co- zwykle dżinsy i koszulki z przedłużonym stanem, które i tak zwijają się na opasłych oponach na brzuchu i co chwila odkrywają różowe, rozdęte ciałka. Na koszulkach napisy: Stworzona do kochania, Takiej drugiej jak ja to nie ma lub Liźnij mnie. I zasadniczo ich życie towarzyskie kończy się z tą chwilą, bo nie to, że nikt ich nie chce liznąć to jeszcze są nieustannie ignorowane przez śliczne rówieśniczki i kończą na sofie u psychoanalityka lub na katafalku. A rodzina patrząc na rozdęte ciało 90 kilowej piętnastolatki pyta: dlaczego? I dodaje, że ona była tak pełna życia i kochana…

Pozostałe 60% triumfalnie wkracza na ścieżkę zdeprawowania, popychane przez mamy, które same wybierają im wszystko co różowe, błyszczące, szeleszczące i ohydne. I absolutnie nie widzą nic złego w tym, że ich córki od kołyski zaczynają przypominać małe prostytuteczki. Lalki Bratz są wyznacznikiem popularności i szpanerstwa wśród młodych dziewczyn. Od tego ile lalek posiada się w kolekcji , w jakich łaszkach i czy już ma się wybieg
z pozytywką zależy to czy córka będzie płakać w poduszkę po powrocie ze szkoły czy też w całkiem zdrowym odruchu spędzać popołudnie na podkręcaniu rzęs. Bratz dyktują styl ubierania się, czesania, styl życia i postępowania. Bratz nie są pielęgniarkami, nie rodzą dzieci, nie jeżdżą na nartach jak lata temu zwykły robić Barbie. Miałam Barbie ale kochałam Fleur. Gięły jej się nogi i była baletnicą ale nigdy nie próbowałam malować pyska tak, żeby wyglądać jak moja lalka ani nie terroryzowałam rodziny szantażami, że jak nie dostanę nowego ciuszka takiego jak ma Barbie to przestanę przyjmować płyny. Małe Angielki (15 letnia fanka lalek to nie przesada) zbierają wszystko co ma z nimi związek, od pudełek na lunch z ich wizerunkiem po kolekcję perfum sygnowanych ich logiem.

 

Bratzki mają wielkie łby, usta pompowane lateksem, które przypominają wargi maltretowanej żony, skośne, bardzo europejskie oczy, długie, lśniące włosy, małe biuściki, talię osy, wąskie biodra i niekończące się nogi. Cel nieosiągalny dla 99% dziewczynek.
-Figura robi właśnie co chce, cycki mi rosną, Bratzka ma mniejsze, nie mam takich długich nóg a moje włosy są matowe i zielone od tej chlorowanej wody w basenie do którego mnie zmuszają!!

  

I tragedia gotowa.

Od wielu miesięcy słuchałam wszystkiego co moja podwładna miała do powiedzenia o swojej 12 letniej córce. Jaka śliczna, jaka zdolna, jaka zgrabna, jak zna się na modzie i nie lubi tego co inne dziewczynki. Pomyślałam: wreszcie jakaś normalna nastolatka. Do momentu kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, żyłam tym błogim przeświadczeniu. Długie, chude, w mini spódniczce, która jeszcze się nie zaczęła a już skończyła, w rozklapanych, super-modnych walonkach ze skóry łosia finlandzkiego Coś. Coś człapało w owych walonkach stawiając stopy do środka, żeby nadać swojej sylwetce wyrazu nieporadności i wdzięku (?) i co rusz odrzucało na plecy prostowane termicznie włosy w kolorze czarno-purpurowym. O makijażu nie wspomnę, bo jeśli dwunastolatka ma włosy we wspomnianym kolorze, nie może mieć twarzy świeżej i czystej jak z reklamy Garnier. Omiotła mnie smętnym spojrzeniem obrażonej madonny i znudzonym tonem wyraziła chęć opuszczenia sklepu bo gorąco. Zepsute ogrzewanie, na zewnątrz +5C a jej gorąco. Cóż, hormony robią co chcą z termoregulacją.

  

A więc statystyczna nastoletnia lalka napatrzyła się na małe plastikowe potworki z serii Bratz i zanim osiągnęła 15 rok życia, wie co i jak, nie musi o nic pytać rodziców, bo rodzice wiedzą na ten temat mniej niż koleżanki. No i służą relacją z pierwszej ręki! Wolny czas spędzają na zakupach, krążą po centrach handlowych trzymając się pod ręce z psiapsiółkami, nic nie jedzą i nic nie piją bo obsesyjnie liczą kalorie. W szkolnych toaletach spędzają wieki przed lustrem, prostując włosy, podkręcając rzęsy i popalając fajki ukradzione z maminej torebki. Zanim osiągną wiek idealny do rodzenia dzieci tuż po skończonym gimnazjum, wieczorami wystają na ulicach, pod pubami i nocnymi klubami marznąc w gołe tyłki i odsłonięte brzuchy.

  

Bez ustanku rozmawiają przez telefony komórkowe, nie przestają wysyłać sms’ów nawet w czasie tańca. Awanturują się, biją, okładają torebkami, wydzierają oczy starym koleżankom lalkom za prawo do spojrzenia na swojego nowego chłopaka, który i tak nie jest niczego świadomy bo od pół godziny ogląda zawartość swojego żołądka w zaułku za kubłem. Potem, razem ładują się do samochodów i zaczynają całonocne exodusy od domu do domu, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić. Pod koniec nocy wyglądają mniej więcej tak:

 

I z jakiegoś powodu, mają spodnie założone tył
na przód.

Po całkiem niespodziewanym dziecku, Bratzki zamieniają się w ropuchy. Od fajek i alkoholu w wieku lat 15 ich śliczne buzie zamieniają się w rozmiękłe, oklapnięte paszcze. Nie spędzają już godzin przed lustrem ale całymi dniami pchają przed sobą wózki z półnagimi, zmarzniętymi dziećmi. Wirażują po centrach handlowych w towarzystwie koleżanek ciągnących jednego szkraba za łapę, pchających wózek i podtrzymujących kolejne i kolejne brzuchy w nieustannym pochodzie młodych, spełnionych życiowo angielskich matek. W chwilach nawrotów burzliwej młodości okładają się torebkami, na chwilę odstawiając wózki pod ścianę gdzie pilnują ich Tatusiowie- chude, mizerne, potatułowane chochoły bez zębów, ogolone na łyso w workowatych ubraniach. Mierne odbicia rzygających kilka lat temu za kubłem chłopaków o których warto się było bić.

  

I tak upływa życie młodych kobiet w małych miasteczkach środkowej Anglii.

Nową modę na bunt przeciw życiu wyrażają Emoki. Emok jak wygląda każdy wie. W moim miasteczku, Emok spędza trzy godziny na wyborze pomiędzy czarno-biało pasiastą koszulką a czarno-biało pasiastą koszulką, prostuje włosy, nakłada makijaż, potem płacze, żeby dodać twarzy dramatycznego efektu akwareli i wychodzi…do supermarketu. W supermarkecie snuje się między marchewką a kalafiorem żałośnie wypatrując oznak cierpienia w ciętych kwiatach. Kupuje mało, bo nie o zakupy chodzi ale o wyjście a potem spędza resztę dnia siedząc na barierce przed Marksem And Spencerem, czekając aż nadejdzie wsparcie. Wsparcie przychodzi w skórzanych płaszczach do ziemi w których nawet Keanu Reeves nie doskoczyłby dzwonka do drzwi. Są wyżsi o 20 cm dzięki koturnom nabijanym blachami i ćwiekami, podzwaniają pokutnymi łańcuchami i czekają.

  

Z godziny na godzinę czekanie staje się nudne więc siadają na chodnikach pod wejściami do centrum handlowego i patrzą na przechodniów żałośnie. Tak od miski. Czasem trzymają w rękach skateboardy, choć nie wiem po co. Zapinają w głowy słuchawki i nawet nie bardzo ze sobą rozmawiają. Wśród Emoków przeważają chłopcy.

  

Dziewczyny spełniają się w roli Bratzków, chłopcy zrywają z mięsożernością i testosteronem i unikają słońca, żeby bladą skórą i wiotkim bicepsem udowodnić światu, że nie są tym za kogo bierze ich świat.

Mniejszych lub większych subkultur jest tu mnóstwo. Długo by pisać. Ale jaki wniosek końcowy, drodzy Cztelnicy?

Odpowiedź jest prosta: pewnego dnia młodzi ludzie patrząc na to co ich czeka, czy raczej co ich nie czeka, biorą sznur lub pasek od szlafroka i pokazują na co stać prawdziwego Emoka. Bo twierdzę, że Emocjonalny jest dziś każdy angielski nastolatek. Serce na gazecie, sznyty na łapach i żadnej przyszłości na końcu bardzo długiego, ciemnego tunelu. .gazeta napisała w tym tygodniu o siedemnastu samobójstwach nastolatków w pewnym walisjkim miasteczku.

Śledzę ten wątek od kilku miesięcy. Policja szuka czynnika sprawczego, czegoś co wskaże motywy tego zjawiska. Sprawdzają czy ofiary się znały, czy rozmawiały, czy odwiedzały się na Bebo lub Facebook. I tracą ogólny obraz rzeczywistości. Wystarczy wziąć paszport i pojechać do innego kraju. Tam gdzie dzieciakom wbija się do głów, że bez wykształcenia nie ma przyszłości, gdzie Nintendo Wii i codzienne zakupy w centrum handlowym nie są celem życia. Czy nasi polscy nastolatkowie godzinami dyndający na barierkach popełniają masowe samobójstwa? Czy wieszają się dziewczyny chodzące do szkół zawodowych i zdobywające wykształcenie w dziedzinie ogrodnictwa czy krawiectwa? Czy na grupowe podcinanie sobie żył mają czas i chęć studenci KGHM? Nie. I to nie dlatego, że ich życie jest lepsze. Dlatego, że ich życie nie jest pełne. Zawsze jest coś za czym warto gonić, coś do czego warto dążyć. Dzieciak zwieszający ręce przez barierkę i spoglądający na ludzi wcinających lody na parterze Galerii Dominikańskiej ma cel. Nie wie jak i kiedy ale jakoś. Będzie kiedyś bogaty i będzie sobie kupował lody kiedy tylko zechce. 
Część postanawia kupić pierwszego loda za kradzione radio, część za przytulanie na parkingu a część postanawia iść do liceum. Nie ma nic za darmo i każde polskie dziecko o tym wie.

Angielski nastolatek ma i może w każdej chwili. I nie chce. Bo to marność nad marnościami wszystko i koniec. Sznur do prania. Tyle jest warte życie w wysoko rozwiniętym społeczeństwie gdzie każdy ma dostęp do internetu, nikt nie wie jak z niego korzystać, najciekawszą pozycją w TV są „Eastenders” a w sklepie towary bierze się w podwójnej ilości bo dają gratis.

Z Wyspy, gdzie młodość to szlam

Wasza Dorosła Już Dzięki Bogu Kokainka

Ofiara turlania, nowy styl managmentu i odzieżowy konflikt przez który tracę indywidualność

Zwykły wpis

Kociątko wróciło do pani. Ale zanim wywędrował na piętro ze swoimi tonami akcesoriów, uturlał myszę. NIe wiem skąd, nie wiem kiedy ale po trzech godzinach szaleństwa na podłodze coś zaczęłam podejrzewać. Miałą mnóstwo kotów ale żaden nie zdradzał wysokiego IQ w skupianiu uwagi na jednej czynności. Trzy godziny turlania się i podrzucania zabawki? Więc zebrałam do kupy swoje stare kości, zapaliłam duże światło i znalazłam…bezbronne truchełko w łapkach kocika. Truchełko, chyba w akcie wyrażania buntu przeciwko podrzucaniu wycisnęło płyny ustrojowe oba końcami swojego krótkiego ciałka i zaprezentowało mi naderwane uszko. A malutkie to było! Po kocich zabiechach może troszkę większe i bardziej obłe w kształcie ale podjerzewam, że mysia nie miała jeszcze matury. Nie pozostało mi nic innego jak tylko owinąć rękę papierem toaletowym i złożyć chucherko na łopatce do żwirku a potem odnieść w miejsce przedostatniego pochówku- do łazienki.

Wniosek: kot potrafiłby skupić uwagę na każdej czynności pod warunkiem, że czynność ta zawierałaby w swojej nazwie słowo mysza.

Fajny taki układ. Kot pozbył się myszy a ja za to dostałam śliczną kartkę dziękczynną, pudełko czekoladek i dwie butelki wina. Czy w akcie zwrotnym powinam była oddać sąsiadce zwłoki do pochówku?

***

Mój szef MUSI cierpieć na syndrom ADHD. Nie ma innego wytłumaczenia. Lata, biega, zawraca, kręci się jak fryga, przerywa, nie kończy, ma wszystkich w dupie, nie rozumie co się do niego mówi, nie wnika w drobiazgi a jednocześnie jest niewytłumaczalnie drobiazgowy we własnym kółku zainteresowań, jest niegrzeczny, wręcz absurdalnie chamski jak na Anglika i nie je. Pije kawę.
Ale nasz nowy Duży Szef jest jeszcze lepszy! Nie wiem co rozumie się pod hasłem management ale nasz Boss zamiast otworzyć słownik na odpowiedniej stronie dotyczącej zarządzania i istotności kontaktów międzyludzkich, przekartkował rozdział i zatrzymał się na dodatkowym rozdziale „Pierdolce”. Dwa dni temu poszła fama! Do sklepu przyjechała jakaś reprezentatntka zewnętrznej firmy, która od lat zajmuje się dbaniem o rozkład i promocje w dziale z książkami. Widziała już wielu kierowników, witała się z każdym więc wyciągnęła łapę ku Bossowi, żeby zacieśnić nowe więzy. Boss spojrzał na rękę, cofnął się o krok, wykrzywił swój krzywy zgryz i odpowiedział: „Dziękuję”. Fantastyczna wizytówka wysokiego rangą managera, który zarabia jakieś 5000 funtów miesięcznie.

**

Dostałam dziś trzy linki do interesujących blogów. Jeden z nich dorzuciłam do swojej krótkiej listy codziennych odwiedzin. Mam tak wiele maili na które muszę odpisać, że już tylko jednym oczkiem zerkam do skrzynki. Na gg dobijają się psiapsiółki a ja odbieram ich wpisy i całym sercem planuję odpisać. A chwilę potem zasypiam. Nie lubię elaboratów wysyłanych na gg do kogoś kto jest niedostępny więc czekam na swój krótki urlop, który zbliża się wielkimi krokami.

Przeglądałam dziś wiosenny katalog łaszków i widziałam się w każdej sukience i spodenkach na jakie natrafiłam. I to wszystko bo prywatne ciuchy noszę jeden dzień w tygodniu i prawie zawsze na wierzchu mam kurtkę przeciwdeszczową. Droga do pracy trwa 10 minut więc nie mam gdzie szpanować kapotą 😀 Nie wiem dla kogo szyją sukienki, krótkie spodenki i podkoszulki na ramiączkach ale w tym kraju są to ubrania jednego wyjścia. Na drugi dzień po słońcu zaczyna się już jesień. Moja szafa, radośnie wypełniana koszulkami i bluzami w kolorach ogólno-czarnych lub ogólno-wojskowych a ja nie mam gdzie ich nosić. Z sentymentem wspominam czasy, kiedy pracowaliśmy w Restauracji. Przyjścia i wyjścia z pracy były niekończącym się pochodem ślicznie ubranych dziewczyn, umalowanych, wyperfumowanych, w sandałkach, które chwilę potem zamieniały na trepki do latania po sali ale przez godzinę dojazdu do pracy czuły się jak kobiety. Wchodząc do restauracji zbierały pochwały od innych kelnerek a po pracy przebierały się z powrotem zasiadając w lożach, żeby spędzić chwilę jak człowiek.
Anglicy za cholerę nie wiedzą o co mi chodzi, kiedy warczę, że modlę się o 20:00, żeby zrzucić z siebie ten paskudny uniform. Oni nie noszą ubrań na zmianę, wsiadają w samochody, dojeżdżają do pracy wyglądając dokładnie tak samo rano jak i po południu i jeśli mają coś załatwić w mieście, idą w uniformie: supermarketowca, listonosza, pielęgniarki, hydraulika, bez różnicy. Nie zdejmują identyfikatorów, odznak, plakietek z imieniem i nazwiskiem, przy paskach dyndają im narzędzia pracy. Każdy, kto widzi takiego człowieka pracy na ulicy wie kim jest, gdzie pracuje i o której kończy. Pracownicze szafki są tak małe, że z trudem wciskam do nich złożony wpół plecak, więc nie ma tam miejsca na spodnie, bluzę, kurtkę itp.
Jak pomyślę, że miałabym iść przez cały Wrocław w kelnerskim ubraniu (z lenistwa) to śmieję się do łez. Wyobrażacie sobie polskich pracowników sklepów i firm produkcyjnych wędrujących do domów jak ich szef stworzył? W życiu! Każdy chroni swoją prywatność i dba o to, żeby po dwóch dniach od wprowadzki do nowego bloku nikt nie wiedział czym zarabiają na życie.
Tutaj, wszystkie karty na stole.
Ale jest pewien szkopuł. Siła rzeczy w Polsce obowiązuje obuwie zamienne i ubranie które nie ma kontaktu z brudem ulicy i bakteriami współpasażerów tramwajów. Tu nie. Codziennie wracając rowerem z pracy mijałam rzesze pielęgniarek wracających z rannej zmiany- wszystkie w błękitnych lub różowych uniformach, białych trampkach lub adidasach (na gołych stopach), z ID na cycku i nakładką nagłowną niesioną w łapie. A rano huzia, w buciorach z ulicy do pacjenta z osłabionym systemem immunologicznym lub do wcześniaka. Nie dziwię się, że w angielskich szpitalach co roku tak wiele osób umiera na sepsę. Walczą z bakcylem i nadal nie noszą skarpetek.

No, to tyle z lokalnego kolorytu.

Nie ma kota, cisza jakaś taka nieswoja. I misek nie ma 😦

Lalamido

Zwykły wpis

Jest zimno. Świeżo i niebiesko. Rankiem skrobiemy szyby auta od strony nawietrznej, na gałęziach szron. Czyli późny luty jak na zwykłą zimę przystało. Ale jeden z dzisiejszych brukowców doniósł, że w wyniku skrajnych ujemnych temperatur jakie zmroziły północ Anglii, wieli Anglików zmuszonych zostało do założenia płaszczy i kozackich czap (sic!) aby stawić czoła „syberyjskim temperaturom”: -10 *C.
I nie wiem co bardziej powinno mnie dziwić: potworny mróz czy te kozackie czapy chowane głęboko w szafach, idealne na takie okazje?
Jakaś szkoła podstawowa wzięła dzieci na wycieczkę w Alpy i naraziła małych chłopców na wędrówki po górach w niebezpiecznej temperaturze -5*C! Rodzice wyprawili pociechy w trampkach i bluzach od dresów i za przemarznięte dzieciary nie winią siebie czy szkoły ale niewyobrażalnie kapryśną i surową aurę europejskich gór.

Jesoo, a teraz weszłam na .gazetę i poczytałam, że Anglia to piekło. No się zdecydujcie!! 😀

**

Dzień nawet, nawet. Mój durny szef unikał mnie pół dnia, żeby nie odpowiedzieć na moje pytanie dotyczące C. Jej zwolnienie nie okazało się niestety pomyłką. Poleciała na zasadzie najsłabszego ogniwa: najmniej godzin, najkrótszy staż. Bye! Ale jak na razie, w niedzielę, na trzech moich działach będzie pracować tylko manager Garnek. Mnie nawet nie pytają. Wiedzą jaka będzie odpowiedź i chyba nie chcą patrzeć na moją powoli unoszącą się brewkę. Cała reszta zespołu wypięła się i niech człon dowodzący radzi sobie sam.

Moje koszty spadły w końcu pod kreskę i świętuję. Przychodzą do mnie ludzie z innych działów, którzy usłyszeli już od innych jak niesprawiedliwie mnie traktują. Ja już nie narzekam, mam spokój i wszystko gdzieś ale z przyjemnością przyjmuję wyrazy współczucia i wsparcia. Ktoś nawet obiecał nasłać na mnie jakąś panią z piętra, reprezentantkę związków zawodowych. Jakoś nie wiem. Związki zawodowe kojarzą mi się tylko z błękitnymi garniturami z poliestru, stoczniami i kopalniami, panami z mikrofonami i skakaniem przez mur. I z moją Mateczką, która żeby utrzymać pracę została zmuszona wystąpić ze związków.
Polacy są w jakiś sposób upośledzeni. Albo to tylko ja. Nie lubię się awanturować, dochodzić swoich spraw, składać skarg na przełożonych. Tak mnie wychowali. Siedź cicho, przekładaj papiery z kupki na kupkę i leć do domu jak tylko wybije 18:00. Za każdym razem, kiedy ktoś z mojej rodziny wystawiał łeb, kończyło się przesłuchaniami, rewizjami w domu i dreptaniem do domu w snopie świateł bardzo wolno jadącego z tyłu samochodu. Dla mnie potencjalny wróg, to wszystko co zaczyna się zaraz nad głową i kończy na Prezydencie. Dlatego nie będę składać skarg na Szefa do Personalnej, bo to dla mnie ta sama zła siła sprawcza. A wychowania nie da się tak łatwo wykorzenić, więc najłatwiejszym podwładnym nie jestem. Kiwam główką, uśmiecham się, myślę swoje i wiosłuję w górę rzeki. Jestem totalnie odporna na propagandę, nie porywa mnie klaskanie i zagrzewanie do pracy, słowa fałszywych gratulacji i usiłowania wyciągnięcia jeszcze więcej. Wierzę kiedy widzę i biorę kiedy dają. Moi szefowie zaczynają się chyba tego powoli uczyć bo przestali mnie molestować o krótsze przerwy i nadgodziny. Zaledwie wczoraj, wybiłą 17:00 i podreptałam do Bereta odmeldować się z pola bitwy.
-Już idziesz?- spytał z zawodem w oku
Podniosłam łapkę i paluszkiem wygrzebałam zegarek spod przydługiego rękawka. Starczyło.
-Ok, ok, nie zatrzymuję cię, dobra robota, pa.

Czyli, że robią postępy.

**

A w domu kotecek. Kotecek jest fajny i miętki, każdy się z nim bawi ale karmimy i sprzątamy po nim tylko z Susłem. Żwirek kłuje gołe stopy w czasie łazienkowych ablucji Truffla i Brata ale żadnemu na tyle, żeby wziąć miotłę i posprzątać. Wstają do pracy, łażą, kot za nimi, przysiada na ogonku i patrzy żałośnie w kanapkę- nic. Torba pełna kociego żarcia stoi obok ale kot i żarcie chyba z niczym im się nie kojarzą.
Za to trzaskają drzwiami. W ciągu ostatniej godziny, jak tu siedzę i piszę, chyba ze 20 razy. Do kuchni, bum, do pokoju, bum, do łazienki, bum, do pokoju, bum. I do tego warto dodać, że drzwi nie można po prostu zamknąć, trzeba nimi łupnąć na tyle mocno, żeby odskoczyły i łupnęły dwa razy.
W zeszłym tygodniu przyszła Sąsiadka podrzucić kocię. Brat wyszedł z pokoju i wydarł się, że pracuje po angielsku, chodzi na pięciogodzinne zajęcia językowe i nie życzy sobie, żeby mu ktoś szczekał pod drzwiami po angielsku. No cóż. Może gdyby cokolwiek rozumiał?…

Tymczasem Truffel nadal poszerza swoje kontakty międzyludzkie i zamiast spać po nocce, jak przystało na dobrego Polaka na emigracji, bywa. Bywa u znajomych, nad morzem, na łyżwach. I dobrze, twierdzę bo coś się jej ostatnio rzucało na zwoje. Tematem przewodnim wyjść z domu jest nieustanie Muszkieter- filozof. Niestety, kiedy Muszkieter przychodzi do nas, dopada do Suseł i kończy się wizyta u Truffla, ku jej w**niu a zaczyna u Susła. A tak łatwo odciągnąć faceta od laski jak kolega da dobrze żreć i pokaże gierkę komputerową! Wczoraj karmiliśmy go pierogami, własnym chlebem z masłem ghee i Call of Duty. Truffel kręciła się i w końcu traciła zainteresowanie gościem.

Czyli jak na razie najmilszym naszym lokatorem jest kot.

Idę sobie, czytać o jodze. Kupiłam kolejną książę, tym razem grupującą ćwiczenia w zależności od ogólnocielesnych dyskomfortów i mam zamiar się ich pozbyć. W najlepszym okresie puszczałam sobie przeciętnie przydługi film i oglądałam go z różnych pozycji nakazanych w książce. Schodziły mi tak 2 godziny, po których zrelaksowana i skontaktowana z kosmosem miałam ochotę przytulać wszystko co żyje. Joginiczne praktyki w stylu łykania bandaża i wyciągania go nosem zostawiłam joginom, kupiłam sobie matę, dwie cegiełki i stwierdzam, że po wypróbowaniu mnóstwa różnych ćwiczeń, to naprawdę działa. Tylko że mata jest różowa a to mi działa na nerwy.

Dobra, dość tego! Pa!

Młot na Czarownice i chyba pracuję dla Amwaya.

Zwykły wpis

Moje piesiątko miało dzisiaj operację. Wyrosło mu coś na łapie i lekarz kazał usunąć bez czekania. Położył, znokautował, ciachnął i zaszył. Niestety, ponieważ Coś wrosło się głęboko w ścięgno nie mógł usunąć wszystkiego i istnieje groźba, że odrośnie. Na razie Mateczka czeka, chucha i obserwuje.

Miała w życiu trzy psy. Freddie był krwiożerczym potworem, który bez powodu rzucał się na ludzi.
Miał 5 miesięcy kiedy wyrwał weterynarzowi kawał koszulki, bo się biedak pochylił
nad małym stworzonkiem. Pies poszedł na wieś, biegać po polach i masakrować kury. Choć to z tymi kurami nie było przewidziane.
Potem był Bastian. Wzięty ze schroniska, cudowny koleś ale miał syndrom JasiaWędrowniczka i wył z rozpaczy po 10 minutach od powrotu ze spaceru. Pewnego dnia wskoczył do Odry koło Mostu Zwierzynieckiego i zanim Mateczka dobiegła na drugą stronę rzeki, wsiąkł na zawsze.
Parę lat miałyśmy koty, koteczki ale cały czas marzyłyśmy o Goldenie. Pewnej niedzieli po prostu ubrałyśmy się, pojechałyśmy na giełdę i wróciłyśmy z całkiem białym kulkiem, który dziś ma 3 lata i jest najcudowniejszą trzydziestopięciokilową istotką na świecie. Długo by opowiadać, ale do rzeczy.

Mateczka cała we łzach. Jest jej drugim dzieckiem i sama nie martwi się tyle o siebie co o niego. Na wieść, że Coś mogło być złośliwe usiadła i podzieliła się swoim zmartwieniem z tlenowym znajomym z którym rozmawia od jakiegoś czasu. Pan pod pięćdziesiątkę, samotny, z domem na wsi, takie tam. Cóż, temat psa okazał się być jednak dość drażliwy bo po kilku zdaniach Pan stwierdził:

-łe, myslałem ze zdechł co się przejmujesz, psów jest jak psów wszędzie pełno, na jego miejsce możesz mieć innych tysiące. mnieś to powinna kochać bo jestem człowiekiem a nie zwierzęciem.

Łooch! Tu się Mateczka już zakurzyła bo wierzcie mi, ciętego języka nie odziedziczyłam po listonoszu. Ale spokojnie spróbowała mu wytłumaczyć, że Boston jest więcej niż częścią rodziny. Jest jak dziecko i wszyscy martwią się o niego jak o człowieka. W odpowiedzi przeczytała:

-jestes fanatycznie uparta i uprzedzona,zablokowana i nie umiesz otworzyc sie na ludzi, idz do psychologa albo do spowiedzi.

Łoooooch! Geny pyskatej prababci odezwały się w mig i tym razem już się nie powstrzymała, choć obyło się bez słów nieparlamentarnych. I przeczytała:

-teraz widze ze zlo w tobie siedzi. diabel cie opetal. pomodle sie za twe nawrocenie a nawet dam na mszę.

Biedny, samotny, skrzywdzony, niekochany Katolik. Duszę będzie nawracał kobieciny co kocha swojego psa i diabołca wyganiać będzie jak w Młocie na Czarownice nakazano. Wodą, poświęconą przez Ojca Dyrektora, siarką piekielną i krucyfiksem! Bo to nie po bożemu tak zwierzę kochać i dać grzechom się do duszy wkradać ku satysfakcji Złego.

I znowu powiedziałam to głośno, choć powtarzam się jak zdarta płyta: czy to ja czy to coś ze światem? Suseł jak zwykle bardziej dosadny i zacytował swego amerykańskiego wujka stwierdził, że dla takich jak on jeden komin Oświęcimia powinien stale pykać. A potem dodał, że już wie czemu Jezus dał się tak zaprowadzić na to Wzgórze ja baranek. Bo wiedział już, że do motłochu i prostactwa normalne słowo nie dotrze i będzie potrzebny mocniejszy przekaz tym bardziej, że do tłumaczenia pięścią nie był przekonany. A potem dodał coś jeszcze o samobójstwie biedaka i że się wcale nie dziwi ale tego nie zacytuję bo lincz boli.

I tak żyją sobie tacy ludzie, w milionach sztuk wokół, kochają tylko siebie, nienawidzą wszytkich wokół i cierpią na samotność. Ogłaszają się po forach, randkach, naszych klasach jako stateczni, niepalący, bez przyzwyczajeń, spokojni, szukający kobiety uczciwej i spokojnej aby spędzić resztę życia w beskidzkiej głuszy. Nie dodają, że nie palą nic prócz kadzidła, w ramach zdrowych przyzwyczajeń biegają do kościoła namsze trzy razy dziennie, spokojnie słuchają Radia i spodziewają się pobożnej, sklerotycznej starszej pani w moherowym berecie z którą mógłby ramię w ramię iść przez resztę życia, podpalać domy murzynów, osikowym kołkiem przeszywać grzeszne flaki homoseksualistów i wdeptywać w błoto samotne matki z dzieckiem na ręku.

*

Brutalnie dzisiaj ale facet zdecydowanie trafił na gorszy dzień. W pracy duża odmiana. Ze mielizny rozżalenia i zawodu przedryfowałam w zeszłym tygodniu na sztormowy przylądtek totalnego wkurwienia a dziś, ku chwale boskiej i niebieskiej, wypłynęłam na szeroki i spokojny ocean błogiego rozbawienia.

Po tygodniach walki o każdą godzinę pracy, tłumaczenia jak krowie na rowie, że dwóch pracowników nie zrobi roboty pięciu, nawet na sterydach, próśb o wsparcie z innych działów, armii, gwardii i RAFu mój cudowny Szef podpisał papierek i wysłał C. na zieloną trawkę.

„We would like to inform You that Your contract has been terminated”.

W ten sposób w niedzielę nie mam już nikogo do pracy. Nikogo. Zero, null, próżnia
I jak tu się nie śmiać?? Rano Szef pruje na mnie paszczę że trzeba wspomóc dział w niedzielę bo nie dają rady, tłumaczę, że nikt nie chce pracować 6 dni w tygodniu bo mają rodziny itp a już na pewno nikt nie chce robić za darmo, skoro nie płacą za nadgodziny. Odpowiedział, że nie chce słyszeć słowa „nie da się, bo nie ma nic takiego jak „nie da się”. Są tylko dobre chęci i dobre kierowanie niczego nie podejrzewającymi ludźmi. A po południu zwalnia ostatnią zakontraktowaną na niedzielę osobę! I sugeruje, że powinnam uprosić innych pracowników, żeby w imię dobra działu przyszli popracować gratis. Charytatywnie. W czynie społecznym. Prrp!
I niech nawet nie wystawia łba z gabineciku, żeby nie dostać kijem baseballowym!

Jak tak stał i mówił ujrzałam w nim pewnego pana, który kiedyś, lata temu zawitał u nas w domu próbując wciągnąć nas w Amway. Mateczka pytała tydzień, czy przypadkiem nie jest pan z Amwaya bo skończymy rozmowę na wycieraczce ale gość zarzekał się, że nie, więc wpuściła scura na salony. Pan rozłożył teczki, foldery, wieszaki i zabrał się do prezentacji pytaniem: „Jakie jest
twoje największe marzenie? I tu się zabił. Odpowiedziałam:
-Mam wiele marzeń.
-To oczywiste, jesteś młodą osobą. Ale możesz je wszystkie zrealizować ot tak!
-Moich nie.
-Złe podejście. Każde marzenie można zrealizować, trzeba mieć tylko dobre narzędzie. TO jest klucz do sukcesu i twoich marzeń- położył wypielęgnowane dłońki na skórzanej teczce i spojrzał na mnie znakiem zapytania.
-Ok. Moim największym marzeniem jest zostać astronautą i polecieć w kosmos amerykańskim wahadłowcem.
Pan przestał się bawić w ciuciu-idiotkę i warknął:
-Ale prawdziwe marzenia.
-To jest moje prawdziwe marzenie. Polecieć w kosmos.
-Cóż. Tak się nie dogadamy.
-I chciałbym też odkryć nieznaną planetę. I pracować przy radioteleskopie, jakby nie było miejsca w wahadłowcu…
Pan zwrócił się do Mateczki:
-A Pani, jakie ma Pani marzenia?
-Nagotować pierogów na jutro. I zacząć już teraz. Do widzenia.
Pan pozbierał zabawki mrucząc coś o ludziach nie zdolnych do sukcesu, płytkich i życiowo upośledzonych. Fajny taki Amway.

Skończyły mi się komentarze w temacie mojej pracy. Od kilku godzin już tylko chichoczę i plaskam się łapą w czoło. A jutro będzie zabawa.

A w międzyczasie intensywnie poszukuję pracy.

Mrrrau ciąg dalszy z rozwinięciem

Zwykły wpis

Kokainka nie miała kłopotu i wzięła kotka w promocji razem z karmą i kuwetką. Sąsiadka podrzuciła nam swojego kiciusia i do przyszłej soboty Jet będzie polował na nasze myszy, podczas gdy jego pańcia będzie zażywać wakacji w Dorset.
Teraz pytanie: Kiciuś czy Potwór? Będzie biegał nocą po pokoju pacając miękkimi łapkami po miękkiej wykładzinie czy biegał po nas, drepcząc i 
drapiąc? Dwa lata minęły odkąd musiałam się owijać kołdrą jak kokonem bo mojaa 
wampirzyca rzucała się nocą na najmniejszy kawałek gołej skóry. Teraz wystawiam członki bezkarnie i nie chcę znowu budzić się z 
pazurami w pięcie. A moje onóża są bardzo interesujące dla kota bo przez sen macham stopą, jedną lub dwoma.
Na razie, Jet eksploruje kąty. A bagaży ma więcej niż ja w podróży z RyanAirem. Żarcie, woreczki, łyżeczki, posypki, waciki, patyszki, myszki, kocyk i misia. Kot żre tylko suche i puszkowane, ucieka na widok gotowanego kurczaka
 i śmierdzi mu tuńczyk z puszki. A jemu śmierdzi z paszczy, od tych przepysznych, mięsnych kawałków w galaretce za które każdę młodę kocie wydrapałoby ci oczy i skoczyło do tętnicy.

Przy okazji doszłam do wniosku, że koty posługują się telepatią. 😀 
I mogę podeprzeć moją teorię dowodem! Angielski kot, do którego zwykle 
zwracano się: „C’mon Jet, you silli lilly furbie!” nie zdążył jeszcze liznąć podstaw polskiej gramatyki ani wyartykuować „jaksiemasz”. Cały dzień siedzieliśmy kuchni, gderając o wszystkim. Lalala balablabla lala. Kot wsiąkł i nie pojawiał się w zasięgu wzroku przez ładnych parę godzin. Kiedy Suseł wpadł na pomysł, żeby potraktowac kota kurczakiem, wystarczyło zawołać futrzaka zwykłym „kocie żarcie dla normalnego kota!” choć bez podnoszenia głosu, wystawiania łbów z kuchni czy używania jego imienia. Kilkanaście sekund później Jet pojawił się w kuchni ze znakami zapytania w ślepkach. I ja się pytam: jakim cudem? 
Ton głosu Sąsiadki i nasz różni się i każdy emigrant przyzna, że Anglicy śpiewają zamiast mówić i nieustannie oscylują gdzieś wysoko między górnym C a naddźwiękami podczas gdy my mówimy nisko, używamy strun 
głosowych jak natura przykazała. Anglik nawet nie umie huknąć ani krzyknąć jak przystało na mężczyznę. A więc kot nie może wyczuć zmian w napięciu głosu do jakich przywykł. Nie używamy też słów które zna.
Tak czy inaczej, kot przyszedł a my gapiliśmy się na niego jak na rosyjską nastoletnią telepatkę wyginającą łyżeczki, unosząc się 2 metry nad ziemią.

***

Idziemy zapisać się na basen. 🙂